Inne kolory życia - część XXIV
27/28 września, 2011, Morowo, noc, Edward Czerwiński
Jego blok powoli zasypiał. Kolejne kwadraciki okien gasły albo bledły kiedy światło żyrandola zastępowała mała lampka nocna. Edward patrzył przez długą chwilę na ten, z jego perspektywy, niemożliwy spektakl. Akurat teraz, kiedy wyszedł na zewnątrz, pchany emocjami, buzującymi w nim jak magma w wulkanie, sąsiedzi postanowili przypomnieć, w jakim gównie się znalazł. Oni właśnie szli spać do swoich przyjemnych łóżek, a wcześniej zapewne rozmawiali ze swoimi dziećmi. Nawet jeśli usłyszeli tylko suche: dobranoc, przebitkę wyrwaną w amoku ślęczenia przed ekranem komputera, jedno słowo. To i tak więcej niż on mógł dostać.
Odwrócił się i zaczął iść. Nie w jakimś konkretnym celu, po prostu. Szedł alejką, spokojnie, nie kopał leżących na trawnikach puszek i butelek po piwach, ani papierków po hamburgerach ze złotym M wystającym zza zmiętolonej kotary. Kiedy dotarł do końca alejki, spojrzał w prawo, instynktownie, bo tam znajdował się przystanek autobusowy, z którego rozpoczynał podróż do roboty. Blaszana wiata z dwoma okienkami z pleksi i drewnianą ławką, na której siadywał w szczypiące nos, mroźne poranki. A te były najlepsze, czyste i świeże. Mróz nie pozwalał myśleć o troskach. Umysł stawał się białą kartką oszronioną na rogach.
Podszedł na przystanek i spojrzał w rozkład jazdy. Znał go na pamięć, a kiedy robili korekty, szybko je weryfikował. Teraz jednak pamięć zaczęła przypominać podziurawioną dzianinę, naprężoną, tak że rozdarcia tylko się zwiększały, z każdą minutą tłumienia emocji w sobie. Bo tak naprawdę był przecież wściekły. Mógłby zniszczyć tę blaszaną wiatę, połamać ławkę, podrzeć rozkład jazdy, wykrzyczeć w noc wszystkie żale. Tak robią na filmach silni mężczyźni. Nie płaczą gdzieś w kącie, w kuchni przy zgaszonym świetle, w garażu przy aucie. Niszczą i obiecują zemstę. Taki już ich los i brzemię.
Autobus na drugi koniec miasta, zahaczając właściwie o przylegające doń wioski, miał pojawić się według rozkładu za siedem minut. Ostatni liniowy aż do samego brzasku. Bilet w jedną stronę. Wiedział, że tego chce. A raczej była to możliwość jedna z wielu, aby uciec od osiedla jak najdalej.
W autobusie oprócz niego siedział jeszcze jakiś nieznajomy facet w długiej brodzie, zaniedbany, przypominający trochę osiedlowego żula. Rozsiadł się na końcu i patrzył przez szybę. Edward nie wiedział, co ludzie mają z tym obserwowaniem świata zza szyby. Jakby samo to, że widzą to przeklęte miasto poza autobusem, nie wystarczało. On zazwyczaj wyłączał się, kiedy jechał autobusem do pracy. Czasami drzemał, częściej po prostu rozmyślał. Uważał, że w pewnym wieku takie rytuały to konieczność, coś jak stereotypy, które, choć piętnowane nie wzięły się znikąd.
Zapowiedzi głosowe szumiały mu w uszach. Kiedy minęli gęstą zabudowę miejską, wkraczając, łatanymi na potęgę drogami, w strefę rozrzuconych domków jednorodzinnych przypomniał sobie o tutejszym barze całodobowym. Niewielki barak z obskurną blaszaną werandą mieścił się niedaleko granicy miasta. Edward od lat nie był tam częstym gościem. Czasy kawalerskie rządziły się innymi prawami, kiedy kilometr od baru na wiosce w OSP organizowano jedne z najlepszych w okolicy dyskotek. W sezonie letnim co sobotę. Potem bar popadł w niełaskę, stając się wylęgarnią meliniarstwa, a Edward Czerwiński nie zagościł już w progach tego przybytku.
Autobus zatrzymał się na przystanku nieopodal. Neon baru widać było z daleka. Mocny, czerwony kolor przywodził ciekawe wspomnienia z dawnych lat: dobrego schabowego, wytrawnego śledzika i kilka szotów czystej. Weranda wciąż wyglądała paskudnie, ciągle blaszana, choć o wiele bardziej znaczona palami rdzy. Przed barem stały trzy rowery, ze środka dobiegała muzyka. Edward otworzył drzwi i gdy w nozdrza uderzyła go woń papierosowego dymu, zakasłał głośno. Trzech facetów siedzących przy stole obok bilardu spojrzało na przybysza. Barman oglądał jakąś walkę bokserską na telewizorze usadowionym pod sufitem. Wnętrze wyglądało inaczej niż przed laty. Ubyło stolików, doszedł drugi stół bilardowy, a w rogu dwa automaty do gry. Po lewej wydzielono część pomieszczenia na toalety. Nie mógł się odnaleźć w tym świecie, gdzie czas nie płynął, grzązł w mule rutyny. Każdy oddech trwał dwa razy dłużej, każdy kieliszek wódki smakował tak samo w przeżartym alkoholem gardle, na języku z wypalonymi kubkami smakowymi. Świat spowijała wieczna mgła dymu z ruskich petów. Nie liczyło się czy jest noc, czy dzień, poniedziałek, środa czy niedziela.
– Skądś się wziął, kolego? – zapytał jeden z trzech pensjonariuszy, siedzący ze swoimi kompanami przy jedynym zajętym stoliku.
Edward z początku nie zrozumiał, że pytanie jest do niego. Dopiero po dłuższym mierzeniu się wzrokiem z nieznajomym, domyślił się.
– Z miasta – odparł bez przekonania.
– No pewnie tak, nie znam cię, nie widywałem tu wcześniej.
Pozostała dwójka na razie milczała. Wszyscy byli podobni do siebie, z tak samo mętnymi oczami, napuchniętymi, czerwonymi twarzami. Oparci łokciami o blat stolika zapijali nieznośne minuty, jakby życie na tym świecie było karą nie do przejścia o świeżej głowie.
– Dawno tu nie byłem – przyznał Edward. – Za kawalerki, kiedy na wiosce jeszcze w OSP…
– Dobre czasy – przerwał mu tamten. – Nie wrócą. Balcerowicz zrobił swoje, a Bolek nie lepszy. Wszystkich ich psia mać. Dobrze mówię?
Kompani od kieliszka wznieśli toast, uroczyście przyznając rację. Wydolili po kieliszku.
– Siadaj, polejemy.
Edward spojrzał po nich. Bezdomny Antek wyglądał podobnie. Zawsze powtarzał Felkowi, aby od takich ludzi trzymał się z daleka. Teraz sam z nimi rozmawiał i nie chciał stamtąd wychodzić. Nie chciał.
– Syn ci umarł?
Pytanie brzmiało jakby z innego świata. Edward słyszał dziwny pogłos, szum niby fal, albo powiew wiatru hulającego po polach. Przytaknął, czując, że nawet najmniejszy ruch głową powoduje zawroty.
– Zajebali mu syna, słyszysz? – Szturchnął swego kompana Alojzy. Tak się przedstawił.
Tamten ledwo kontaktował, a trzeci z nich spał oparty o ścianę z miną jakby dostał właśnie udaru mózgu. Pomruczał coś i spojrzał na swój kieliszek. Chciał kolejną kolejkę, ale wtedy świat poczerniał, głosy ucichły, odpłynął.
Zostali z Edwardem we dwóch. Dochodziła druga. Wcześniej rozmawiali o wielu rzeczach. Nie o Felku. Nie powiedział im o nim od razu. Grał nieugiętego, nie chciał wylewać emocji na zewnątrz. Alojzy streścił swoją biografię, małorolnego chłopa bez perspektyw, osiadłego na pięciu hektarach odziedziczonych po ojcu. Lubił jesienną orkę i długie wieczory w barze. Nie miał rodziny, dzieci. Nie widział, co to znaczy ją mieć.
– Jeszcze ci się przytrafi – powiedział Edward, lekko podpity.
Tamten przytaknął z uśmiechem.
– Swatali mnie z jedną i drugą. Ale kiedy to było. Ja nie chciałem, bo żona to obowiązki znowu, a na dzieci harować trzeba. Ty na swoje harujesz?
Edward poczuł ucisk w piersi. Łzy napłynęły do oczu, ale stłamsił ich oznakę w zarodku. Przełknął ślinę.
– Harowałem, już nie muszę.
– Ustatkował się. To dobrze.
– Ta, dobrze.
Barman podszedł do Edwarda.
– Wracaj już do domu.
– Jak to całodobowy – odparł niewyraźnie, próbując skoncentrować wzrok na kieliszku.
– Spierdalaj.
Facet był rosły. Alojzy widząc, jak barman łapie Edwarda za fraki, tylko podniósł ręce w kapitulacyjnym geście.
– Wpadnij jeszcze – powiedział na odchodne.
Barman wywlókł Czerwińskiego na werandę, po czym bez ceregieli zrzucił go ze stopni na podjazd. Edward łupnął o beton twardo, ale po chwili podniósł głowę i wstał.
– Wypierdalaj, żałobniku od siedmiu boleści.
Chciał mu coś odpowiedzieć, ale tamten szybko wrócił do środka. Noc była zimna i bezchmurna. Gwiazdy świeciły wyraźnie. Szedł poboczem, co jakiś czas zataczając się na jezdnię. Nie wiedział, dokąd idzie, czy w dobrą stronę. Po prostu szedł, a auto zmierzające od tyłu w jego kierunku zbliżało się coraz szybciej.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania