Między rytmem a ciszą - Dzień 3 - Tiago (23)

Tiago

 

I wtedy ją zobaczyłam.

Stała w kącie pokoju, tuż przy regale, który jeszcze kilka minut temu świecił pustkami. Książki i płyty były poukładane w idealne, równe rzędy. Trzymała w dłoniach jakiś stary tom, a na jej twarzy malowało się totalne zaskoczenie moim gwałtownym wejściem. Była cała. Bezpieczna. Żywa.

W tym jednym ułamku sekundy całe napięcie, które kumulowało się we mnie na ulicy, po prostu pękło. Ręce same mi się otworzyły. Plastikowe reklamówki z głośnym szelestem upadły na podłogę.

Zrobiłem trzy szerokie kroki, całkowicie ignorując ból w żebrach, i dopadłem do niej, zanim zdążyła w ogóle odłożyć książkę czy zadać jakiekolwiek pytanie.

Złapałem ją w ramiona, przyciągając do siebie tak mocno, jakby od tego zależało moje własne życie. Wtuliłem twarz w jej miękkie, wciąż lekko wilgotne po morderczym treningu włosy, wdychając ich zapach i czując, jak z moich płuc uchodzi dławiące powietrze. Sophia drgnęła, gwałtownie łapiąc oddech, oszołomiona tym nagłym wybuchem, ale nie cofnęła się. Słyszałem, jak jej serce bije równie szybko jak moje. Ze strachu, z dezorientacji, a może z tego samego elektryzującego napięcia, które wisiało między nami niemal od początku?

Objąłem dłońmi jej twarz. Moje palce wciąż drżały, kiedy lekko uniosłem do góry jej podbródek, zmuszając, by spojrzała na mnie swoimi wielkimi, zaniepokojonymi oczami. Chciałem się upewnić, że to nie jest jakaś chora iluzja.

– Dzięki Bogu – wyszeptałem z chrypą, czując, jak wzruszenie boleśnie zaciska mi gardło.

Nie potrafiłem się powstrzymać. Pochyliłem się i mocno, z całą tą nagromadzoną ulgą i czułością, na jaką było mnie stać, ucałowałem ją w czoło. Moje usta na dłuższą chwilę przywarły do jej gładkiej skóry. Była taka drobna w moich za dużych dresach, a jednocześnie w tamtym momencie wydawała mi się najcenniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek miałem w tym zdemolowanym mieszkaniu.

Trzymałem ją tak, nie puszczając ani na centymetr.

Przez pierwsze dwie sekundy ciało Sophii całkowicie zamarło. Poczułem, jak pod moimi dłońmi jej ramiona sztywnieją, jakby instynktownie spodziewała się kolejnego ciosu od świata. Książka, którą trzymała, wysunęła się z jej palców i z głuchym stukotem upadła na parkiet. Dziewczyna stała bezruchu, z szeroko otwartymi oczami, łapiąc powietrze w krótkich, rwanych oddechach.

Ale kiedy mój uścisk nie zelżał, a moje usta dotknęły jej czoła z całą tą szaloną, opiekuńczą czułością, coś w niej ostatecznie pękło.

Poczułem ten moment, w którym paraliżujący lęk i cała ta garda, którą trzymała od czasu porwania, po prostu się zawaliły. Jej ciało nagle wiotczało, tracąc całą obronną sztywność, i z głębokim, drżącym westchnieniem dosłownie zapadła się w moje ramiona.

Ukryła twarz w mojej koszulce, wciskając się we mnie tak mocno, jakby próbowała schować się przed całym światem pod osłoną mojej klatki piersiowej. Jej drobne dłonie, dotąd zaciśnięte w pięści, powędrowały w górę. Złapała kurczowo za materiał moich pleców, zaciskając palce na mojej skórze z taką siłą, że aż poczułem wrzynające się paznokcie i bolące żebra. Starałem się to zignorować, bo trzymała mnie, jakby była rozbitkiem, a ja jedyną rzeczą, która trzymała ją nad powierzchnią wody.

Słyszałem cichy szloch, który stłumiła w moim ramieniu. Całe jej ciało zaczęło delikatnie drżeć, a na klatce poczułem parzącą, mokrą plamę od jej łez. Nie odsuwała się. Wręcz przeciwnie. Z każdym oddechem tuliła się jeszcze mocniej, szukając bliskości, ciepła i tego surowego zapachu zmęczenia, który dla niej stał się synonimem ratunku.

W tym uścisku nie było już wycofanej, dumnej dziewczyny z Miami. Była tylko przerażona Sophia, która po tylu dniach ciągłego piekła wreszcie znalazła miejsce, gdzie mogła na chwilę puścić kontrolę i po prostu się rozpłakać, wiedząc, że nikt jej nie skrzywdzi. A ja stałem tam, kołysząc ją delikatnie w ramionach pośród porozrzucanych zakupów, i czułem, jak moje własne serce topnieje z każdym jej cichym drżeniem.

Pozwoliłem jej na to. Trzymałem ją tak długo, aż jej oddech stał się spokojniejszy, a drżenie ciała powoli ustało. Dopiero gdy poczułem, że uścisk jej palców nieco zelżał, powoli i z największą delikatnością zacząłem się poruszać.

Odsunąłem ją od siebie zaledwie na kilkanaście centymetrów, ale nie wypuściłem z objęć. Moje dłonie powędrowały z powrotem na jej ramiona, a potem wyżej, gładząc boki jej szyi. Sophia uniosła głowę. Jej rzęsy były mokre, a na policzkach malowały się błyszczące ślady po łzach. Wyglądała tak bezbronnie, że aż zakłuło mnie w piersi. Przypomniałem sobie jak zareagowała na mój dotyk wczoraj w kuchni, kiedy sekunda dzieliła nas od pocałunku. Wtedy też dotykałem jej szyi. Teraz jednak się nie odsunęła ani nie wystraszyła. Mimo to na wszelki wypadek przesunąłem dłoń ciut wyżej.

– Spokój... – wyszeptałem, starając się, by mój głos brzmiał tak stabilnie, jak to tylko możliwe.

Uniosłem kciuki i bardzo powoli, ostrożnie starłem wilgoć z jej policzków. Skórę miała delikatną, rozgrzaną od płaczu i wysiłku. Kiedy moje palce muskały jej twarz, Sophia przymknęła na moment oczy, cicho wzdychając. Napięcie między nami znowu zaczęło gęstnieć, zmieniając swój charakter ze strachu w coś o wiele bardziej intymnego, magnetycznego. Siedzenie sam na sam w tym małym mieszkaniu, tak blisko siebie, sprawiało, że czułem każde uderzenie jej serca.

Wiedziałem, że jeśli teraz nie zrobię kroku w tył, przekroczymy granicę, z której jutro, gdy ona wsiądzie do samochodu Mateo, nie będzie już powrotu. Była wystraszona, roztrzęsiona i potrzebowała ochrony, a nie faceta, który wykorzysta jej chwilę słabości. Wczoraj tylko ją to wystraszyło, dzisiaj nie chciałem tego powtarzać. Znaczy chciałem ją pocałować, ale nie wystraszyć.

Zmusiłem się do blado-ciepłego uśmiechu i powoli cofnąłem dłonie, dając jej przestrzeń. Musiałem dać jej pole do decyzji.

– Jest okej, Sophia. Ty bezpieczna – powiedziałem moim prostym angielskim, puszczając jej ramiona i robiąc mały krok w tył. – Przepraszam...

Znowu się zawiesiłem. Brakowało mi słów do powiedzenia wszystkiego, co chciałem, a przecież musiałem się wytłumaczyć. Sięgnąłem po telefon i przeczytałem angielskie tłumaczenie:

„Wpadłem tu jak wariat. Na ulicy było trochę nerwowo, ale to nic takiego. Po prostu... bardzo się bałem, że coś ci zrobili.”

Pokazałem głową na podłogę, gdzie wciąż leżały porzucone reklamówki, a wokół nich smętnie spoczywały opakowania ze śmietanką i kurczakiem.

„Zobacz, co zrobiłem z naszym obiadem.”

Przeczytałem luźniejszym tonem, starając się rozładować to gęste, romantyczne powietrze, które wciąż wisiało w pokoju.

„Mistrz kuchni, prawda?”

Sophia spojrzała na podłogę, potem z powrotem na mnie, a w jej oczach, obok wciąż widocznego smutku, pojawił się ledwo dostrzegalny cień ulgi.

Kucnąłem na podłodze i zacząłem zbierać porozrzucane pudełka, cholernie wdzięczny za to, że plastikowe opakowania ze śmietaną wytrzymały ten upadek. Sophia po ułamku sekundy zrobiła to samo. Uklękła naprzeciwko mnie i zaczęła podawać mi puszki z sosem pomidorowym.

Kiedy nasze dłonie zderzyły się na moment przy ostatniej paczce batata palha, poczułem, że całe to mordercze napięcie z ulicy wreszcie ze mnie tak do końca spływa. Spojrzała na mnie tym swoim badawczym wzrokiem, jakby próbowała zadać mi sto pytań na raz, których i tak bym nie zrozumiał. Zamiast się krzywić, po prostu wyszczerzyłem do niej zęby w moim starym, cwaniackim uśmiechu. Koniec użalania się nad sobą. Życie było zbyt piękne, a my oboje byliśmy cali i zdrowi.

– Jest okej! – rzuciłem głośno, podnosząc kciuk w górę, żeby od razu uciąć ten jej amerykański niepokój. – Nie... problem. Okej?

Wstałem z podłogi jednym, sprężystym ruchem, zupełnie ignorując fakt, że żebra wciąż trochę rwały. Czysta energia, która zawsze gnała mnie na parkiecie, znowu zaczęła buzować mi w żyłach. Zaniosłem zakupy do aneksu kuchennego niemal tanecznym krokiem. Podrzuciłem w powietrzu paczkę chrupiących frytek w nitkach, udając, że to piłka, i złapałem ją sprawnie na klatkę piersiową, a potem zsunąłem prosto na blat. Sophia ruszyła krok w krok za mną, opierając się o szafkę i patrząc na mnie, jakbym nagle dostał jakiegoś radosnego obłędu. Mimo to też się uśmiechała.

Zacząłem rozstawiać składniki z teatralną przesadą. Najpierw z głośnym stuknięciem wylądowała ciężka, drewniana deska. Potem wyciągnąłem z siatki filet z kurczaka.

– Frango – powiedziałem głośno, wskazując na mięso. Widząc jej zdezorientowaną minę, machnąłem łokciami przy ciele i wydałem z siebie wyjątkowo głośne, absurdalne: – Ko-ko-ko! Kurczak, Sophia. Kapujesz?

Parsknęła cichym, urwanym śmiechem, a ja uznałem to za swój pierwszy mały sukces tego popołudnia.

Z szuflady wydobyłem mój najlepszy, wielki nóż, obracając go efektownie w palcach niczym cyrkowy żongler. Ustawiłem w równym rządku kartoniki ze śmietanką, sos pomidorowy, czosnek i wielką, fioletową cebulę. Wyprostowałem się, oparłem dłonie na biodrach i spojrzałem na nią z góry, unosząc wyzywająco jedną brew.

– Ty – mruknąłem, wskazując palcem najpierw na nią, a potem na cebulę.

Podałem jej cebulę razem z małym nożykiem.

– Cebula. Ty... ciach, ciach okej? – Zaśmiałem się, pokazując palcem na deskę.

Sophia popatrzyła na cebulę, potem na mały nóż w swojej dłoni i nagle uniosła brwi z bardzo pewną siebie miną. Zamiast paniki, na jej twarzy pojawił się cwaniacki uśmiech, który kompletnie mnie zaskoczył. Zaczęła szybko mówić coś po angielsku, z czego zrozumiałem tylko pojedyncze słowa, ale jej gesty mówiły wszystko.

Pokazała dwa palce.

– Before... day... dinner! – rzuciła głośno, dumna z siebie, po czym wykonała dłonią precyzyjny ruch góra-dół, imitując błyskawiczne siekanie.

A, no jasne! Przecież przedwczoraj, w ten pierwszy dzień, pomagała mi z feijoadą. Pokiwałem z uznaniem głową, uderzając pięścią w otwartą dłoń na znak, że kapuję.

– Ah, sim! – zaśmiałem się, robiąc jej miejsce przy desce i kłaniając się nisko z teatralnym gestem zaproszenia. – Ekspert! Miami szef kuchni powraca! Pokonaj tę cebulę, Sophia. Let's go!

Sophia śmiała się zapewne rozumiejąc do drugie słowo, ale bez sekundy wahania podeszła do blatu, złapała fioletową bulwę i z precyzją, której mogłoby jej pozazdrościć pół mojej grupy tanecznej, wbiła ostrze w samo serce warzywa. Stałem tuż obok, opierając się o szafkę, i z wielkim bananem na twarzy patrzyłem, jak dziewczyna z bogatego świata bierze się do roboty.

Ja zająłem się swoim zadaniem. Rozgrzałem głęboką patelnię, wrzuciłem na nią posiekany przez nią czosnek oraz cebulę, a zaraz potem dorzuciłem równe kostki kurczaka. W małej kuchni natychmiast rozniósł się obłędny, intensywny zapach, od którego obojgu nam zabrzmiało w brzuchach.

– Mocne, co? – zaśmiałem się, wachlując dłonią dym w jej stronę i udając, że mdleję z zachwytu. – Mmm… good!

Sophia uśmiechnęła się blado, wycierając dłonie w papierowy ręcznik. Przez chwilę po prostu stała obok, patrząc, jak energicznie mieszam mięso drewnianą łyżką. Czułem jej bliskość i to ciche, przyjemne ciepło, które znowu zaczęło między nami krążyć. Nagle dziewczyna drgnęła, jakby przypomniała sobie o czymś ważnym.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania