Kroniki Elorien - Rozdział 21
Ranek nadszedł zdecydowanie zbyt szybko. Przynajmniej dla mnie. Przez większą część nocy nie potrafiłem się uspokoić, a kiedy pierwsze blade światło zaczęło pojawiać się nad górami, nadal siedziałem w pobliżu klatki i próbowałem zrozumieć, co właściwie się wydarzyło. Widziałem śmierć już wcześniej. Przez ponad osiemset lat trudno byłoby jej nie zobaczyć. Widziałem ludzi, którzy ginęli w wojnach, magów po nieudanych eksperymentach, stworzenia zabijane przez potężniejsze od siebie bestie. Sam nawet przyczyniłem się kiedyś do śmierci kilku istot, choć nie będę teraz udawał, że jestem z tego szczególnie dumny. Problem polegał jednak na czymś zupełnie innym. Bram nie zabił Demonka dlatego, że podjęli taką decyzję. Nie zrobił tego również podczas walki, w obliczu bezpośredniego zagrożenia. Nie. Zrobił to w środku nocy, po cichu, kiedy wszyscy spali, a decyzja wciąż pozostawała nierozstrzygnięta. Lucien uważał, że trzeba go wyeliminować. Zhana również skłaniała się ku temu rozwiązaniu. Kadir i Laeria były przeciw. Filius, gdyby tylko mógł wstać z łóżka, prawdopodobnie rzuciłby się na Brama z taką determinacją, jakiej nie wykazał podczas żadnej walki. A mimo to Bram uznał, że impas należy zakończyć samodzielnie. Właśnie to nie dawało mi spokoju. Nie sam fakt śmierci Demonka, choć przyznam, że jego ostatnie, krótkie kwaknięcie wracało do mnie nieprzyjemnie często. Bardziej przerażało mnie to, jak łatwo jeden z młodych magów uznał, że może podjąć decyzję za wszystkich pozostałych.
Po odejściu Brama wartownik przez dłuższą chwilę stał przy zniszczonej klatce, najwyraźniej nie wiedząc, co powinien zrobić. Ostatecznie przykrył ją grubą plandeką, zapewne bardziej z odruchu niż z konkretnego rozkazu, i wrócił do swojej służby. Przez resztę nocy nic się nie wydarzyło. A może powinienem powiedzieć, że niczego więcej nie zauważyłem. Ja natomiast nie potrafiłem oderwać wzroku od tego miejsca. Kiedy niebo zaczęło jaśnieć, na płaskowyżu stopniowo pojawiali się kolejni ludzie. Najpierw kilku żołnierzy, potem medycy, później jeden z magów, który przyszedł sprawdzić, dlaczego inny wartownik zgłosił zniszczenie klatki. Wieść rozeszła się po obozie szybciej, niż ktokolwiek zdążyłby ją oficjalnie przekazać. Wkrótce wokół miejsca zaczęli zbierać się gapie. Ludzie szeptali, wskazywali na powyginane pręty i próbowali odgadnąć, co mogło się wydarzyć. Niektórzy zakładali, że Demonek zaatakował klatkę. Inni sądzili, że uciekł. Jeszcze inni przypuszczali, że Astratus zrobił coś kolejnego. Nikt chyba nie zakładał, że odpowiedź jest znacznie prostsza i zdecydowanie bardziej niepokojąca.
W końcu pojawili się wszyscy młodzi magowie. Lucien przyszedł pierwszy, za nim Zhana, Kadir i Laeria. Filius oczywiście nie mógł opuścić namiotu medycznego, choć z pewnością dowiedział się już, że coś stało się z Demonkiem. Ich miny wystarczyły mi za całą rozmowę. Lucien zatrzymał się przed klatką i przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Zhana wyglądała, jakby próbowała połączyć w głowie wszystkie informacje. Kadir patrzyła na zniszczone kamienie z ponurą koncentracją, a Laeria po prostu stała nieruchomo. Żadne z nich nie spodziewało się tego widoku. Zheron i Venegas pojawili się chwilę później. Atmosfera natychmiast zrobiła się cięższa. Wszyscy chcieli wiedzieć, co się stało. I wtedy Bram, który przez cały ten czas stał nieco z boku, zrobił krok do przodu.
– To ja – powiedział.
Nie próbował się wymigać. Nie udawał, że nie wie, o czym mówią. Nie zrzucał winy na wartowników ani na jakąś tajemniczą siłę. Po prostu przyznał się od razu. Lucien spojrzał na niego z niedowierzaniem.
– Ty to zrobiłeś?
Bram skinął głową.
– Tak.
Przez chwilę nikt się nie odezwał.
– Dlaczego? – zapytała Kadir.
Jej głos był spokojny, ale właśnie ten spokój sprawiał, że pytanie zabrzmiało znacznie poważniej. Bram spuścił wzrok.
– Bo ktoś musiał przerwać ten impas.
– Nie podjęliśmy decyzji – odpowiedziała Laeria.
– Właśnie. I dlatego ją podjąłem.
Bram mówił coraz ciszej. Nie wyglądał na dumnego z tego, co zrobił.
– Wiem, że nie powinienem. Wiem, że mieliśmy porozmawiać rano. Ale im dłużej o tym myślałem, tym bardziej wydawało mi się, że to najprostsze rozwiązanie. Astratus dał nam termin. Zagroził Elorien. Nie chciałem czekać, aż sprawdzimy, czy mówi prawdę.
Zhana zacisnęła dłonie.
– Więc uznałeś, że możesz zdecydować za nas wszystkich?
Bram przez chwilę milczał.
– Nie. Uznałem, że ktoś musi w końcu zdecydować. Wiedziałem, że gdybym powiedział wam wszystkim, znowu zaczęlibyśmy się kłócić. I pewnie nadal nie mielibyśmy decyzji. A ja... nie chciałem ryzykować Elorien. Nie chciałem, żeby smoczyca zaatakowała ludzi tylko dlatego, że baliśmy się zrobić to, czego od nas żądano.
Przez moment w jego głosie pojawiła się szczerość, która sprawiła, że nawet Kadir nie odpowiedziała od razu. Bram naprawdę uważał, że zrobił coś koniecznego. I być może właśnie to było najgorsze. Nie działał z okrucieństwa. Nie chciał sprawić Filiusowi bólu. Nie chciał też przypodobać się Astratusowi. Po prostu uznał, że bezpieczeństwo innych usprawiedliwia podjęcie decyzji za całą grupę. Problem polegał na tym, że teraz nikt nie wiedział, czy miał rację.
Venegas przez dłuższą chwilę przyglądał się młodym magom, jakby próbował ocenić nie tyle to, kto miał rację, ile jak bardzo wydarzenia ostatnich dni zdążyły ich zmienić. Wreszcie westchnął i uniósł dłoń, uciszając rodzącą się między nimi kolejną dyskusję.
– To nie jest już czas na tłumaczenie się – powiedział spokojnie – To, co się stało, już się stało. Możemy przez cały dzień zastanawiać się, kto miał rację, kto popełnił błąd i co należało zrobić inaczej, ale nie cofniemy czasu. Każdy z was będzie musiał żyć ze świadomością własnych decyzji.
Bram spuścił wzrok, ale nie odpowiedział. Venegas nie próbował go pocieszać ani ganić.
– Teraz pozostaje nam czekać na ruch Astratusa. Wykonaliście jego zadanie, jakkolwiek bardzo nie podoba mi się sposób, w jaki do tego doszło. Jeżeli rzeczywiście zamierzał skierować smoczycę do Elorien wyłącznie jako konsekwencję niewykonania polecenia, nie powinien już mieć powodu, żeby to zrobić. Oczywiście nie oznacza to, że mu ufamy. Wręcz przeciwnie.
Venegas spojrzał po wszystkich.
– Musimy założyć, że może zrobić wszystko. Ale nie będziemy teraz siedzieć i czekać, aż łaskawie zdecyduje, co dalej. Najważniejsze jest odnalezienie smoczycy. Jeżeli rzeczywiście szuka Demonka, to teraz nie ma już powodu, żeby pozostawała w ukryciu. Musimy dowiedzieć się, gdzie jest, zanim ona dowie się, gdzie jesteśmy my.
Zheron przytaknął. Wydawało się, że ta decyzja przynajmniej na chwilę porządkuje sytuację. Śmierć Demonka nie rozwiązała problemu. Nie zakończyła konfliktu. Nie dała im nawet pewności, że Astratus dotrzyma swojej części niepisanej umowy. Ale przynajmniej jedna rzecz była już jasna: nie mieli zamiaru dalej siedzieć bezczynnie. Trzeba było wrócić do tego, co potrafili robić najlepiej. Tropić. Obserwować. Zbierać informacje. I przygotować się na spotkanie z czymś, czego większość z nich znała dotąd wyłącznie z opowieści.
Po krótkiej naradzie młodzi magowie ruszyli w stronę namiotu medycznego. Tym razem szli niemal bez słowa. Każdy z nich miał coś innego w głowie. Lucien wyglądał na zamyślonego, Zhana była wyraźnie przygaszona, Kadir miała na twarzy ten charakterystyczny wyraz skupienia, który pojawiał się u niej zawsze wtedy, gdy próbowała poukładać fakty w logiczną całość, a Laeria co chwilę zerkała na Brama. On natomiast szedł nieco z tyłu. Nikt nie kazał mu tego robić. Po prostu sam nie próbował zrównać się z resztą. Nie było już między nimi tej swobody, która jeszcze niedawno pozwalała Bramowi rzucać sarkastyczne uwagi na temat każdego wydarzenia. Teraz każde jego milczenie wydawało się znaczyć więcej niż niejeden komentarz. Ja oczywiście poleciałem za nimi. Nie miałem zamiaru przegapić rozmowy z Filiusem, szczególnie po tym, co wydarzyło się w nocy. Wciąż nie wiedziałem, jak zareaguje, kiedy zobaczy Brama.
W namiocie medycznym było znacznie spokojniej niż wcześniej. Zamiast chaosu towarzyszącego pierwszym godzinom choroby panowała tam niemal senna cisza. Zapach ziół, mikstur i świeżo przygotowanych opatrunków mieszał się z chłodnym powietrzem wpadającym przez rozchylone wejście. Filius leżał na posłaniu pod grubym kocem. Wyglądał zdecydowanie lepiej niż poprzedniego dnia. Jego twarz nie była już tak blada, fiolet z oczu zniknął, a oddech stał się spokojny. Wciąż jednak był bardzo osłabiony. Kiedy pozostali weszli do środka, otworzył oczy i spojrzał na nich. Nie musieli nic mówić. Filius wiedział. Ktoś musiał mu już powiedzieć. Jego wzrok przesunął się po kolei po każdym z nich, aż zatrzymał się na Bramie. Wtedy twarz Filiusa stężała. Nie powiedział ani słowa. Po prostu odwrócił głowę w drugą stronę.
Bram zatrzymał się przy wejściu. Przez moment wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć. Może przeprosić. Może wyjaśnić, dlaczego to zrobił. Może powiedzieć dokładnie to samo, co przed chwilą wszystkim pozostałym. Ostatecznie jednak nie powiedział nic. Filius również milczał. I chyba właśnie to milczenie było dla Brama najgorszą możliwą odpowiedzią. Zhana podeszła bliżej łóżka i usiadła na jego skraju.
– Jak się czujesz? – zapytała cicho.
Filius wzruszył ramionami.
– Lepiej.
Jego głos był słaby, ledwie słyszalny. Kadir przyjrzała mu się uważnie.
– Medycy mówią, że choroba ustępuje.
– Wiem.
Filius zamknął oczy.
– Potrzebujesz czegoś? – zapytała Laeria.
– Spokoju.
Laeria skinęła głową i nie próbowała ciągnąć rozmowy. Filius nie miał ochoty rozmawiać. Nie dlatego, że był na nich zły. Przynajmniej nie na wszystkich. Był po prostu zmęczony. Fizycznie i chyba również emocjonalnie. Jeszcze niedawno siedział przy Demonku, obserwował jego zachowanie, głaskał go, próbował zrozumieć jego dziwne odgłosy i przekonywał wszystkich, że pod tą czarną, niepozorną postacią kryje się żywa istota, która być może nie jest zła. Teraz Demonka nie było.
Po kilku chwilach Filius ponownie otworzył oczy. Spojrzał na Luciena, potem na Zhanę, Kadir i Laerię. W końcu znów zerknął w stronę Brama. Tym razem jego spojrzenie trwało dłużej.
– Nie chcę teraz z tobą rozmawiać – powiedział cicho.
Bram skinął głową. Stał jeszcze chwilę, po czym odsunął się pod ścianę namiotu. Filius zamknął oczy. Nikt więcej nie próbował zmuszać go do rozmowy. Wszyscy chyba rozumieli, że jego ciało potrzebuje czasu, ale jego umysł również. Choroba cienia powoli ustępowała, lecz rana po tym, co wydarzyło się tej nocy, była znacznie trudniejsza do wyleczenia
Zheron ostatecznie uznał, że młodzi magowie mają już na dzisiaj wystarczająco dużo powodów do rozmyślań i zarządził im odpoczynek do końca dnia. Nie był to jednak odpoczynek w pełnym tego słowa znaczeniu. Każdy miał pozostać w obrębie obozu, nie oddalać się bez zgody i przede wszystkim odzyskać siły po ostatnich wydarzeniach. Lucien próbował jeszcze zaprotestować, twierdząc zapewne w duchu, że skoro sytuacja jest tak poważna, to siedzenie bezczynnie jest ostatnią rzeczą, jakiej potrzebują, ale tym razem Zheron nie zamierzał negocjować. Po wszystkim, co wydarzyło się w ciągu ostatnich dni, nawet najbardziej wytrzymały z nich potrzebował chwili, w której nie będzie musiał walczyć, tropić, podejmować decyzji ani zastanawiać się, czy za kolejnym drzewem nie czai się demon. Zheron wraz z Venegasem natomiast ponownie zamknęli się w namiocie dowódców. Ich odpoczynek miał wyglądać nieco inaczej. Przez najbliższe godziny mieli bowiem przede wszystkim analizować sytuację i przygotowywać obóz na kolejne wydarzenia. Oczywiście poleciałem za nimi. Nie miałem najmniejszego zamiaru pozwolić, żeby najważniejsza narada tego dnia odbyła się beze mnie, szczególnie że po nocnych wydarzeniach zacząłem nabierać przekonania, iż każdy szczegół może mieć znaczenie. Wleciałem więc do namiotu jako mucha, przysiadłem na jednej z drewnianych skrzyń i przez chwilę obserwowałem obu magów pochylonych nad mapami. Potem jednak uznałem, że najwyższy czas zakończyć tę farsę. Przez ponad osiemset lat przyzwyczaiłem się do tego, że mogę pojawić się w dowolnym miejscu, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Teraz jednak sytuacja była nieco inna. Rozprostowałem skrzydła, zsunąłem się z krawędzi skrzyni i pozwoliłem magii przemiany zrobić swoje. Poczucie zmiany ciała było jak zawsze nieprzyjemne, choć po tylu latach zdążyłem się już do niego przyzwyczaić. Sekundę później na miejscu muchy stał człowiek. A dokładniej ja. Benjamin. Zheron zareagował natychmiast. Odskoczył od stołu tak gwałtownie, że niemal przewrócił krzesło, a jego dłoń odruchowo powędrowała w stronę broni. Venegas natomiast tylko uniósł wzrok znad mapy i przez chwilę wyglądał, jakby cała sytuacja była dokładnie tym, czego się spodziewał. Zheron patrzył na mnie z mieszaniną zdumienia, irytacji i chyba lekkiego przerażenia. Trudno mu się dziwić. Jeszcze kilka sekund wcześniej w namiocie była jedna mucha, a teraz stał przed nim ponad osiemsetletni mężczyzna, którego istnienia jeszcze niedawno nawet nie podejrzewał. Venegas najwyraźniej dostrzegł komizm sytuacji, choć zachował znacznie większą powagę. Zheron natomiast potrzebował chwili, aby zaakceptować fakt, że będzie musiał przyzwyczaić się do człowieka pojawiającego się znikąd za każdym razem, kiedy zwykła mucha uzna, że ma coś do powiedzenia. W końcu usiadł z powrotem, nadal jednak zerkał na mnie z pewną ostrożnością, jakby podejrzewał, że za chwilę znowu zmienię się w coś jeszcze dziwniejszego. Potem przeszliśmy do rzeczy znacznie poważniejszych. Wspólnie przeanalizowaliśmy wydarzenia ostatnich dni, zaczynając oczywiście od spotkania z Astratusem, poprzez atak Demona Dusz, aż po śmierć Demonka. Omówiliśmy również groźbę skierowania smoczycy na Elorien. Nie było już sensu rozpatrywać tego wyłącznie jako blefu. Nawet jeśli Astratus kłamał w części swoich twierdzeń, posiadał wystarczającą wiedzę i możliwości, by traktować jego słowa poważnie. Największym problemem pozostawało jednak to, że nie wiedzieliśmy, co zrobi teraz. Spełniliśmy jego żądanie, lecz nie wiedzieliśmy, czy rzeczywiście zamierzał na tym poprzestać. Mogło się okazać, że śmierć Demonka była tylko jednym elementem większego planu, a cała historia ze smoczycą miała przede wszystkim zmusić nas do wykonania określonego ruchu. Zheron i Venegas doszli więc do wniosku, że niezależnie od dalszych działań Astratusa nie możemy pozwolić sobie na rozluźnienie zabezpieczeń. Obóz na płaskowyżu miał zostać potraktowany jak twierdza znajdująca się w stanie oblężenia, nawet jeśli przeciwnik jeszcze się nie pojawił. Wzmocniono więc posterunki na wszystkich głównych podejściach, zwiększono liczbę wartowników przy namiotach medycznych oraz miejscach, w których przechowywano zapasy i wyposażenie. Dodatkowe zaklęcia ochronne miały zostać rozciągnięte pomiędzy naturalnymi formacjami skalnymi, tak aby w razie ataku stworzyć kolejne warstwy obrony. Zheron polecił również zwiększyć liczbę patroli. Zwiadowcy mieli nie tylko szukać śladów smoczycy, lecz także obserwować najbliższą okolicę obozu i wypatrywać jakichkolwiek oznak obecności Astratusa. Nie zamierzali popełnić tego samego błędu drugi raz. Jeżeli Astratus potrafił pojawić się w lesie bez ostrzeżenia, musieli założyć, że może zrobić to ponownie. Venegas dodatkowo nalegał, aby patrole nie poruszały się pojedynczo. Każda grupa miała składać się przynajmniej z kilku osób, a przynajmniej jeden mag miał posiadać możliwość szybkiego wezwania pomocy. Wszystko to było rozsądne. Nawet bardzo rozsądne. A jednak, kiedy skończyliśmy omawiać plany i spojrzałem przez wejście namiotu na rozciągający się wokół płaskowyż, miałem nieprzyjemne wrażenie, że cały ten wysiłek może okazać się niewystarczający. Astratus nie walczył przecież w sposób, do którego przyzwyczajeni byli ci magowie. A tego rodzaju przeciwnika bardzo trudno było zatrzymać samymi kamiennymi murami i patrolami. Mimo wszystko trzeba było je postawić.
Wieczór przyszedł nad płaskowyż niemal niezauważenie. Słońce powoli zsunęło się za poszarpane szczyty Gór Srebrzystych, a długie cienie skał zaczęły wypełniać przestrzeń między namiotami. Po całym dniu względnego spokoju obóz zdążył nieco przycichnąć. Warty zmieniały się regularnie, medycy nadal zaglądali do Filiusa, a pozostali magowie próbowali odpocząć po wydarzeniach ostatnich dni. Nikt jednak nie był naprawdę spokojny. Wszyscy wiedzieli, że Astratus może pojawić się w każdej chwili. Problem polegał na tym, że nikt nie wiedział, skąd mógłby nadejść. Jak dotąd udowodnił już wielokrotnie, że potrafił przechodzić przez zabezpieczenia obozu tak, jakby ich w ogóle nie było.
Dlatego kiedy jeden z wartowników zauważył coś leżącego przy zniszczonej klatce Demonka, początkowo nawet nie podszedł. Stał przez chwilę nieruchomo, obserwując przedmiot z odległości, jakby samo patrzenie mogło sprawić, że ten zniknie. W końcu przywołał drugiego strażnika. Dopiero razem podeszli bliżej. Na kamieniach, dokładnie tam, gdzie jeszcze niedawno stała klatka, leżała pojedyncza koperta. Nie było przy niej śladów stóp. Nie było żadnego odcisku magii, który strażnicy potrafiliby rozpoznać. Nikt nie widział, żeby ktokolwiek się zbliżał. Po prostu jej wcześniej nie było, a teraz była.
Wiadomo było, czyje to dzieło.
List natychmiast trafił do namiotu dowódców, do Venegasa. Wielki Mag długo obracał kopertę w dłoniach, zanim zdecydował się ją otworzyć. Wszyscy zgromadzili się wokół niego, Zheron stał obok Venegasa z rękami założonymi na piersi. Młodzi magowie milczeli. Nawet Bram, który jeszcze poprzedniej nocy samowolnie zakończył całe ich rozważania, nie odezwał się ani słowem. Venegas wyjął kartkę i zaczął czytać.
„Drodzy młodzi magowie,
przede wszystkim pozwólcie, że wam podziękuję. Wypełniliście swoje zadanie. Muszę przyznać, że jestem z tego niezwykle zadowolony. Nie dlatego, że zginęła istota, której śmierci od was oczekiwałem. Nie dlatego, że wykonaliście polecenie. Cieszy mnie coś znacznie bardziej interesującego.
Wciąż istnieją magowie, którzy potrafią podjąć decyzję. W świecie, w którym większość z was nauczyła się czekać na rozkazy, pytać przełożonych o pozwolenie i zastanawiać się, czy wolno wam zrobić to, co zrobić należy, znalazł się ktoś, kto potrafił przerwać wahanie. To cecha cenna. Niezwykle cenna.
Nie będę jednak udawał, że wszystko, co wydarzyło się tutaj, było jedynie próbą waszych charakterów. To miejsce spełniło wszystkie moje cele.
Chciałem sprawdzić was. Zrobiłem to. Chciałem sprawdzić, czy dawne przejścia do Krainy Demonów mogą jeszcze kiedyś okazać się użyteczne. Odpowiedź otrzymałem. Chciałem zobaczyć, jak szybko można zmusić waszych przywódców do działania, jak reagujecie na zagrożenie, jak wiele jesteście w stanie poświęcić i jak dobrze potraficie się zorganizować. Teraz również znam odpowiedź. Chciałem także sprawdzić, jak łatwo można wyciągnąć pewne osoby z miejsc, które powinny być dla nich najbezpieczniejsze. To również się udało. A przy okazji udało mi się zdobyć coś, czego potrzebowałem. Za to również wam dziękuję. Nie będę jednak zdradzał wszystkich szczegółów. Byłoby to pozbawione elegancji.
Najważniejsze jest coś innego. Chciałem, abyście zobaczyli, że istnieje druga droga. Nie droga posłuszeństwa. Nie droga służenia królom. Nie droga wykonywania poleceń ludzi, którzy często nie rozumieją nawet połowy tego, czym jest magia.
Chciałem pokazać wam wielką magię. Mam nadzieję, że chociaż przez chwilę zastanowiliście się nad tym, co wam mówiłem. Bo to właśnie jest mój cel. Przywrócić magii należne jej miejsce.
Przez stulecia pozwoliliście, aby coś, co powinno budzić podziw, stało się jedynie narzędziem. Magowie stali się urzędnikami. Doradcami. Żołnierzami. Najemnikami królewskich dworów. Ludźmi, którzy przychodzą wtedy, kiedy ktoś ich wezwie, wykonują polecenie i wracają do swoich obozów.
A przecież to my posiadamy wiedzę. To my potrafimy naginać prawa natury. To my potrafimy władać żywiołami. To my potrafimy tworzyć rzeczy, których zwykły człowiek nawet nie jest w stanie pojąć. Dlaczego więc to ludzie mają decydować o przyszłości świata? Dlaczego mag ma klękać przed królem tylko dlatego, że ten urodził się w odpowiedniej rodzinie? Dlaczego człowiek bez żadnych magicznych zdolności ma wydawać rozkazy tym, którzy przez całe życie poświęcali się poznawaniu potęgi, której on sam nigdy nie zrozumie?
Nie widzę w tym żadnego sensu. Magia powinna budzić podziw. Powinna budzić respekt. A czasem również strach. Magowie powinni zajmować najwyższe miejsca na królewskich dworach. To oni powinni podejmować najważniejsze decyzje. To oni powinni wskazywać kierunek, w którym powinny podążać królestwa.
Nie dlatego, że jesteśmy lepsi od ludzi. Tylko dlatego, że jesteśmy zdolniejsi do tego, aby przewodzić. Wiem, że wielu z was się ze mną nie zgadza. Nie martwi mnie to. Nie wszyscy muszą zrozumieć od razu.
Wielu już jednak zrozumiało. Magowie z różnych części kontynentu zaczynają znikać. Niektórzy są do tego zmuszani, ale znacznie więcej z nich odchodzi dobrowolnie. Porzucają swoje szkoły, swoje enklawy, swoje stanowiska i swoje bezpieczne życie. Przychodzą do mnie. Chcą się uczyć. Chcą praktykować wielką magię. Chcą przestać być narzędziami w rękach ludzi. I będzie ich coraz więcej.
Dlatego wam również pozostawiam wybór. Na razie. Możecie przyjść do mnie dobrowolnie. Możecie dołączyć do tych, którzy już zrozumieli. Możecie pomóc mi zmienić świat. Kiedy jednak nadejdzie odpowiedni czas, wybór przestanie być wyborem. Wtedy będzie już tylko obowiązek.
Na razie jednak mam inne zadania. Muszę wzmocnić tych, którzy zdecydowali się stanąć po mojej stronie. Muszę uporządkować to, co zaczęło się już dawno temu. Muszę przygotować się na czas, w którym wielka magia przestanie być jedynie wspomnieniem.
Dlatego zostawiam was. Przepraszam za tych, którzy ucierpieli. Przepraszam za tych, którzy zginęli. Przepraszam również za strach, który mogłem w was wzbudzić. Choć przyznaję, że czasem strach jest bardzo pożytecznym nauczycielem. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. Być może następnym razem będziecie już patrzeć na mnie inaczej.
Do tego czasu życzę wam powodzenia. Niech żyje wielka magia.
Astratus”
Venegas opuścił kartkę. Przez kilka sekund nikt się nie odzywał. W namiocie panowała ciężka cisza, przerywana jedynie odległymi odgłosami obozu. Nie było w tym liście ani jednej groźby wypowiedzianej wprost, która brzmiałaby jak typowa deklaracja wojny. Astratus pisał spokojnie. Niemal uprzejmie. I właśnie to było chyba najbardziej niepokojące. Brzmiał jak ktoś, kto od początku wiedział, że ten etap jest tylko częścią znacznie większego planu.
A potem Venegas odwrócił kartkę. Na samym dole znajdował się jeszcze dopisek.
„P.S.
Zostawiam wam jeszcze jeden prezent. Cienista smoczyca jest teraz waszym problemem. Nie będzie mi już potrzebna. Miała być jedynie narzędziem. Miała wzbudzić w was strach. Miała sprawić, że zaczniecie zastanawiać się, co możecie stracić, jeśli nie wykonacie moich poleceń. Z tego, co wiem, zaczęła już wyczuwać, że coś złego stało się z jej potomstwem. I chyba nie jest z tego szczególnie zadowolona. Radziłbym uważać. I przygotować się na wszystko.Do zobaczenia.
A.”
Tym razem cisza była jeszcze cięższa. Venegas przez dłuższą chwilę patrzył na ostatnie słowa. Zheron przeczytał je jeszcze raz, jakby liczył, że za drugim razem znaczenie dopisku stanie się inne. Nie stało się. Smoczyca nie była już narzędziem Astratusa. Nie była przynętą. Nie była częścią jego planu. Była wolna. I prawdopodobnie wiedziała już, że jej potomstwo nie żyje.
Noc, która nastała po przeczytaniu listu Astratusa, nie przypominała żadnej z poprzednich nocy spędzonych na płaskowyżu. Obozowisko niby funkcjonowało tak jak zawsze — płonęły ogniska, wartownicy zmieniali się na posterunkach, gdzieś pomiędzy namiotami przechodzili medycy, a wiatr nieustannie przewiewał między skałami — ale pod tą pozorną normalnością kryło się napięcie, którego nie sposób było już ignorować. Wielu magów próbowało zasnąć, lecz sen przychodził z trudem. Jedni przewracali się z boku na bok, inni wychodzili przed namioty i wpatrywali się w ciemne zbocza.
Gdzieś w środku nocy ciszę obozu przerwał odgłos szybkich kroków. Jeden z wartowników pierwszy dostrzegł sylwetkę schodzącą ze szlaku prowadzącego od strony niższych zboczy. Zwiadowca był zmęczony, ubrudzony ziemią i ściółką, a jego oddech był ciężki od szybkiego marszu. Nie wyglądał jednak na rannego. To wystarczyło, żeby strażnik nie wszczął alarmu, lecz natychmiast skierował go do namiotu dowódców. Wieść o jego powrocie rozeszła się po obozie znacznie szybciej, niż ktokolwiek by sobie życzył. Wkrótce w namiocie Zherona i Venegasa pojawili się również pozostali doświadczeni magowie, a po chwili także młodzi, którzy jeszcze kilka minut wcześniej próbowali bezskutecznie zasnąć.
Zwiadowca nie potrzebował wiele czasu, żeby wyjaśnić, po co wrócił. Smoczyca przekroczyła granicę Królestwa Elorii. Nie było już żadnych wątpliwości, że znajduje się na ich terenie. Co więcej, jej dotychczasowy sposób poruszania się wyraźnie się zmienił. Jeszcze niedawno większość obserwacji wskazywała na to, że nocą przemieszczała się ukryta przed wzrokiem, a za dnia zaszywała się w lasach. Teraz nie próbowała już szczególnie ukrywać swojej obecności. Krążyła w pobliżu najbardziej wysuniętych zboczy Gór Srebrzystych, przelatując nad skalistymi grzbietami i dolinami, jakby przestało ją obchodzić, czy ktoś ją zauważy. Zwiadowcy nie potrafili określić, czy oznaczało to, że znalazła poszukiwany trop, czy po prostu przestała zwracać uwagę na własne bezpieczeństwo. Jedno było jednak pewne — zachowywała się znacznie bardziej agresywnie.
Pierwszym dowodem były pozostałości starej wieżyczki obserwacyjnej, którą zwiadowcy odnaleźli na jednym z niższych zboczy. Sama wieża była niewielka i od dawna nie pełniła większej funkcji, ale nadal pozostawała jednym z punktów, z których można było obserwować okoliczne doliny. Teraz została niemal doszczętnie zniszczona. Drewniana konstrukcja spłonęła, część kamieni została rozrzucona po zboczu, a ziemia wokół była osmalona. Nie wyglądało to jak przypadkowy pożar. Ślady wskazywały na użycie ognia o ogromnej temperaturze. W kilku miejscach skała była wręcz pęknięta od gorąca, a resztki drewna zamieniły się w czarny, kruchy popiół.
Jeszcze bardziej niepokojące były ślady czarnej mazi. Zwiadowca widział ją już wcześniej, ale nigdy w takiej ilości. Ciemna, gęsta substancja pokrywała fragmenty skał, osadzała się między korzeniami i ciągnęła się miejscami po ziemi szerokimi smugami. Niektóre ślady wyglądały tak, jakby coś ogromnego przeciągnęło się po zboczu. Inne znajdowały się wysoko na skałach, co sugerowało, że smoczyca zatrzymywała się tam lub opierała o nie swoje ciało. W pobliżu wieży znaleziono również głębokie odciski pazurów, znacznie większe niż jakiekolwiek ślady, które dotąd obserwowali.
Najgorsze było jednak to, że wieżyczka nie była jedynym miejscem noszącym ślady jej gniewu. Zwiadowcy znaleźli kolejne osmalone fragmenty lasu. Na szczęście nie natrafili na ślady zniszczonych osad ani zabitych ludzi. Wszystko wskazywało na to, że smoczyca wciąż poruszała się głównie w odludnych terenach. Ale teraz zaczęła atakować rzeczy, które wcześniej po prostu omijała. Wieże obserwacyjne. Skały. Drzewa. Wszystko, co mogło znaleźć się na jej drodze. Jakby szukała czegoś w sposób coraz bardziej rozpaczliwy i coraz mniej kontrolowany.
Zwiadowca wspomniał również o czymś jeszcze. Podczas obserwacji z bezpiecznej odległości kilku ludzi zauważyło ją przelatującą nad jednym z grzbietów. Nie była to już tylko niewyraźna sylwetka znikająca w ciemności. Tym razem widzieli ją wyraźnie. Czarne, niemal pochłaniające światło ciało przesunęło się nad górami jak fragment nocnego nieba wyrwany z właściwego miejsca. Na krótką chwilę jej sylwetka została oświetlona przez księżyc, a potem zniknęła za grzbietem. Zwiadowcy zgodnie twierdzili, że nie wyglądała jak istota polująca. Wyglądała jak istota poszukująca. Szukała swojego potomka.
A jeśli Astratus mówił prawdę — i jeśli rzeczywiście wyczuła jego śmierć — nikt nie potrafił przewidzieć, co zrobi, kiedy zbliży się do miejsca, w którym jeszcze niedawno przebywał Demonek. Dla niej nie istniały rozkazy, granice królestw ani magiczne procedury. Nie obchodziło jej, kto jest winny. Nie wiedziała nawet, że Demonek został zabity przez jednego z młodych magów. Wiedziała tylko, że jej dziecko zniknęło.
A teraz znajdowała się zaledwie kilka pasm górskich od nich.
Po wysłuchaniu raportu nikt już nawet nie próbował wrócić do snu. W obozie rozpoczęto przygotowania do świtu, jakby noc dobiegła końca kilka godzin wcześniej, niż powinna. Wzmocniono warty, obudzono zwiadowców i zaczęto sprawdzać zapasy oraz wyposażenie. Nie było jeszcze wiadomo, czy smoczyca kieruje się bezpośrednio w stronę płaskowyżu. Ale tym razem nikt nie miał już złudzeń, że pozostanie gdzieś daleko. Jej szlak prowadził w ich stronę.
Ranek przyszedł zbyt szybko. Po nocy, w której większość obozu właściwie nie zaznała snu, pierwsze światło nie przyniosło ze sobą poczucia ulgi, lecz jedynie wyraźniej pokazało, jak poważna stała się sytuacja. Nad płaskowyżem wisiały ciężkie, szare chmury, a chłodny wiatr schodzący z wyższych partii Gór Srebrzystych szarpał płachtami namiotów. Piątka młodych magów zebrała się niedaleko skalnych formacji, gdzie przygotowywano ich do ewentualnej walki. Filius wciąż pozostawał pod opieką medyków i chociaż jego stan się poprawiał, nikt nawet nie rozważał pozwolenia mu na udział w bitwie. Zresztą po wydarzeniach ostatniej nocy nikt nie wiedział jeszcze, czy w ogóle dojdzie do walki. Wiedzieli natomiast, że jeśli smoczyca pojawi się nad płaskowyżem, nie będą mieli wiele czasu na zastanawianie się.
Lucien jak zwykle zaczął od sprawdzenia swojego wyposażenia. Robił to z charakterystyczną dla siebie energią, choć tym razem nawet jego ruchy były bardziej skupione niż zazwyczaj. Sprawdzał pas, poprawiał rękawice, upewniał się, że nic nie będzie ograniczało jego dłoni podczas rzucania zaklęć. Co jakiś czas spoglądał w stronę gór, jakby oczekiwał, że smoczyca pojawi się tam w każdej chwili. Jako mag ognia miał świadomość, że jego żywioł może być przeciwko tak potężnej istocie zarówno bronią, jak i problemem. Zwykła kula ognia nie zrobiłaby na cienistej smoczycy większego wrażenia, ale większe zaklęcia mogłyby już zranić jej ciało. Problem polegał na tym, że ogień trudno było kontrolować na otwartym terenie, szczególnie podczas walki z latającym stworzeniem. Lucienowi najwyraźniej jednak nie przeszkadzało to w najmniejszym stopniu. W jego spojrzeniu nadal było coś z dawnej pewności siebie, choć pod nią kryło się napięcie, którego tym razem nie próbował nawet ukrywać. W końcu nie przygotowywał się do walki z kolejnym demonem. Przygotowywał się do walki ze smoczycą, która przez lata przeżyła w Krainie Demonów i która była wystarczająco potężna, by wyrwać się spod działania tamtejszych barier.
Zhana przygotowywała się nieco inaczej. Nie miała w sobie tej samej nerwowej energii co Lucien. Stała przez chwilę nieruchomo, zamknęła oczy i koncentrowała się na własnej magii. Potem uniosła dłonie, a wokół jej palców pojawiły się niewielkie płomienie. Nie były jednak duże ani efektowne. Przeciwnie — były niewielkie, niemal spokojne. Zhana kontrolowała je, zmieniając ich kształt i intensywność, jakby chciała przypomnieć sobie wszystkie najdrobniejsze elementy własnego żywiołu. Wiedziała, że w prawdziwej walce będzie musiała działać precyzyjnie. Smoczyca była zbyt duża, aby kilka efektownych płomieni mogło ją zatrzymać. Potrzebowali współpracy, a Zhana zaczynała rozumieć, że jej zadaniem może być nie tyle zadanie decydującego ciosu, co stworzenie pozostałym odpowiednich warunków. Jej spojrzenie co jakiś czas zatrzymywało się na Lucienie. Oboje byli magami ognia, ale każde z nich miało zupełnie inne podejście do walki. I tym razem różnica ta mogła okazać się bardzo ważna.
Bram natomiast zachowywał się zupełnie inaczej niż zwykle. Nie żartował. Nie komentował przygotowań innych. Nie narzekał na zimno ani na brak snu. Siedział przy jednej ze skał i dokładnie oglądał powierzchnię ziemi. Przesuwał dłonią po kamieniach, jakby próbował zapamiętać ich układ. Dla maga ziemi otoczenie było przecież częścią jego arsenału. Płaskowyż był pełen naturalnych formacji skalnych, szczelin i nierówności. Bram mógł wykorzystać je do stworzenia osłon, ścian, pułapek albo przeszkód. Mógł również zmienić samą powierzchnię ziemi, utrudniając przeciwnikowi poruszanie się. Ale tym razem chyba pierwszy raz w życiu nie traktował swojej magii jak zabawki. Doskonale wiedział, że jego wczorajsza decyzja będzie już zawsze częścią tego, jak pozostali będą na niego patrzeć. Nie wiedział, czy żałuje tego, co zrobił. Wiedział natomiast, że nie może pozwolić sobie na kolejną pochopną decyzję. Kiedy w końcu podniósł wzrok, jego twarz była poważna. Smoczyca była czymś, czego nie dało się przeszyć kamiennymi kolcami i uznać sprawy za zakończoną.
Kadir przygotowywała się najbardziej metodycznie. Sprawdziła zapasy wody, fiolki i drobne magiczne przedmioty, które mogły przydać się podczas walki. Potem podeszła do jednego z większych głazów i przez dłuższą chwilę obserwowała teren. W jej głowie najwyraźniej już powstawał plan. Wiedziała, że w przypadku starcia z czymś tak potężnym jak cienista smoczyca nie można po prostu rzucić się do ataku. Potrzebowali miejsca, w którym mogliby wykorzystać ukształtowanie terenu. Musieli trzymać się razem, osłaniać wzajemnie i reagować na ruchy przeciwnika. Woda dawała jej ogromne możliwości, ale wymagała również pomysłowości. Mogła tworzyć bariery, ograniczać ruchy smoczycy, kierować jej lotem, a nawet wykorzystać wodę do chłodzenia rozgrzanych skał. Właśnie dlatego Kadir coraz częściej spoglądała w stronę skalnych formacji. Wyglądała na osobę, która już prowadziła tę walkę w swojej głowie, zanim ktokolwiek zdążył postawić pierwszy krok.
Laeria natomiast była chyba najbardziej spięta z całej piątki. Nie dlatego, że była najmniej odważna. Po prostu doskonale zdawała sobie sprawę z własnych ograniczeń. Magia powietrza mogła być niezwykle potężna, ale przeciwko smokowi należało wykorzystać ją w odpowiedni sposób. Nie mogła po prostu wzbić się w powietrze i walczyć z nim jak równy z równym. Mogła zmieniać kierunek lotu smoczycy, odpychać ją od sojuszników, tworzyć podmuchy utrudniające jej lądowanie, a nawet wzmacniać zaklęcia innych magów. Ostatecznie to właśnie jej i Kadirowi udało się rozproszyć Demona Dusz, choć wtedy nikt nie spodziewał się, że ich połączenie magii okaże się skuteczne. Laeria chyba sama zaczynała dostrzegać, że jej największą siłą nie musi być pojedyncze, potężne zaklęcie. Może być nią umiejętność znalezienia sposobu, aby magia innych stała się jeszcze skuteczniejsza.
Cała piątka wyglądała więc zupełnie inaczej niż jeszcze kilka dni wcześniej. Wyruszali wtedy przeciwko demonom, wierząc, że wykonują zadanie, które zostało im powierzone. Teraz nie mieli już żadnego zadania od Astratusa. Nie mieli też pewności, czy wiedzą, co właściwie powinni zrobić. Mieli tylko jedno wspólne przekonanie — jeśli smoczyca rzeczywiście pojawi się na płaskowyżu, będą musieli działać razem. Żadne z nich nie było wystarczająco potężne, aby samotnie stawić jej czoła. Nawet Lucien, który jeszcze niedawno uważał, że efektowny atak rozwiązuje większość problemów, patrzył teraz w stronę gór z ostrożnością.
Zheron i Venegas podzielili między siebie zadania, przemieszczając się pomiędzy kolejnymi stanowiskami i sprawdzając, czy każdy wie, co ma robić. Zheron odpowiadał przede wszystkim za rozmieszczenie ludzi i obronę samego obozu, Venegas natomiast skupiał się na magach oraz przygotowaniu odpowiednich zabezpieczeń. Nie było jednak między nimi żadnego wyraźnego podziału dowodzenia. Obaj doskonale wiedzieli, że w przypadku czegoś takiego jak cienisty smok wszelkie wcześniejsze plany mogą przestać mieć znaczenie w ciągu kilku sekund.
Najważniejszym zadaniem Luxery było stworzenie magicznych barier. Magini światła przez długie godziny pracowała na obrzeżach płaskowyżu, wyznaczając kolejne punkty, w których skupiała swoją moc. Wbijała w ziemię niewielkie metalowe znaczniki, pomiędzy którymi następnie rozciągała cienkie pasma świetlistej energii. Z początku wyglądały one niemal niepozornie, jak delikatne nici zawieszone w powietrzu, lecz z każdą kolejną warstwą tworzyły coraz bardziej skomplikowaną sieć. Nie chodziło o to, by zatrzymać smoczycę. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zakładał, że kilka zaklęć wystarczy, aby powstrzymać stworzenie, które przez lata potrafiło przedzierać się przez magiczne bariery całej Krainy Demonów. Bariery miały przede wszystkim spowalniać, ostrzegać i dawać magom kilka dodatkowych chwil na reakcję. Luxera tworzyła więc kilka niezależnych warstw, zamiast jednej potężnej. Pierwsza miała wykrywać kontakt z cieniem, druga wzmacniała się w miejscu uderzenia, a kolejne miały rozpraszać część energii magicznej napastnika. Co kilka minut odsuwała się, przyglądała swojej pracy, po czym wracała do któregoś z punktów i poprawiała zaklęcie. W pewnym momencie jej twarz była już wyraźnie zmęczona, ale nie pozwalała sobie na odpoczynek. Wiedziała, że od jakości tej bariery może zależeć życie całego obozu.
Flavius otrzymał zadanie mniej widowiskowe, ale równie istotne. W kilku miejscach obozu przygotowywał niewielkie źródła leczniczej wody. Nie były to zwykłe zbiorniki z wodą, lecz starannie przygotowane magiczne punkty, w których jego zaklęcia utrzymywały wodę w stanie nasyconym energią leczniczą. Ustawiał je w pobliżu miejsc, gdzie w razie walki mogli trafiać ranni. Jedno znalazło się niedaleko stanowiska magów, kolejne przy wejściu do największej jaskini, następne za główną linią obrony. Flavius wiedział, że podczas walki nikt nie będzie miał czasu biegać po całym płaskowyżu w poszukiwaniu pomocy. Dlatego punkty rozmieszczał tak, aby rannych można było do nich doprowadzić w kilkanaście sekund. Co jakiś czas przykładał dłoń do powierzchni wody i sprawdzał stabilność zaklęcia, a kiedy uznawał, że jest wystarczająca, przechodził do kolejnego miejsca. Jego praca była spokojna i metodyczna, niemal zupełnie pozbawiona nerwowości, choć po sposobie, w jaki zaciskał szczękę, można było łatwo zorientować się, że wcale nie był tak spokojny, jak chciał wyglądać.
Pozostali doświadczeni magowie przygotowywali się do walki. Ćwiczyli zaklęcia ofensywne, ale przede wszystkim te, które mogłyby powstrzymać lub odwrócić uwagę smoczycy. Nikt nie liczył na to, że jeden mag stanie naprzeciw niej i zwyczajnie pokona ją pojedynczym zaklęciem. Ich przewagą miała być współpraca. Kilku magów ćwiczyło więc łączenie swoich mocy, inni trenowali szybkie przemieszczanie się między przygotowanymi punktami obrony. Magowie ziemi wzmacniali naturalne formacje skalne na płaskowyżu, sprawiając, że niektóre z nich stawały się jeszcze trudniejsze do sforsowania. Magowie powietrza przygotowywali zaklęcia, które mogłyby zmienić kierunek lotu pocisków albo utrudnić stworzeniu podejście. Magowie ognia sprawdzali, jak szybko mogą stworzyć ścianę płomieni, a ci posługujący się wodą przygotowywali się do gaszenia pożarów i ochrony ludzi przed ogniem. Wszyscy wiedzieli, że cienista smoczyca nie była zwykłym przeciwnikiem. Nie wystarczyło więc przygotować jednego planu. Potrzebowali kilku.
Żołnierze również nie pozostawali bezczynni. Wokół najważniejszych miejsc ustawiano dodatkowe osłony, przesuwano skrzynie z wyposażeniem, przygotowywano miejsca dla rannych i wyznaczano drogi ewakuacji. Szczególną uwagę zwracano na wejścia do jaskiń. Miały one stać się ostatnim schronieniem, gdyby obrona na płaskowyżu została przełamana, dlatego zabezpieczono je dodatkowymi przeszkodami i pozostawiono przy nich niewielkie grupy żołnierzy. Zheron osobiście sprawdzał każde z tych stanowisk. Nie pozwalał, aby ktokolwiek zgromadził zbyt wielu ludzi w jednym miejscu. Smoczyca mogła uderzyć gdziekolwiek, a skupienie całej siły obronnej w jednym punkcie oznaczałoby pozostawienie reszty bez ochrony.
Najwięcej uwagi poświęcono jednak obserwacji. Na najwyższych formacjach skalnych ustawiono zwiadowców, którzy mieli obserwować las i zbocza gór. Każdy z nich otrzymał prostą zasadę: jeśli zobaczą smoczycę, nie próbują jej śledzić i nie podejmują walki. Mają natychmiast wrócić i przekazać wiadomość. W przypadku tak ogromnego stworzenia trudno było zresztą mówić o subtelności. Nawet jeśli sama smoczyca potrafiła niemal zniknąć w nocnych cieniach, jej obecność pozostawiała po sobie ślady. Czarna maź, spalone drzewa, połamane gałęzie i ziemia ubita przez potężne ciało mogły zdradzić jej położenie na długo przed tym, zanim ktokolwiek dostrzegł samą bestię.
Venegas przez cały ten czas niemal nie opuszczał centrum obozu. Sprawdzał przygotowania, rozmawiał z magami i co jakiś czas kierował wzrok ku górom. Zheron był bardziej ruchliwy. Przemieszczał się od stanowiska do stanowiska, poprawiał ustawienie ludzi, zmieniał rozkazy i pilnował, aby nikt nie podejmował niepotrzebnego ryzyka. Obaj mieli świadomość, że przygotowują się do walki, której właściwie nie chcieli stoczyć. Ich celem nie było zabicie smoczycy dla samego zwycięstwa. Chcieli ją odnaleźć, zrozumieć jej zachowanie i przede wszystkim zapobiec temu, by zaatakowała ludzi. Teraz jednak Astratus odebrał im możliwość spokojnego rozwiązania problemu. Smoczyca była już w Elorii, była coraz bliżej i, jak wynikało z raportów zwiadowców, przestała się ukrywać.
Obóz zmieniał się więc z każdą godziną. Tam, gdzie jeszcze niedawno stały namioty przeznaczone do odpoczynku i codziennego życia, pojawiały się stanowiska obronne, punkty lecznicze i magiczne zabezpieczenia. Przygotowywano zapasy, sprawdzano broń, odnawiano zaklęcia i wyznaczano kolejne miejsca zbiórki. W powietrzu unosiło się napięcie, którego nie dało się już pomylić ze zwykłym oczekiwaniem. Wszyscy wiedzieli, że smoczyca może pojawić się za godzinę, za kilka godzin albo dopiero następnej nocy. Nikt jednak nie wiedział, z której strony nadejdzie
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania