Poprzednie częściInne kolory życia - część I

Inne kolory życia - część XXI

27/28 września, 2011, Dariusz Wiertło

Dariusz Wiertło otworzył drzwi swojego Renault i zajął miejsce kierowcy. Na parkingu przy PKP Złorzewo o tej porze tańczyły jedynie żółte liście smagane jesiennym wiatrem. Maszynista spojrzał na zegarek. Było już kilkanaście minut po dwudziestej trzeciej. Ostatni kurs zakończył czterdzieści minut temu. Na stacji końcowej wysiadło kilkoro pasażerów, głównie młodzież, która nie miała nic lepszego do roboty, poza nauką oczywiście.

Wiertło odpalił silnik i włączył ogrzewanie. Przez chwilę siedział w całkowitej ciemności i ciszy, nie włączając reflektorów. Światło sodowej lampy nie dosięgało do odległych zakątków parkingu, gdzie zwykł stawiać swoje auto. Miał upatrzone dwa lub trzy miejsca obok siebie, zależnie które danego dnia było wolne. Jeśli zaczynał kursy ze stacji Morowo, parkował na okolicznym osiedlu. Tamtejszy parking nie był bezpiecznym miejscem.

Cały dzień myślał o tym dzieciaku, choć przecież chłopak był już prawie pełnoletni, miał ponad siedemnaście lat. Ale Wiertło wiedział, że dla swoich rodziców, nawet gdyby miał brodę i ponad dwa metry wzrostu, byłby dzieckiem, jedynym w dodatku. Ktoś z gapiów, kiedy znaleźli ciało, powiedział, że Felek jest jedynakiem.

Coś uderzyło w klapę bagażnika i Dariusz o mało nie wyrżnął głową w podsufitkę. Poczuł, jak dreszcz biegnie po plecach, a potem uderza z impetem w kark. Zacisnął dłonie na kierownicy i spojrzał za siebie. W tym momencie uświadomił sobie, iż parkował pod dorodnym orzechem, który pewnie rósł tam, zanim stacja PKP zmieniła swój status z lokalnego przystanku dla małej, zatęchłej w tamtym czasie mieściny.

Włączył radio, ale głos Adele, którego był zmuszony słuchać we wszystkich rozgłośniach, doprowadzał go już do szału. Wybrał więc ciszę.

Wrzucił wsteczny i sprawnie wymanewrował minivana, a potem wyjechał z parkingu na ulicę, która tonęła w pomarańczowym świetle lamp, pod którymi stało kilka aut. W wielu domach wciąż paliło się światło. Dariusz widział, jak ludzie za firanami krzątają się w salonach, rozmawiają ze sobą. Pomyślał o swoim mieszkaniu, w którym zapewne znowu zastanie ciemność i odgłosy lekkiego chrapania. Sam zresztą nie był nocnym markiem. Gdyby mógł, układałby głowę w poduszce już o dwudziestej drugiej.

Przypomniał sobie o Hannie, tej kobiecie, która najwyraźniej nie miała wobec niego dobrych zamiarów. Nie zdziwiłby się gdyby się okazało, że mieszka na osiedlu Złotorogi. Znał kilkoro osób stamtąd. Mówiono o nich na mieście jako o sekcie, ludziach innych niż wszyscy, którzy nie mają skrupułów i sumienia. Niby głupota, takie zwykłe małomiasteczkowe plotki, ale Wiertło przekonał się wiele razy, że jest w tym wiele ziaren prawdy.

Tej całej Hanny nie znał. Ale nie patrzyło jej dobrze z oczu. Zawsze w głowie brzmiały mu słowa matki, która przestrzegała go przed ludźmi z zielonymi oczami. Mówiła, że to fałszywi obłudnicy, od których należy się trzymać z daleka. Nigdy nie zapomniał, jak na kopach wypędziła z mieszkania jego pierwszą dziewczynę. Pierwsza wielka miłość ucięta nagle niczym łodyga młodego krzewu. Zobaczyła jej zielone oczy i nie wytrzymała. Dziewczyna (zabijcie go, nie miał już pojęcia, jak miała na imię, taka wielka z tego była miłość) zdążyła jedynie postawić dwa kroki w korytarzu. Matka wypędziła ją, a potem o mało nie zrzuciła ze schodów. Następnie odbyła rozmowę z synem, a on poznał, właśnie wtedy, co jego rodzicielka sądzi o zielonookich ludziach.

– Przyprowadź jeszcze taką jedną, a obiecuję, na święty obraz, że zepchnę ją ze schodów.

Czy ta cała Hanna miała zielone oczy? Nie miał pewności. Ale nawet jeśli nie, co z tego? Od razu wydała mu się wstrętna. Bolało go za każdym razem, a było ich trochę, kiedy musiał zatrzymać pociąg i ściągnąć z torowiska ciało zabitej sarny. Najczęściej to były sarny. Raz uderzył w lisa, który dostał się pod koła i sami możecie sobie wyobrazić, w ilu kawałkach zobaczył go Wiertło, kiedy wyskoczył z pociągu.

Skręcił w główną ulicę, szeroką, dwupasmową, którą dojechał do drogi prowadzącej na Morowo. Nie lubił włóczyć się trasami bocznymi, przez wioski, szczególnie w nocy. Nie czuł się wtedy pewnie. Każde większe drzewo, każdy wykrzywiony konar czy pochylony znak przerdzewiały i nieczytelny, wszystko przypominało mu sylwetki, jakie o tej porze wychodzą na żer w koszmarach i niskobudżetowych filmach z gatunku horroru klasy B, C a może i Z.

Dodał gazu. Myślami był już w mieszkaniu, w łóżku, słysząc oddech Kaśki, która miała najtwardszy sen ze wszystkich kobiet, jakie poznał. Można było odpalić granatnik w sypialni, a ona jedynie zmieniała pozycję i spała jak zabita dalej. On też będzie spał jak trup. Już to wiedział. Osiem godzin, bankowo. Chyba że omijając tego pieprzonego chłopaka, który wtargnął na jezdnię, zatrzyma się przed murowanym płotem. Zatrzyma, zatrzyma, zatrz…

***

27/28 września 2011, Damian Zborowski, noc

To był koszmar. Jeden z tych, po których chcesz, aby za kolejną minutę nastał już dzień. Ale potem patrzysz na zegarek, widzisz na nim, że minęła ledwie druga, więc masz wiele czasu, aby pobawić się w bezsenność albo przezwyciężyć ten lęk. Damian nie umiał z nim walczyć. Otarł pot z czoła i szyi. Położył się z powrotem na przemiękniętej poduszce i prześcieradle. Co przychodziło mu do głowy w tamtej chwili? Dwa słowa, krótkie stwierdzenie: Byłeś idiotą.

Czy naprawdę był? Możliwe. Zależy jak na to spojrzeć. Zależy czy fakt, że nie przekonał Felka, miał znaczenie. Skoro jego najlepszy kumpel i tak nie miał wyboru. Dali mu zadanie, sam tego chciał. Na pewno? Tak. Pragnął zmian, czego więcej. Sam pewnie nie wiedział, o co chodzi. Może po prostu na moment zamienił się mózgiem ze swoim kutasem, ale raczej po prostu Damian nie zauważył, że Felek był na wiele rzeczy ślepy i nie potrafił docenić tego co ma przed nosem. Za to bardzo widziało mu się sięgać rękami po forsę, na której drodze stała piła łańcuchowa, która z radością rozerwie skórę, ścięgna, poharata kości.

Mógł go zbić tak mocno jak tylko mógł. Felek trafiłby do szpitala, na siedem dni, a może więcej. Do tego zwolnienie, odpoczynek, przyjmowanie leków. Dobre dwa tygodnie z głowy. Idealny czas na przemyślenie wszystkich genialnych pomysłów krążących w głowie.

Może i by odkryli, że to jego sprawka. Ale Felek by go krył i to dobrze. Może straciliby wtedy ze sobą tak dobry kontakt, zmienili relację z przyjacielskiej na koleżeńską. Ale czy to ma jakieś znaczenie. Cholera, Felek Czerwiński by żył, oddychał i marnował tlen, jak to zawsze powtarzał Damian. Teraz, chyba pierwszy raz odkąd pamiętał, tak tęsknił za tym marnotrawstwem.

Następne częściInne kolory życia - część XXII

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania