Poprzednie części:  Cuiavia

Cuiavia. 0034. Karpina

Robert odstawił miskę i rozprostował palce.

— Mściwoju, pomożesz mi dzisiaj przy karpinie? — Wyciągnął w jego stronę dłoń z pękniętym pęcherzem.

— Pójdę.

— Rąbania będzie sporo. Sam nie dam rady.

— Se odpocznę od babskiej roboty. Ciągle kręć, mocz, głaszcz… Już mnie zad boli.

— To dzisiaj zmienisz na ból pleców. My pójdziemy do lasu, a wy z Gniewkiem pozbieracie kamienie na wapno.

— Dobrze. Złożymy je na miedzy — odparła. — Zwieziemy wszystko, kiedy przygotujemy piec.

Mściwój poszedł do gumna po siekierę. Schylił się przy wejściu, a Agnieszka zajrzała ponad jego ramieniem.

— Pokaż, co już ulepiłeś.

Wyprostował się. Zasłonił drzwi.

— Nie ma czego oglądać.

— Choć jeden.

— Jak będzie, to pokażę.

Wrzucił siekierę na taczkę, chwycił za uchwyty i z Robertem ruszyli w stronę puszczy.

Gniewko został przy niej. Obracał w palcach źdźbło trawy, patrząc za mężczyznami.

— Weźmiesz kosz? — zapytała.

— Wezmę.

Nie ruszył się jednak. Skrzypienie taczki było coraz cichsze.

— Wolałbyś iść do lasu?

Spojrzał na nią.

— Mogę?

— Chłopaki! — zawołała za odchodzącymi. — Zabierzcie Gniewka!

Rzucił źdźbło i pobiegł do chaty. Po chwili wybiegł z łapciami w dłoni. Dopadł taczki. Przytrzymując się burty, podskakiwał na jednej nodze i naciągał łapeć na drugą.

— Drobne będę nosił!

— Tylko pod siekierę nie właź. — Robert potarmosił mu włosy.

Postawiła kosz na ugorze. Między kępami trawy bielały kamienie.

Pierwszy wyszedł łatwo. Otarła ziemię kciukiem; na skórze został jasny pył. Włożyła bryłę do kosza. Obok leżał szary, gładki otoczak. Ten odrzuciła osobno, na skraj miedzy.

Szła powoli, rozgarniając stopą trawę. Niektóre białe kawałki zbierała z wierzchu, inne trzeba było wydłubywać z ziemi zaostrzonym kołkiem. Gdy kosz jej ciążył, zanosiła go na miedzę i wysypywała zawartość.

Kolejny kamień wystawał ledwie na dwa palce. Odsłoniła jeden bok, potem drugi. Pod ziemią się rozszerzał.

Wsunęła pod niego kołek. Nacisnęła. Drewno ugięło się, bryła nie drgnęła.

Spróbowała z drugiej strony. Ostrze ześlizgnęło się po kamieniu, a ona poleciała do przodu i wsparła się na kolanie.

— Chcesz zaczekać na chłopaków. To sobie czekaj. — Zostawiła odsłoniętą bryłę.

Pod drzewami ścieżka zwęziła się. Mściwój odgarniał gałęzie, Robert prowadził za nim taczkę. Koło toczyło się miękko po igliwiu, dopóki nie trafiło na korzeń. Przy każdym poderwaniu uchwytów piekła skóra u nasady palców.

Za wykrotem Mściwój skręcił w lewo.

— Nie tędy! — zawołał Gniewko.

— Tędy. Pamiętam.

— Źle pamiętasz.

Mściwój spojrzał na Roberta, potem na chłopca.

— A ty skąd wiesz?

Gniewko podbiegł do leszczyny i chwycił zwisającą gałązkę.

— Bo ją złamałem, kiedy byliśmy tu ostatnio.

Robert przyjrzał się złamanej gałązce.

— Może to zwierz.

— Nie. To ja. Patrz.

Kilka kroków dalej wisiała następna.

— I ta. — Zerwał ją i pobiegł dalej. — A tam jeszcze jedna!

Trzasnęła sucha witka.

— Widzisz? I tutaj!

Odłamał ją przy samym kikucie.

— Gniewko, zaczekaj.

— Tam jest następna!

Przecisnął się między młodymi świerkami. Zebrał kolejny złamany koniec, potem jeszcze jeden.

— I tam!

Obejrzał się. Był sam. Las zrobił się gęstszy.

Zacisnął palce na garści gałązek.

— Robert? — wyszeptał.

Chciał krzyknąć, ale zamknął usta.

Leszy też wołał. Głosem matki, ojca albo kogoś, kto szukał cię w lesie.

Spojrzał za siebie.

Nie było zwisających gałązek.

Popatrzył na to, co trzymał w dłoni.

Głupi… Pozabierałem znaki.

Cofnął się kilka kroków. Przy leszczynie sterczał jasny kikut. Dalej powinien być następny.

Był.

Przykucnął.

Leszy plątał ścieżki, mógł przesunąć drogę. Ale czy potrafił przesunąć drzewo?

Zmarszczył czoło.

A złamać gałąź?

Może.

Dotknął gałązki.

Dokąd mnie prowadzi?

Z głębi lasu dobiegło:

— Gniewko!

Drgnął.

Nie odpowiedział.

— Gniewko!

Tym razem głos przyszedł jakby z lewej strony. Albo z prawej. Drzewa oddały go ciszej.

Cofnął się. Oparł się o pień.

Między świerkami stał człowiek. Ręce miał uniesione wysoko. Patrzył w górę. Krzyczał.

Gniewko spuścił wzrok i skulił ramiona.

Leszy prowadził ludzi tak długo, aż nie umieli wrócić do domu. Potem zamieniał ich w drzewa. Albo kamienie.

Wpatrywał się w ziemię przy swoich stopach. Po chwili, nie podnosząc głowy, zerknął z ukosa ku świerkom.

Dwa konary kołysały się na wietrze. Czarna dziupla wciąż przypominała otwarte usta.

— Gniewko! — poniosło się między drzewami.

Nie ruszył się.

— Gdzieś ty polazł?! — Mściwój ryczał coraz głośniej.

Przycisnął gałązki do piersi.

To też mógł być on.

Potem usłyszał Roberta, znacznie bliżej:

— Musimy go znaleźć. Bez niego nie wracamy do chaty.

— Trzeba go było zostawić przy kamieniach.

Podniósł głowę.

Leszy mógł mówić głosem Roberta. Mógł mówić głosem Mściwoja.

Ale skąd Leszy miał wiedzieć o zbieraniu kamieni z Agnieszką?

Wyszedł zza drzewa.

— Tutaj jestem!

Robert podszedł, chwycił go za ramiona i przykucnął przed nim.

— Wołaliśmy cię. Nie słyszałeś?

Chłopiec spuścił głowę. — Czekałem, aż dojdziecie.

— Prowadź dalej. Tylko z oczu nam nie znikaj, bo sami bez ciebie do chaty nie wrócimy — zaśmiał się Mściwój.

Stanęli przed wiatrołomem.

Nie wchodzili głęboko. Mściwój uderzył w odsłonięty korzeń sosny leżącej na skraju wiatrołomu.

Siekiera weszła płytko. Drugi cios odsłonił ciemniejsze drewno.

Odłupał drzazgę i podał Robertowi. Poczuł żywiczny zapach, zanim podniósł drzazgę do nosa.

— Odsuńcie się. Pozbieracie, kiedy przejdę dalej.

Z pniaka odpadały twarde, nieregularne kawałki. Kiedy siekiera przestawała stukać, zbierali szczapy.

Kiedy ładunek sięgnął ponad burty, Robert chwycił taczkę.

— Wystarczy. Wracamy.

Na pierwszym grubszym korzeniu koło stanęło. Pociągnął mocniej, taczka przechyliła się na bok. Mściwój doskoczył, przytrzymał skrzynię.

— Jeszcze raz, razem.

Zaparli się w darni. Robert szarpnął. Uchwyty wysunęły mu się z dłoni, trąc o pęknięte pęcherze. Syknął. — Nie przeciągniemy jej tak.

— Ciągnij, ja podniosę koło. — Mściwój dźwignął taczkę.

Przenieśli ją. Gniewko zaczął układać szczapy, które spadły.

Dalej wybierali drogę pod koło. Gniewko łamał nowe gałązki, Mściwój sprawdzał przejście, zanim Robert wprowadził między drzewa ładunek.

Agnieszka usłyszała skrzypienie, gdy niosła kolejny kosz na miedzę. Odstawiła go, wyprostowała się i starła pot z czoła.

Mściwój ciągnął taczkę. Robert szedł obok, Gniewko niósł jedną szczapę.

— Znalazłeś sobie skarb? — zapytała.

— Mściwój zgubił. — Docisnął drewno do piersi. — I drogę im pokazałem. Mściwojowi Leszy ścieżkę pobłądził.

— Raz źle skręciłem.

— A ja wiedziałem.

Spojrzała rozbawiona na Roberta.

— Wiedział.

Robert trącił butem jedną z brył na miedzy.

— Dużo zebrałaś.

— Tam została większa. Sama jej nie ruszę.

* * *

Nazajutrz Robert zajrzał do cieśli.

Radomir siedział okrakiem na ławie. Wycinał wręby w umocowanym wałku. Przykładał dłuto i naciskał. Z boków zębów odchodziły cienkie wióry.

— Ile już macie?

— Cztery. To ostatnie.

— Mogę?

Radomir odłożył dłuto i uwolnił wałek. Robert podniósł go, obrócił w palcach. Kilka zębów było grubszych od pozostałych.

— Nie docinałem, jak mówiłeś — uprzedził Radomir. — Cały dzień przy tym siedziałem. Co wybiorę jedną szparę, już dłuto ostrzyć trza. A potem druga ma być taka sama. I trzecia.

Robert oddał mu koło.

— Zęby jednego muszą wchodzić we wręby drugiego.

— Wiem, coś narysował. Jeno drewno to nie kreska. Tu pójdzie pod włosem, tam wyrwie.

Pokazał drobne wyszczerbienie przy krawędzi wrębu.

Robert przesunął po nim paznokciem.

— To chyba nie przeszkodzi. Sprawdzimy, kiedy je złożymy.

— Po jedzeniu przyjdź — odezwał się Stanimir. — Teraz nam czasu nie zajmuj.

* * *

Mściwój czekał przy skarpie z łopatą. Agnieszka stała kilka kroków wyżej, na suchej ziemi. Kiedy Robert do nich dołączył, wskazała miejsce pod nogami.

— Tu na wapno. Od dołu zrobimy dojście do paleniska.

— A na smołę?

Mściwój wskazał łopatą miejsce dalej wzdłuż zbocza.

— Tam. Trzeba zrobić odpływ do naczynia, a dno i ściany gliną wylepić. Żeby smoła nie poszła w piach.

Wbił łopatę i podważył pierwszy płat darni. Robert chwycił go za brzeg i odciągnął.

Pracowali na zmianę. Przy łopacie skóra piekła Roberta mocniej niż przy wynoszeniu ziemi, więc po kilku próbach oddał kopanie Mściwojowi. Zbierał urobek, odciągał korzenie.

Głębiej trafili na gruby korzeń. Mściwój oczyścił go z ziemi.

— Siekierę daj.

Gniewko pobiegł po nią.

Po kilku uderzeniach Mściwój wyrzucił ucięty kawałek.

Kiedy słońce stanęło wysoko, w skarpie otwierała się głęboka jama, a obok mniejsza, płytka.

Mściwój oparł łopatę o zbocze.

— Glina jeszcze potrzebna. Przyniosę z gumna. Wezmę z tego, co się nie udało.

— Pomogę tobie — krzyknęła.

Spojrzał na nią. — Pokażę, co zrobiłem, kiedy wszystko będzie gotowe.

* * *

Pięć kół leżało rzędem na ławie. Stanimir ustawił obok nich dwie szerokie deski.

Robert wziął dwa wałki. Trzymając je za czopy, zbliżył zębate krążki i spróbował obrócić jeden drugim. Zęby stuknęły o siebie.

— Widzisz? — Radomir wskazał dłutem. — Jeszcze za grube.

— Najpierw musimy ustawić osie. W rękach mi uciekają.

Na desce wyznaczyli środek. Stanimir przewiercił otwór, Robert osadził w nim pierwsze koło. Drugie przyłożył obok. Odsunął je odrobinę, sprawdził, jak zęby wchodzą we wręby, i zaznaczył położenie osi.

— Tu wiercimy.

Po osadzeniu obu wałków obracał środkowe koło.

Zgrzytnęło i się zatrzymało. Jeden ząb opierał się bokiem o krawędź wrębu. Zaznaczył to miejsce węglem.

— Stąd zbierz. Tylko trochę.

Radomir wyjął zębatkę, umocował ją na ławie i przyłożył dłuto. Cienki wiór spadł między jego stopy.

Złożyli koła ponownie. Zaznaczony ząb przeszedł. Następny też. Po chwili zatrzymały się w innym miejscu.

Radomir potarł twarz przedramieniem. Spojrzał na koła czekające na ławie.

— Gdzie tym razem?

Kiedy pierwsza para zrobiła pełny obrót, Stanimir pokręcił osią w obie strony, nasłuchując stukania.

— Jeszcze tu trze.

Radomir zaznaczył miejsce.

Pozostałe koła dopasowywali kolejno do środkowego. Robert obracał, Stanimir trzymał deskę, Radomir poprawiał zęby. Wiórów przybywało niewiele. Więcej czasu zajmowało wyjmowanie wałków i ponowne osadzanie ich w otworach.

Wyjęli wszystko, złożyli deski i unieruchomili je. Przez gotowe otwory w pierwszej przewiercili drugą. Ponownie osadzili koła.

Robert przytrzymał obie deski. Radomir obrócił środkowy wałek. Cztery boczne koła zaczęły się obracać.

— Patrzcie… Wszystkie w jedną stronę.

Zrobił jeszcze jeden obrót, śledząc kolejno każdy z wystających czopów. Zakręcił szybciej i uśmiechnął się.

— Daj mnie — odezwał się Stanimir.

Ujął wałek, obrócił go powoli, potem cofnął. Cztery osie zawróciły jednocześnie.

— Jedną ręką cztery naraz — powiedział cicho.

Robert uśmiechnął się.

— A załóżcie jeszcze korbę. Dopiero zobaczycie, jak pójdzie robota.

Stanimir zakręcił szybciej. Deski rozsunęły się, jeden czop wyskoczył z otworu. Koło przechyliło się i stanęło.

— Działa. Teraz trzeba połączyć deski na sztywno — powiedział Robert.

— Siła tędy idzie — odparł Stanimir. — Trzeba je dobrze spiąć.

Sięgnął pod ławę i podniósł kilka wałków z czopami na końcach.

— Radomir to obmyślił. — Poklepał syna po ramieniu. — Szybko zmiarkował, co chcesz uczynić.

— Patrz. Czopy wsuniemy w otwory w deskach, a z zewnątrz dobijemy kliny. — Radomir wskazał podłużne otwory. — Deski oprą się tutaj, na uskokach. Koła będą miały miejsce. Nie rozejdzie się.

Robert obejrzał jeden z wałków, przesunął kciukiem po uskoku.

— Tego wam nie rysowałem. — Spojrzał na Stanimira. — Masz zmyślnego chłopaka.

Osadzili wałki. Radomir wsunął łączniki, a Stanimir dobił kliny. Robert obrócił środkową oś. Koła ruszyły.

— Jeszcze zrób na korbie blokadę, żeby tylko w jedną stronę się kręciła.

Stanimir zmarszczył brwi.

Robert wziął węgielek. Na skrawku deski narysował koło ze skośnymi zębami.

— Takie osadź przy korbie. Nad nim ruchomy język na kołku. Przy kręceniu zęby będą go unosiły. Kiedy sznury pociągną w drugą stronę, zaprze się o ząb.

— A jak zechcę cofnąć? — zapytał Stanimir.

— Przytrzymasz korbę i podniesiesz język.

Stanimir obracał koła, obserwował wystające osie. Zatrzymał je, potem znów poruszył.

— A gdyby zamiast haka świder osadzić… — Dotknął końca osi. — Korbą by człowiek kręcił, nie dłonią.

— Da się. Wrócimy do tego, tylko najpierw skończmy skręcarkę. Idę. Wy też się połóżcie, jutro próba z linami.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania