Między rytmem a ciszą - Dzień 3 - Tiago (22)

Tiago

Przekręciłem klucz w zamku, upewniając się, że mechanizm zaskoczył z wyraźnym kliknięciem. Usłyszałem, jak po drugiej stronie Sophia niemal natychmiast zasunęła górną zasuwę. Dobrze. Dziewczyna była przerażona, ale potrafiła słuchać rozkazów, a to mogło uratować jej życie.

Zbiegłem po schodach, ignorując ból w żebrach, i wyszedłem na zewnątrz. Na uderzenie popołudniowego, ciężkiego powietrza São Paulo zareagowałem odruchowo, poprawiłem czapkę z daszkiem, naciągając ją głębiej na oczy, i zatrzymałem się na ułamek sekundy na progu drzwi budynku. Je też zamknąłem. Rozejrzałem się. Ulica żyła swoim własnym, chaotycznym rytmem. Sprzedawcy owoców pokrzykiwali przy swoich wózkach, z warsztatu samochodowego naprzeciwko dobiegał pisk pneumatycznego klucza, a z oddali niósł się ryk silników motocyklowych. Wszystko wyglądało normalnie. Zbyt normalnie.

Nabrałem powietrza w płuca i ruszyłem przed siebie. Celowo zwolniłem krok, narzucając sobie najbardziej spokojne, wręcz leniwe tempo, jakie potrafiłem z siebie wykrzesać. W tej okolicy pośpiech oznaczał jedno: że masz coś na sumieniu albo przed czymś uciekasz. A ja nie mogłem ściągać na siebie uwagi. Ukłoniłem się panu, od którego często kupowałem owoce i z daleka pomachałem starej znajomej, która pchał wózek z malutkim synkiem. Wszystko, by nie rzucać się w oczy.

Mimo to, im bliżej byłem małego marketu na rogu ulicy, tym mocniej włosy jeżyły mi się na karku. Pierwszy raz zostawiłem Sophię całkowicie samą, bez żadnej wiedzy, kto wchodził do budynku i bardzo źle się z tym czułem. To było to pieprzone, uwarunkowane latami życia w tej dzielnicy przeczucie. Przejmujący chłód między łopatkami. Ktoś na mnie patrzył. Nie jak zwykły przechodzień, który gapi się na świeże sińce i rozciętą wargę na mojej twarzy. To było zimne, taktyczne spojrzenie. Kiedy kątem oka zlustrowałem drugą stronę ulicy i zauważyłem dwóch chłopaków opartych o zardzewiałą barierkę. Udawali, że gapią się w telefony, ale ich ciała były napięte, gotowe do ruchu.

Wiedzą, przemknęło mi przez myśl.

Wszedłem do klimatyzowanego wnętrza sklepu, czując, jak pot natychmiast chłodzi mi plecy. Działałem jak automat. Koszyk w dłoń, szybki marsz między półkami. Pierś z kurczaka, dwa opakowania śmietanki, gęsty sos pomidorowy i najważniejsze: dwie paczki batata palha, tych małych, chrupiących nitek ziemniaczanych, bez których brazylijski strogonow nie miał racji bytu. Idąc już w stronę kasy złapałem jeszcze kilka rzeczy. Rzuciłem kasjerowi banknot, nawet nie czekając na resztę, zgarnąłem ciężkie reklamówki i ruszyłem do wyjścia. Chciałem po prostu znaleźć się z powrotem na górze. Przy niej.

Wystarczyło, że przekroczyłem próg sklepu, a droga powrotna została odcięta.

Z bocznej alejki, tuż przy wejściu, wyszło trzech facetów. Od razu ich poznałem. Czarne ubrania, ciężkie buty i te same zimne, bezczelne miny, które widziałem wczoraj w mojej sali. Olheiro. Stanęli na środku chodnika, zmuszając mnie do gwałtownego zatrzymania. Jeden z nich, ten z blizną, splunął mi pod nogi.

– Olha só...46 Kogo my tu mamy? – zaczął cicho, cedząc słowa przez zęby. – Nasz wielki mistrz tańca wyszedł na zakupy. Co tam masz w siatkach, Tiago? Coś na dobry obiad?

– Odsuń się – odpowiedziałem, starając się, by mój głos brzmiał twardo, choć w środku wszystko we mnie krzyczało z wściekłości i niepokoju. – Nie mam czasu na wasze gierki.

– Ty nie masz czasu? – Zrobił krok naprzód, zmniejszając dystans tak bardzo, że poczułem od niego zapach tanich papierosów i marihuany. Pchnął mnie lekko otwartą dłonią, celując dokładnie w moje obolałe żebra. Syknąłem przez zaciśnięte zęby. – To ty posłuchaj mnie uważnie, tancerzyku. Myślisz, że jesteś sprytny? Myślisz, że ta bójka wczoraj coś skończyła? Szukamy kogoś, kto należy do nas. I znajdziemy ją. A jeśli będziesz stawał nam na drodze, następnym razem te sińce na gębie będą twoim najmniejszym problemem.

Drugi z nich, niższy, z uśmiechem psychopaty, ostentacyjnie włożył dłoń pod luźną koszulkę, dotykając czegoś, co bez wątpienia było rękojeścią pistoletu.

– Jasne? – warknął ten z blizną, przybliżając swoją twarz do mojej.

Na tej ulicy, w środku dnia, nie chcieli strzelaniny ani otwartej wojny. To była czysta, podręcznikowa pokazówka. Chcieli mnie zastraszyć. Pokazać, że kontrolują każdy mój krok.

– Jasne – rzuciłem krótko, nie spuszczając z niego wzroku.

Uśmiechnął się paskudnie, klepnął mnie mocno w ramię i skinął na swoich ludzi. Odsunęli się na bok, robiąc mi przejście. Ruszyłem przed siebie, ale gdy tylko minąłem ich plecy, w mojej głowie eksplodowała jedna, przerażająca myśl.

Dlaczego zrobili to akurat teraz?

Przecież oni mnie nie zatrzymali, żeby mnie pobić czy okraść. Chcieli mnie tylko postraszyć. Albo... odwrócić moją uwagę. Chcieli mnie spowolnić na te cenne trzy, cztery minuty na ulicy.

W ułamku sekundy krew odpłynęła mi z twarzy, a w żyłach zamaszyście ruszyła czysta panika. Co, jeśli ten sukinsyn i jego ludzie byli tylko zasłoną dymną? Co, jeśli w tym samym momencie druga ekipa wchodziła właśnie po schodach do mojego domu, wyważając drzwi, za którymi siedziała bezbronna, zamknięta Sophia?

Zapomniałem o spokojnym tempie. Zapomniałem o bolących żebrach. Ściskając plastikowe rączki reklamówek tak mocno, że aż zbielały mi kłykcie, rzuciłem się w stronę domu niemal biegiem. Serce waliło mi o klatkę piersiową jak oszalały młot, a w głowie miałem tylko jeden obraz: Sophii, którą ktoś siłą wyciąga z mojego mieszkania.

Wpadłem na klatkę schodową, biorąc po dwa stopnie na raz. Byłem wściekły, przerażony i potwornie zdenerwowany. Jeśli cokolwiek jej zrobili, przysięgam, że pozabijam ich własnymi rękami. Dolatywałem już do moich drzwi, ciężko dysząc, a moja dłoń drżała tak mocno, że ledwo mogłem wystukać ustalony rytm, a potem trafić kluczem w otwór zamka. Drzwi były zamknięte, więc istniała szansa, że nic złego się nie stało.

Wpadłem do mieszkania jak burza, niemal wyważając drzwi z zawiasów. Całe moje ciało płonęło od adrenaliny, a w uszach słyszałem tylko ogłuszający łomot własnego serca. Oczy od razu zaczęły dziko skanować przestrzeń aneksu kuchennego i salonu, przygotowane na najgorszy możliwy widok.

 

46 Olha só (z portugalskiego) – Tylko spójrz.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania