Serce Wielkiego Gala (Asterix&Obelix) - Rozdział 21 - Samotni pośród swoich
Nastał zmierzch, a Livia ocknęła się nagle, niczym z nocnego koszmaru. Wzięła głęboki oddech, czując, jak pot zalewa jej czoło. Czuła nieprzyjemne ciągnięcie w szyi. Głowę miała od dłuższego czasu odchyloną do tyłu, a nogi spoczywały na prowizorycznym podwyższeniu z worków wypełnionych sianem. Na zydlu przy jej łóżku siedziała Aira. Położyła dłoń na jej głowie.
– Livia… Dzięki bogom – rzekła z ulgą, uśmiechając się słabo.
– Co się stało? – spytała Livia zdezorientowana.
– Zemdlałaś – oznajmiła spokojnie, gładząc ją po twarzy. – Dzisiejszy dzień kosztował cię zbyt wiele.
Oddech Livii nerwowo przyspieszył. W tym momencie na nowo odżyły wspomnienia z mijającego dnia. Wciąż żywe były obrazy: spojrzenia Obeliksa zza żółtych żonkili, potem szalejącego ognia, zimnego stawu… A następnie ta rozpacz; wielkie, skulone ciało i zaczerwienione oczy.
Gdy lekko się poruszyła na posłaniu, jej uwagę zwróciło pieczenie skóry na plecach i ramionach. Jęknęła cicho z grymasem na twarzy.
– Airo… Więc to wszystko zdarzyło się naprawdę?
– Tak, moja droga. Ale teraz nic nie zrobisz. Teraz tylko odpoczywaj. Głowę masz znów zbyt ciepłą. Musisz wydobrzeć.
Livia zmarszczyła czoło, próbując uporządkować wspomnienia.
– Airo, ostatnią rzeczą, jaką pamiętam, było to, jak wracałyśmy tutaj razem, a następnie… stanęłam w progu, a ty zaczęłaś oglądać szkody, jakie wyrządził ogień… a potem… potem już nic.
Aira zaczęła delikatnie przeczesywać jej włosy palcami.
– A nie pamiętasz, jak powiedziałam ci wprost, że nie wygląda to tak źle, jak początkowo myślałam? I że musiałaś świetnie sobie poradzić?
Livia pokręciła głową. Aira westchnęła.
– Pewnie już wtedy zaczęłaś tracić kontakt z otoczeniem. Chodziłaś później po izbie z takim nieprzytomnym wzrokiem… Podeszłam i spytałam, co się dzieje. Szeptałaś coś o Obeliksie, a po chwili osunęłaś się na ziemię.
Livia chłonęła każde słowo, ale za nic nie mogła sobie przypomnieć.
– Airo, ale jak ci się udało mnie tu tak…
– Musiałam poprosić o pomoc pewnego młodzieńca z zewnątrz, żeby cię przeniósł – wyjaśniła. – Pomógł ułożyć cię na posłaniu, podsunął te worki pod nogi… W podzięce dałam mu trochę tej dziczyzny, która u nas została. Nie ma szans, żebyśmy same ją przejadły. Trzeba rozdać.
Nagle w oczach Livii stanęły łzy.
– Obelix teraz bardzo cierpi. Chcę mu pomóc, ale on mnie odtrącił…
Aira ujęła jej rękę.
– Dziecino, on nie zrobił tego z twojego powodu.
Livia poczuła, jak łzy zaczynają coraz bardziej ją dławić.
– Ale przecież ma mi za złe ten napój…
– Nie… On już zrozumiał, że to nie twoja wina – powiedziała Aira spokojnie, lecz stanowczo, ściskając mocniej jej dłoń. – A wiesz, dlaczego tak się zachował? Powiem ci. Nie z niechęci do ciebie, tylko z niechęci do siebie.
Livia uniosła na nią wzrok, po czym znów dopadł ją kaszel. Aira pokiwała głową i okryła ją ciaśniej. Livia jednak wciąż nie potrafiła odpuścić tematu.
– Ja rozumiem, że jest to dla niego ciężki szok i może uważać, że bez swojej siły czuje się ze sobą gorzej…
– …czuje się zupełnie bezwartościowy – poprawiła ją Aira.
– Więc tym bardziej chciałam okazać mu wsparcie! Żeby wiedział, że wciąż jest kimś bardzo dla mnie ważny!
– Wiem, kochanie. – Staruszka ujęła jej zbolałą twarz i pocałowała ją w czoło. – Ale jeszcze musisz go lepiej zrozumieć.
Po tych słowach Aira powoli wstała i ciężkim krokiem ruszyła w kierunku swojej izby. Livia nie miała sumienia dłużej jej zatrzymywać. Widziała, że ten dzień wyczerpał również i ją. Zanim staruszka wyszła, zwróciła się jeszcze do Livii:
– Jutro powinnaś leżeć. Proszę, odpuść sobie warsztat. Przynajmniej na dwa dni.
Gdy została sama, Livia skuliła się na boku i cicho łkała, rozmyślając o tym, co może teraz przeżywać Obelix, i o tym, dlaczego nie potrafiła mu pomóc. Czyżby naprawdę nie była w stanie go zrozumieć? Trwając tak z natłokiem myśli i ściśniętym przez łzy gardłem, w końcu zasnęła.
***
Wieść o utracie przez Obeliksa nadprzyrodzonej siły wywołała w wiosce poruszenie. Wielu mieszkańców wzdychało z ulgą, że w ostatnich dniach zagrożenie ze strony Rzymian wyraźnie zmalało. W końcu osada straciła najsilniejszego i najbardziej zaangażowanego wojownika.
Obelix natomiast zupełnie zamknął się w sobie. Przeważnie przebywał w zaciszu swojej chatki. Co kilka godzin odwiedzał go Asterix, upewniając się, czy czegoś mu nie potrzeba. Próbował z nim rozmawiać, ale Obelix odburkiwał tylko coś lakonicznie, nie mając ochoty na towarzystwo. Raz przyszedł do niego Panoramix, ale efekt był podobny. Nawet Nessa zawitała do niego drugiego dnia po nieszczęśliwym wypadku, lecz jej próby rozweselenia Obeliksa tylko bardziej go przygnębiły.
Zmuszał się czasem do kontaktu z Idefiksem, który, widząc swojego pana w stanie głębokiej depresji, sam stał się cichy i nieswój. Podchodził niekiedy do Obeliksa, opierał przednie łapy o jego kolana i merdał ogonem, jakby próbował go pocieszyć, a Obelix zdobywał się na pogłaskanie go lub podrapanie za uchem. Raz doszło do tego, że coś w nim pękło. Wziął Idefiksa na ręce i wypłakiwał się w jego miękkie, białe futro.
– Idefiksie… Przynajmniej ty mnie rozumiesz… Tylko ty pomagasz mi się jakoś trzymać…
To był ten moment, w którym nagle wszedł do niego Asterix, załamując ręce.
– Obelix, mam nadzieję, że się przesłyszałem. Każdy stara ci się pomóc najlepiej, jak umie!
– Nie, nie, Asteriksie… Nie kłopocz się, proszę – powiedział przez łzy.
Ton Asteriksa nabrał lekkiej ironii.
– Ależ nie zamierzam się kłopotać. Cieszę się, że masz Idefiksa, który przebija nas wszystkich! Łasi się tylko i nic nie mówi…
– O, właśnie. Może to jest sposób?
Asterix nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Wpatrywał się przez jakiś czas badawczo w przyjaciela. Po chwili podszedł do niego, przybrał przesadnie słodki wyraz twarzy i uklęknął przed nim, ocierając się o jego nogi.
– A ciebie co napadło? – spytał skonsternowany Obelix, otwierając szeroko oczy.
Asterix uniósł się na kolanach i położył mu dłonie na brzuchu, wpatrując się w jego twarz z wygłupialskim uśmiechem i wystawionym językiem.
– A może jednak jakąś panią sobie znajdź? – Obelix odchylił się do tyłu, mocno zażenowany. – Zejdź ze mnie! Co ty robisz?
– Nic. Tylko się łaszę i nic nie mówię – odparł przesadnie dystyngowanym tonem i znów wystawił język.
Kącik ust Obeliksa mimowolnie uniósł się. Musiał przyznać, że widok wygłupiającego się w ten sposób Asteriksa był czymś niemal niespotykanym. Natychmiast jednak odsunął go od siebie.
– Dobrze, już dobrze! Lepiej zostaw to Idefiksowi, bo tobie wychodzi to trochę dziwnie.
Asterix momentalnie wrócił do siebie i wstał, usatysfakcjonowany, że udało mu się choć odrobinę rozpogodzić przyjaciela.
– A teraz posłuchaj mnie – zaczął już normalnie. – Na zewnątrz stoi wóz z zapasem jedzenia dla ciebie. Wiemy, że od tych trzech dni nie polujesz, więc wielu mieszkańców dorzuciło coś do zapasu jedzenia dla ciebie. I dziczyzna też tam jest!
W pierwszej chwili w oczach Obeliksa dało się dostrzec przebłysk ożywienia, ale za moment znów spochmurniał.
– No tak… – westchnął, osuwając się na swoje posłanie. – Teraz wszyscy muszą się o mnie troszczyć…
– Ale, Obeliksie, to naturalne! Pomyśl o Ferriksie. Leży bez jednej nogi. On jako weteran także dzielnie walczył. A teraz, mimo niepełnosprawności, cieszy się zasłużonym szacunkiem! Pomyśl, o ile ty masz lepiej!
Obelix pokręcił bezradnie głową.
– Z tym że on to robił bez magicznych napojów. On był prawdziwie dzielny i odważny. Ja to co innego… – odwrócił się na drugi bok. – Niech to będzie ostatni raz, kiedy robicie dla mnie coś takiego…
– Ależ nonsens… Ty także zasługujesz na szacunek jak mało kto! – Asterix usiadł przy nim, kładąc mu rękę na ramieniu. – A pamiętasz, jak dzielnie walczyłeś, gdy odbijaliśmy Livię? Wcale nie było to takie oczywiste. Przewaga była wręcz po stronie Rzymian!
Obelix zacisnął tylko mocno powieki, rozgoryczony wspomnieniem o Rzymianach, z którymi zawsze tak lubił się bić, a przede wszystkim myślą o Livii. Nic już nie było takie jak dawniej. I kiedy już wydawało się, że wszystko wspaniale się układa, jeden dzień nagle wszystko przekreślił. Nie był w stanie nic odpowiedzieć, bo gardło ścisnęło mu się z emocji.
– A właśnie, skoro o Livii mowa… – kontynuował Asterix. – Wczoraj byłem u niej. Ma nawrót choroby.
Obelix odwrócił się gwałtownie, a Asterix od razu go uspokoił.
– Ale bez nerwów. Zdaje się, że jest już lepiej. Dziś miała wracać do pracy, bo uparła się pokryć koszty naprawy szkód u Airy, choć Aira próbowała wybić jej to z głowy. Macie jednak trochę wspólnego. Nie mniej uparta z niej bestia niż ty.
– I pobiegła za mną w tym zimnie… cała przemoczona. Nie tak jej kazałem… – odparł Obelix z goryczą.
– Bo się o ciebie troszczy, tak jak ty o nią. A co myślałeś? Wiesz, że dopytywała mnie o ciebie? Dociekała, jak może ci pomóc. Bardzo się tobą przejmuje.
Obelix zastygł na moment, po czym odparł z kamiennym wyrazem twarzy:
– W takim razie niech lepiej zatroszczy się o siebie.
– Obeliksie… – Głos Asteriksa spoważniał. – Tylko weź pod uwagę, że ona cię kocha.
Obelix zerwał się z miejsca.
– Nie, Asteriksie, źle to pojmujesz! – zawołał donośnym głosem. – Livia jest po prostu… – zamilkł na chwilę, wzdychając. – …dziewczyną dobrą i współczującą. Ale ja już nie jestem tym Obeliksem, którego poznała, rozumiesz? – Głos mu się załamał i znów osunął się na posłanie, opierając czoło o dłonie. – Nie śmiałbym… Wiem, że normalnie by tego nie chciała…
To, co właśnie powiedział Obelix, zbiło Asteriksa z tropu. Zaczął poważnie zastanawiać się nad sensem jego słów. Co, jeśli była to jedna z tych nielicznych sytuacji, kiedy Obelix trzeźwiej oceniał sytuację niż on?
– Jednak wydaje mi się… – zaczął po chwili z pewną dozą ostrożności. – …że powinniście wspólnie porozmawiać. – Nagle się ożywił. – Dobrze się składa, bo Livia ma złożyć ci wizytę, jak tylko skończy pracę.
Obelix poderwał się gwałtownie z miejsca, chwiejąc się pod swoim ciężarem.
– Że co?
– Jak to, że co? Pragnie się z tobą zobaczyć! To okazja, by wyjaśnić sobie wszelkie wątpliwości.
Obelix zaczął chodzić nerwowo po całej izbie.
– Nie… Nie może tak być… Powiesz jej, że nie mam czasu!
– Ty się lepiej nie wygłupiaj! Jakim cudem wojak na emeryturze może nie mieć czasu?
– Na emeryturze? – Obelix złapał się za głowę, a jego twarz zastygła w przerażeniu.
Asterix natychmiast się zreflektował i stwierdził, że trochę przesadził z żartem.
– Och, daj spokój! – machnął ręką, śmiejąc się nerwowo. – Tak tylko żartowałem. Oczywiście, że to nie czas na emeryturę!
Obelix znów przybrał marsową minę.
– W takim razie mogę być czymś jeszcze zajęty… – mruknął naburmuszony.
Asterix spojrzał mu prosto w oczy.
– Hej, ale czemu ty się znów wykręcasz?
– Bo… bo… boo… – jąkał się, bezskutecznie zastanawiając się nad wymówką, a po chwili spuścił głowę. – Po prostu chcę być sam.
– Obeliksie…
– Zrozumiałeś, że chcę być sam? Zdaje się, że już dużo porozmawialiśmy. – Wstał i poprowadził do drzwi Asteriksa, który patrzył na niego z niedowierzaniem, otwierając usta, jakby jeszcze chciał coś powiedzieć. – Już wystarczy! Teraz możesz odejść.
Obelix otworzył drzwi i nagle zamarł, wpatrując się przed siebie. Asterix spojrzał na niego zdziwiony, ale gdy zerknął w tym samym kierunku, wszystko stało się jasne.
– Nie ma mnie tu – rzucił pośpiesznie Obelix i szybkim krokiem ulotnił się z chaty.
Po raz pierwszy od czasu wypadku z napojem udał się w głąb wioski. Włóczył się alejkami, a niektórzy przechodnie patrzyli na niego z litością. Byli też tacy, którzy uśmiechali się do niego, jakby doceniali jego powrót do życia, nie zdając sobie sprawy z tego, że ten gigant czuje się w tej chwili zagubiony jak małe dziecko. Ogarnięty ogromnym dyskomfortem w otoczeniu ludzi, którzy coraz liczniej zwracali na niego uwagę, Obelix skierował w końcu swoje kroki ku osadowej zajezdni, aby znaleźć się w wiejskiej karczmie.
***
Livia zmierzała do warsztatu, znów zmagając się z nasilonym kaszlem i osłabieniem, jednak nie zamierzała odpuścić. Wiedziała, że Airze będzie ciężko samej opłacić naprawę szkód, jakie wyrządził pożar. Jeden fragment strzechy był do tego stopnia naruszony, że do izby wpadało zimno. Nie można było pozwolić, by to się przeciągało, choć Aira uparcie zapewniała, że wszystko jest w porządku, i przykrywała się kilkoma kocami naraz, gdy kładła się spać.
Po drodze Livia spojrzała na plac budowy. Pięć glinianych chatek wyglądało już na gotowe. To były te chatki, przy których budowie pomagał Obelix. Zawsze tak chętny do pomocy i działań na pożytek całej wioski, a teraz zapewne był totalnie zagubiony. Ostatecznie postanowiła, że jeszcze dziś go odwiedzi.
Kiedy już zabrała się do pracy w warsztacie, nie była w stanie zebrać myśli. Dekoncentrowała się i wszystko szło jej niezgrabnie. Zauważyła, jak przeszywająco spoglądają na nią niektóre kobiety. Livia zdawała sobie sprawę, że to, co się stało, stworzyło ogromny pretekst do snucia rozmaitych teorii. Ona jedna znała swoje uczucia, które pielęgnowała głęboko w sercu. Nie zamierzała poddawać się niczyim sugestiom.
W pewnym momencie podeszła do niej Nessa, obejmując ją ramieniem.
– Livia, co ci jest? Zawsze taka pogodna, a teraz taka smutna.
– Ach, nie przejmuj się mną… – Livia oparła ciężką głowę na dłoni.
– Co? Chodzi o Obeliksa?
Livia w odpowiedzi tylko westchnęła.
– Wiem. Nie jest już taki sam bez swojej siły – stwierdziła Nessa, głosem łagodniejszym niż zwykle. – Wiesz, Livia… hmmm… – zawiesiła się na moment, po czym uśmiechnęła się przyjacielsko. – Jestem pewna, że jeszcze ułożysz sobie życie, tak że się nie martw.
Livia, zbulwersowana tym, co usłyszała, poderwała się z miejsca.
– Nessa… – odparła głosem pełnym pretensji, chwytając się za głowę. Poczuła, jak ściska ją gardło. – Ty mnie chyba nie rozumiesz…
Livia spojrzała na Nessę z taką goryczą, że ta spuściła tylko głowę, nie mówiąc nic więcej.
Aby uspokoić myśli, Livia postanowiła opuścić stanowisko i zająć się rozwieszaniem tkanin, które moczyły się w zbiorniku wypełnionym roztworem z urzetu. Ujęła jedną z drewnianych ram złożonych w kącie i, postawiwszy ją przy zbiorniku, rozłożyła na płasko świeżo zabarwione płaty materiału, po czym dźwignęła ramę, chcąc udać się do suszarni.
Wystarczyła chwila rozkojarzenia i nagle potknęła się o niewysoki podest. Zanim zdążyła odpowiednio zareagować, wylądowała na podłodze razem z ramą. Na domiar złego mokre tkaniny częściowo pokryły pozostawione na podłodze białe hafty, robiąc na nich zielone plamy. Było to stanowisko, które chwilę temu opuściła Edana.
– O nie… – westchnęła przerażona i przykucnęła, odgarniając mokre materiały.
– Co się tu stało? – Do miejsca wypadku podeszła pani Długowieczniksowa. – Co się dziś z tobą dzieje, Livio? – spytała trochę ostrzej, niż zamierzała.
– Bardzo, bardzo przepraszam… – powtarzała, próbując prędko osuszać mokre fragmenty końcem własnej spódnicy.
– Zostaw. Nie naprawisz już tego. – Długowieczniksowa odciągnęła Livię za ramię.
– Zaraz przyniosę trochę mydlin. Spróbuję to zetrzeć.
Zanim Livia zdążyła się podnieść, usłyszała głos Edany.
– Żeby poszarpać dodatkowo haft? Ty chyba nigdy specjalnie nie orientowałaś się w tej sztuce, co?
– Wybacz mi, proszę…
– I co mi po tym, że ci wybaczę?
Nessa, która była świadkiem zaistniałej sytuacji, widząc, jak Edana zaczyna się gotować, podeszła do niej ostrożnie.
– Edano, proszę, spokojnie. Livia ma dziś gorszy dzień… – próbowała ją uspokoić.
Livia spojrzała na Edanę słabym wzrokiem.
– Spróbuję jakoś to naprawić – odparła.
– Nic nie da się już z tym zrobić i dobrze o tym wiesz – mówiła dalej Edana z takim chłodem, który przeszywał do głębi. – Nie chciałaś nauczyć się robić wedle naszych tradycyjnych standardów, to nie jesteś nawet w stanie tego zrekonstruować.
Wtem zainterweniowała również Długowieczniksowa.
– Edano, proszę, dbajmy wspólnie o dobrą atmosferę!
Jednak Edana dała upust całej skrywanej goryczy.
– Jeśli tak bardzo podobało ci się szycie dla Rzymian, nie musiałaś tu przychodzić i próbować zmieniać naszych metod. To zwykłe zuchwalstwo.
– Edano, proszę, spokojnie. Livia nie jest…
– Co Livia nie jest? Czym nie jest? – Edana nagle podniosła głos. – Co to w ogóle za imię? Niby celtyckie?
– Ja… – Livia spojrzała w przestrzeń, a łzy stanęły jej w oczach. – Tak naprawdę sama nie wiem, kim jestem.
– O, proszę! – zawołała Edana. – Wiecie co? Ja zwyczajnie nie ufam ludziom, którzy tak świetnie potrafią udawać przez lata. Jaką mamy mieć pewność, że za chwilę nie okaże się, że ona nas wrabia?
– Ale… ale czemu nagle zaczęłaś tak myśleć? – spytała Nessa.
Edana zacisnęła usta.
– A nie przyszło ci do głowy, dlaczego jakimś dziwnym trafem nasz najskuteczniejszy wojownik został osłabiony? Przecież był wtedy z nią!
Livia zaczęła blednąć.
– Jak tak możesz… – szepnęła.
– Edano, opamiętaj się… – pouczyła ją Długowieczniksowa.
– Przepraszam, ale wyraziłam tylko swoje myśli i obawy – stwierdziła Edana, kładąc wymownie dłoń na piersi. – Chyba mam do tego prawo – dodała i odwróciła się, udając się w kierunku zaplecza.
Livia została bez ruchu na podłodze, nie będąc w stanie nic powiedzieć ani się poruszyć. Przez kilka chwil w całym pomieszczeniu panowała przejmująca cisza. W końcu Nessa powoli i nieśmiało zbliżyła się do Livii. Ostrożnie objęła ją ramieniem.
– Nie przejmuj się – powiedziała lekko drżącym głosem i pomogła jej się podnieść. – Edana bywa podejrzliwa i nerwowa. Trzeba to jakoś przełknąć.
Livia oddychała płytko, aż w końcu zaniosła się silnym, świszczącym kaszlem.
– Nie powinno cię tu być – stwierdziła Długowieczniksowa. – Nie w takim stanie. Wróć lepiej do domu.
Na polecenie dowódczyni załogi Livia otuliła się wełnianą narzutą i opuściła warsztat. Nie dowierzała w to, co przed chwilą usłyszała na swój temat. Wszystko, co powiedziała Edana, grzmiało jej w uszach. Mimo że Edana z natury była raczej chłodna, Livii szczerze zależało na przyjacielskich relacjach z nią. A Nessa? Wydawać by się mogło, że to wspaniała osoba do rozmowy, ale teraz miała wrażenie, że i u niej nie może liczyć na zrozumienie. Wszystkie te myśli osłabiały ją i zasmucały coraz bardziej. W końcu postanowiła, na ile tylko mogła, odciąć myśli od tych tematów. Tak jak wcześniej postanowiła, skierowała się ku centrum od strony warsztatu kowala, gdzie mieszkał Obelix. Stęskniła się za nim jak nigdy, choć jego słowa: „Zabierzcie ją stąd” wciąż wyraźnie wybrzmiewały jej w głowie.
W końcu znalazła się na ostatniej prostej. Zauważyła przed sobą znajomy budynek. Spostrzegła, jak otwierają się drzwi. Najpierw wyłonił się z nich Asterix, a za nim Obelix, który stanął w progu i spojrzał w jej stronę.
– Zauważył mnie… – szepnęła do siebie.
Spojrzała prosto na niego, czując, jak łomocze jej serce. Wtem ku jej zdziwieniu Obelix powiedział coś do Asteriksa i odszedł szybkim krokiem w inną stronę.
Livia zatrzymała się, czując przez chwilę, jakby wrosła w ziemię. Gdy jej wzrok spotkał się z Asteriksem, oboje ruszyli ku sobie.
– Asterix, co się stało z Obeliksem? Dokąd poszedł? – spytała, gdy zbliżyli się do siebie dostatecznie.
Asterix westchnął, bezradnie unosząc wzrok.
– Sam nie wiem…
– Nie chciał się ze mną widzieć, prawda? – spytała spokojnie, wyraźnie oczekując szczerej odpowiedzi.
Asterix przestąpił nerwowo z nogi na nogę.
– Wydaje mi się, że wciąż jest zagubiony.
– Proszę, Asteriksie, rozmawiaj ze mną szczerze. Co ci powiedział? Widziałam przecież, że mnie zobaczył i od razu sobie poszedł.
Asterix zawiesił się na chwilę, nerwowo zastanawiając się nad doborem słów, po czym westchnął.
– A więc dobrze, powiem. Obelix powiedział mi, że chce być sam.
– W tym momencie, kiedy mnie ujrzał, tak? – dociekała, próbując ukryć swój smutek.
– Livio… On tak nagle wyprosił mnie za drzwi… Tu nie chodzi tylko o ciebie, ale o każdego, nawet o mnie. Po prostu nie ma ochoty na rozmowy. Każdy jest teraz dla niego intruzem. – Uniósł bezradnie ramiona. – Co ja na to poradzę?
Livia spuściła głowę, tłumiąc kaszel. Asterix przyjrzał jej się uważniej.
– A jednak widzę, że nie jest z tobą wcale lepiej…
– To chwilowe osłabienie – rzekła Livia i odkaszlnęła mocniej.
– Chodź. Zaprowadzę cię do domu.
Asterix zaoferował jej ramię i ruszyli razem.
Livia przez całą drogę błądziła niespokojnie myślami wokół Obeliksa, zastanawiając się, czy jest bezpieczny. Kiedy dotarli do celu, Asterix powiedział na pożegnanie:
– Livio, wiem, że się martwisz. Ale sądzę, że dziś jeszcze próżno szukać kontaktu z Obeliksem. Widocznie wciąż nie otrząsnął się z szoku. Daj mu jeszcze trochę czasu – rzekł, kładąc jej rękę na ramieniu.
Kiedy już się odwrócił i miał odejść, Livia z wyraźną melancholią zawołała jeszcze za nim:
– Asteriksie, proszę cię o jedno. Niech on wie, że nadal jest dla mnie bardzo ważny.
Mały Gal przystanął i odwrócił się powoli.
– Livio, a może przypomnisz mu o tym na biesiadzie? Będzie za trzy dni. Spróbuję go namówić, żeby się pojawił. Tylko ty się lepiej wykuruj do tego czasu.
W słabym spojrzeniu Livii pojawił się cień nadziei.
– Oczywiście… – przytaknęła.
Asterix uśmiechnął się do niej i wrócił do siebie, nieco rozdarty.
***
Nazajutrz Obelix znów udał się do karczmy. Czuł, że poprzedni pobyt dał mu pewnego rodzaju ukojenie. Znalazł dla siebie stały kąt, gdzie nikt go nie zaczepiał i mógł zaznać trochę spokoju, tłumiąc wewnętrzne napięcie mocnym winem.
Od czasu nawiązania ekonomicznej współpracy z Imperium wino zyskało coraz większą popularność w osadzie. Zdobywało uznanie nawet wśród najbardziej zagorzałych obrońców autonomii wioski. Po zaginięciu Asparanoiksa otwarte zamieszki wprawdzie ustały, lecz spokój był pozorny. Nikt nie wiedział, czy wódz uciekł, został porwany, czy też przygotowywał własny ruch.
Obelix natomiast zauważył w sobie coś, co okazało się poniekąd szczęściem w nieszczęściu. Do tej pory używanie przez niego trunków było czymś niepożądanym. Powód był prosty – potrzebował zbyt ogromnych ilości, żeby odczuć błogi szum. Wioska nie była w stanie warzyć tyle piwa i miodu, by sprostać jego możliwościom. Teraz z kolei okazało się, że wystarczą mu o wiele bardziej akceptowalne ilości.
Ponieważ karczma znajdowała się w zajezdni osady, była od dłuższego czasu także miejscem towarzyskich spotkań mieszkańców z sąsiednich wiosek, urozmaicanych występami bardów, znacznie lepiej wykwalifikowanych niż Kakofonix, oraz tańcami dziewcząt oferujących czasem swoje towarzystwo. Obelix zdecydowanie nie miał na to ochoty, wzdrygając się przed czyimkolwiek towarzystwem, choć raz po raz zdarzało mu się zawiesić wzrok na wdziękach kilku eterycznych niewiast.
Kiedy już kolejnego dnia dla ukojenia kolejnej fali przytłaczającego smutku skusił się na jeszcze jeden pobyt, zwyczajnie sobie zaszkodził. Po wypiciu miodu pitnego bezpośrednio po winie poczuł się wyraźnie źle. Ulotnił się z karczmy i udał się do Panoramiksa.
– Obelix! Dobrze cię widzieć. Jak się czujesz? – spytał przyjaźnie druid, kiedy zastał go w drzwiach.
– Kiepsko, dlatego do ciebie przychodzę – odparł Obelix z nutą pretensji w głosie.
Panoramix spojrzał na niego troskliwie i zaprosił do środka, wskazując miejsce na drewnianej ławie. Ferrix siedział nieopodal, intensywnie o czymś rozmyślając.
– Witaj, Obeliksie – rzekł do niego, skinąwszy tylko głową. Przez moment patrzył na niego, jakby chciał w przyjazny sposób okazać mu zrozumienie w trudnej sytuacji, po czym wrócił do własnych myśli.
Panoramix przyjrzał się Obeliksowi badawczo.
– Co się zatem dzieje? Widzę, że dręczy cię jakaś dolegliwość.
– Mocno kłuje tutaj… – wskazał palcem na brzuch. – Strasznie mi niedobrze – zajęczał.
Panoramix nachylił się ku niemu i poczuł wymowny aromat.
– Oj, Obelix, zdaje się, że mocno przesadziłeś. Zrobię ci mocny wywar z imbiru i ostropestu. Powinno pomóc.
Obelix podparł się na ławie, czując narastające mdłości, a Panoramix zajął się przyrządzaniem wywaru.
Ferrix przyglądał się skołowanemu Obeliksowi, aż w końcu zdecydował się nawiązać rozmowę.
– Co, Obelix? Słyszałem, że przechodzisz ostatnio przez trudny czas – zaczął prosto z mostu. – Sam wiem, jak wszystko może wydawać się w takich sytuacjach beznadziejne.
– Wszystko przestało mieć sens… – odparł ciężkim głosem Obelix. – Nie mogę już robić tego, co zawsze robiłem.
– Nawet nie wiesz, jak bardzo cię rozumiem. Sam zawsze pragnąłem służyć bezpieczeństwu Galów i w razie konieczności iść na pole bitwy. Co ze mnie teraz za żołnierz, to sam widzisz… – uśmiechnął się gorzko. – Ale widocznie ta część mojego życia dobiegła już końca. Z pewnymi rzeczami należy się po prostu pogodzić. – Wzruszył bezradnie ramionami. – Jednak zdecydowałem się znaleźć sobie jakieś inne zajęcie. Tym bardziej że za chwilę opuszczam Panoramiksa.
Obelix szybko odwrócił głowę w jego stronę.
– Jak to?
– A tak to, że nie mogę dłużej go obciążać. Zresztą mam ważną sprawę w mojej własnej wiosce…
Powiedziawszy to, Ferrix tajemniczo sposępniał. Po chwili zawieszenia na nowo się ożywił.
– Aby móc nadal wykonywać coś pożytecznego, zająłem się struganiem. Myślę, że lepiej pomaga to zaleczyć poczucie totalnej beznadziei niż wino.
– Struganie? – Obelix spojrzał na niego sceptycznie.
– No tak. Nie mogę już walczyć, ale robię figurki. Coś, co zajmuje ręce i umysł, a przy okazji może przynieść czasem jakiś zysk. Myślę, że też mógłbyś spróbować. To nie takie trudne.
Ferrix udał się do izby, po czym wrócił z niewielkim drewnianym blokiem, który wręczył Obeliksowi. Ten zamyślił się przez chwilę, obracając go w swych wielkich dłoniach. W pierwszej chwili poczuł rozgoryczenie. Jak to się stało? Wcześniej z niewiele większym wysiłkiem mógł trzymać w ten sposób okazałego dzika. Jednak po chwili oswoił się z drewnianym blokiem, zastanawiając się, na ile ciekawym zajęciem może się to rzeczywiście okazać. Schował blok do kieszeni.
Kiedy Panoramix postawił przed Obeliksem gotową miksturę o dość nieciekawej woni, rozległo się ciche pukanie do drzwi.
– Proszę wejść! – zawołał Panoramix.
Drzwi uchyliły się powoli. Obelix nie unosił wzroku. Dopiero głos, jaki rozniósł się po izbie, sprawił, że oblał go zimny pot. To była Livia.
– Panoramiksie, przepraszam, że przeszkadzam, ale potrzebuję twojej pom… Och, Obelix… Ty tutaj? – Spojrzała na niego wzrokiem pełnym przejęcia.
Jednak Obelix od razu, gdy ją ujrzał, cofnął się na ławie.
– Balbina, witaj. – Ferrix od razu ożywił się na jej widok, obdarowując ją szerokim uśmiechem.
– Dzień dobry, Livio. – Druid podszedł do niej, by uścisnąć jej rękę, która była zimna jak lód. Spojrzał na jej bladą twarz. Oczy były mętne. Natychmiast spoważniał. – Co się dzieje?
Jednak Livia, widząc Obeliksa, od razu zmieniła nastawienie. Przybrała wyuczony uśmiech, a jej głos stał się pogodniejszy.
– Tylko coś na wzmocnienie, jeśli mogę prosić. – Powstrzymała atak kaszlu. – Troszkę osłabłam, ale to pewnie przez problemy z zasypianiem. – Uśmiechnęła się szerzej.
Druid przyglądał jej się jeszcze dłuższą chwilę, po czym pokręcił głową.
– Nie, Livio. Mnie nie oszukasz – rzekł do niej z surową powagą. – Widzę, co tobie jest. Potrzebujesz silnych środków leczniczych. – Wskazał jej miejsce naprzeciwko Obeliksa.
Dziewczyna przełknęła nerwowo ślinę i spuściła wzrok. Gdy podążyła w wyznaczonym kierunku, spojrzała na Obeliksa czule, choć bardziej nieśmiało niż zwykle.
Obelix zerkał na nią spod pochylonej głowy, splatając mocno dłonie. Słaby stan zdrowia wyraźnie ukazywał się w jej delikatnym obliczu. Doskwierało mu przez to poczucie winy. Widział, że Livia martwi się o niego bardziej, niż powinna. W dodatku jego obecny stan… Poczuł palący wstyd.
– Hej, Livio – rzucił tylko krótko, ledwie unosząc głowę.
– Tęskniłam za tobą, Obeliksie. – Wyciągnęła powoli ręce w jego stronę, patrząc na niego łagodnie, wzrokiem bezbronnym niczym u sarny.
Obelix jednak był teraz zupełnie onieśmielony i zagubiony. Za nic nie chciał, by Livia widziała go takim. Jedno mu tylko pozostało – wyjść stąd jak najszybciej.
– Ja… Chyba muszę już iść…
– Obelix? – zdziwił się Panoramix, gdy mężczyzna desperacko uniósł swe ciało i ruszył chwiejnym krokiem ku drzwiom wyjściowym. – Dlaczego wychodzisz? Nie wypiłeś jeszcze swojego naparu.
Obelix zawahał się przez chwilę.
– Ale jednak… Jednak już mi lepiej – wymamrotał.
Livia siedziała oniemiała. Jej ciało ogarnął paraliżujący chłód. Nie mogła zrozumieć takiego zachowania. Dlaczego unikał jej towarzystwa? Jakim kosztem odcinał się od wszystkich? Wyraźnie wyczuwała, że musiał dopiero co solidnie się napić, zamiast otworzyć się na tych, którzy chcą pomóc.
„Obelix tak po prostu…” – Była to dla niej myśl nie do zniesienia. Nawet nie miała sposobności głębiej tego roztrząsać. Panoramix, widząc jej wyraz twarzy, zbliżył się do niej, kładąc rękę na jej ramieniu.
– Livio, nie powinnaś się tak zamartwiać. To nie sprzyja zdrowiu.
Twarz Livii pozostała nieruchoma, choć w jej zniżonym, cichym głosie można było usłyszeć wyraźny ból.
– Obelix… On mnie unika.
– Wiesz, że Obelix zmaga się teraz z czymś, co trudno mu przyjąć. Nie jest do końca sobą. Sądzę jednak, że twoje wsparcie znaczy więcej, niż ci się zdaje.
– On je odrzuca, Panoramiksie…
Druid westchnął, po czym spojrzał jej w zmęczone, podkrążone oczy.
– Czasem trzeba pozwolić komuś odnaleźć siebie, zanim otworzy się na innych. Nie trać nadziei, Livio. Wszystko jeszcze się ułoży. I na bogów, oszczędzaj się, jeśli nie chcesz nabawić się groźnych powikłań.
Livia uniosła wzrok na zatroskaną twarz druida.
– Planowałam iść jutro na biesiadę. Prawdopodobnie Obelix też tam będzie. Czy uda ci się zaproponować coś, co prędko postawi mnie na nogi?
Panoramix pokręcił głową.
– W twoim przypadku najlepiej jest odpoczywać. Jedynie środki łagodzące objawy mogą przynieść jakieś uśmierzenie, jeśli tak bardzo ci zależy. Ale nie wolno ci mylić tego z właściwym leczeniem.
– Tak, Panoramiksie. Tylko na ten jeden dzień. Bardzo cię proszę.
Livia była zdeterminowana, by nie odpuścić tak łatwo.
A Obelix? Parł przez las, jakby próbował uciec przed własnymi myślami, zatrzymując się co kilka kroków i wymiotując za drzewa. W końcu, pełen ulgi, znalazł się w zaciszu swojej chatki. Obiecał sobie, że już nigdy nie weźmie do ust żadnego trunku. Po chwili znów dopadł go ciężar przygnębienia. Ułożył się na swym posłaniu, a Idefix przyszedł do niego i wdrapał mu się na brzuch.
Już nie płakał. Nie miał siły nawet na to. Trzymając psa na sobie, leżał tylko do późnej nocy z doskwierającym ciężarem dołujących myśli.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania