Serce Wielkiego Gala (Asterix&Obelix) - Rozdział 19 - Zdradliwy Kocioł
– Dopiero za dwa dni? – Obelix nie dowierzał temu, co usłyszał od wiejskiej złotniczki, do której przyszedł ze swoją geodą.
Kobieta była wysoka i bardzo chuda, wręcz koścista. Włosy w kolorze ciemnego blondu ciasno upinała z tyłu, co eksponowało jej twarz o nieco surowych rysach, zdradzającą niezachwianą pewność siebie. W osadzie uchodziła za mistrzynię w swoim fachu. Od dawna pracowała nad akcesoriami dla wiejskiej elity, w tym Asparanoiksa i jego żony Dobrominy.
Obelix przez cały dzień pilnował swego skarbu jak oka w głowie. Miał nadzieję, że jeszcze następnego dnia, zanim odwiedzi Livię w ramach ustalonej randki, uda się wykonać z tych pięknych, kryształowych błękitów okazały prezent zaręczynowy.
– I nawet dzień wcześniej nie udałoby się niczego zrobić? – próbował uparcie dalej ubiegać się o swoje. – I co to takiego, kamyk do kamyka…
– Obelix, spróbuj pojąć, że akwamaryny są znacznie trudniejsze do szlifowania niż ametysty – powiedziała kobieta stanowczo. – Chciałbyś podarować swej wybrance coś naprawdę pięknego i starannie wykonanego, czy może wolałbyś bylejakość?
Obelix westchnął.
– Wybieram więc pierwszą opcję…
– Tak myślałam. – Uśmiechnęła się kobieta surowo pod nosem.
Obelix, niepocieszony, wracał do swej chatki. Jeszcze chwilę temu miał gotowy plan idealny, a teraz wszystko się posypało. A może faktycznie mógłby poczekać do następnego dnia? Nie… nie może czekać dłużej. Następnego dnia może nie powtórzyć się taka możliwość – sam na sam, w ciszy i spokoju… Pocieszała go myśl o pieczeni z dwóch dzików, która czekała na niego w domu. Zapewne mięso było już dobrze przypieczone i soczyste.
***
Początki wiosny dawały się wiosce trochę we znaki. Po paru dniach słońca i ciepła nadeszły dni chłodne. Tym razem od rana siąpiła mżawka, a mgła unosiła się nad okolicą. Jednak dzień zapowiadał się szczęśliwie.
Po wspólnym śniadaniu z Livią Aira, tak jak zapowiadała, zaczęła szykować się do wyjścia do Panoramiksa. Otulona peleryną z niedźwiedziej skóry, zabrała swą laskę, która stała oparta o stół.
– Obelix z pewnością znów przyniesie tu dziczyznę – stwierdziła staruszka i zachichotała cicho. – Jednak w spichlerzu na zewnątrz powinna być jeszcze schłodzona zupa gulaszowa. Rozpalicie palenisko i będziecie mogli choć trochę się rozgrzać.
Livia przytaknęła i narzuciła Airze na ramiona grube sagum.
Aira chwyciła Livię za rękę, uśmiechając się szerzej.
– Chociaż nic nie rozgrzewa tak jak bliskość drugiego człowieka – powiedziała, lecz jej wzrok spoważniał, gdy spojrzała Livii głęboko w oczy.
– Denerwujesz się, prawda? – spytała cicho.
Livia spuściła głowę. W czasach podbojów Germanii działy się rzeczy, które pozostawiły w niej głęboki ślad. Żołnierze na różne sposoby zastraszali i upokarzali ludność cywilną, w tym młode niewiasty, wyrażając swój triumf. Wspomnienie przerażającego bólu i łez wciąż było dla niej traumą. I choć Obelix był zupełnie inny niż wielu zuchwałych, pewnych siebie Rzymian, nagle zaczął ją zadręczać niepokój.
– Airo… – zaczęła ostrożnie. – Wspomnienia z wojny z Rzymianami po prostu nie dają mi spokoju… Zbyt dużo krzywdy i bólu…
Aira nachyliła się ku niej i pogłaskała ją po ramieniu.
– Wiesz, moja droga, co ja myślę? – Zmrużyła oczy. – Gdyby Obelix jeszcze kiedyś nieopatrznie zrobił ci krzywdę, nie darowałby sobie do końca życia. Trzeba by go chyba pilnować, żeby z rozpaczy nie zaczął głową rozbijać tych swoich menhirów. – Pokręciła głową z rozbawieniem, a jej kurze łapki wyeksponowały się nadzwyczaj wyraźnie. – Co jak co, ale jego spojrzenie mówiło aż nadto, gdy was tutaj razem przedwczoraj zobaczyłam. Livia… – Spojrzała na nią łagodnie i ujęła jej rękę. – On cię naprawdę bardzo kocha.
Livia przytuliła się do niej, czując, jak wypełnia ją otucha. Prawdą było to, że przy Obeliksie czuła się bardzo zaopiekowana. Był dla niej niczym ciepła, bezpieczna przystań. Wierzyła w jego miłość i troskę i miała nadzieję, że to wystarczy, by wszystko dobrze się ułożyło.
Aira, upewniwszy się, że ma już wszystko, wróciła jeszcze po kosz, który wzięła pod pachę. Ucałowała Livię w czoło i wyszła.
Kiedy dotarła do Panoramiksa, od razu zwróciła uwagę na Ferriksa, przechadzającego się o kuli wokół paleniska. Widok ten uradował ją i wzruszył. Ferrix znów poruszał się o własnych siłach, choć każdy jego ruch był jeszcze trochę usztywniony i niezgrabny.
– Ferriksie, jestem pełna podziwu – powiedziała Aira ze szczerym uznaniem.
Ferrix jednak skupiony był na właściwym balansowaniu.
– To nic nadzwyczajnego. Staram się wrócić do normalności – odparł, nie siląc się zbytnio na uprzejmość.
Na pierwszy rzut oka jego twarz pozostawała niewzruszona, ale gdy uważniej obserwowało się jego wzrok, można było dostrzec w nim silną stanowczość i determinację.
– Powiem tylko jedną rzecz i później dam ci już spokój – rzekła łagodnie Aira. – Wcześniej nie było sposobności, by podziękować ci za odwagę i męstwo, jakimi się wykazałeś. Gdyby nie ty, Livia nie wróciłaby tutaj cała i zdrowa.
– Miałem dług wobec Balbiny – odparł sucho, wyraźnie zniecierpliwiony i niechętny do dłuższej rozmowy. – Zrobiłem to, co do mnie należało.
Aira, nie chcąc dłużej męczyć Ferriksa, zwróciła się do Panoramiksa, który doglądał nowej porcji magicznego napoju:
– Balbina? Nigdy wcześniej nie słyszałam tego imienia.
– Tak Livia była nazywana przez Rzymian – rzekł spokojnie druid. – To było imię, którego używała podczas działań przeciwko Imperium.
– Ach, teraz rozumiem…
– Chodźmy teraz, Airo. Nie traćmy czasu. Niektóre zioła winny być zebrane jeszcze przed słonecznym szczytem.
Aira przytaknęła, gotowa do wyjścia. Panoramix rzekł jeszcze do Ferriksa:
– Gdyby ktoś tu przyszedł, to druid przyrządza tu zupę gulaszową. Nie jest jeszcze doprawiona. Rozumiemy się?
– Tak, Panoramiksie. Spokojna głowa – odparł Ferrix beznamiętnie.
Panoramix i Aira wyszli. Bez zbędnego pośpiechu przemieszczali się przez pola sąsiadujące z osadą. Pośród szarych mgieł majaczyły pobliskie mokradła, gdzie druidzi zwykle wybierali się po żywokost. Jednak Panoramix potrzebował piołunu i świeżych pąków sosny, zatem kierowali swe kroki ku gęstszym zaroślom.
***
Livia czekała na Obeliksa, próbując zgrabnie ułożyć swoje długie, blond włosy, ale tym razem za nic nie była w stanie zadowalająco wykonać najprostszych splotów czy upięć. W końcu poddała się i postanowiła wszystko rozpuścić. Na tę chwilę tak było najlepiej – świeżo i naturalnie.
Potem udała się do głównej izby i siedziała przez kilka chwil, oparta łokciami o ławę, próbując zachować spokój. W końcu nie mogła dłużej usiedzieć. Postanowiła czym prędzej zająć się czymś. Poszła na ganek po drewno, rozglądając się przy okazji, czy przypadkiem Obelix już nie nadchodzi. Wróciła do środka i udała się do centralnego paleniska, żeby wyłożyć je kawałkami drewna. Wyszła tylnym wyjściem po kociołek z zupą. Dostrzegła dwa, a dalej w kącie stał jeszcze trzeci. Zajrzała do jednego i drugiego. W obu zawartość nie sięgała nawet połowy.
– To nie wystarczy… – pomyślała.
Pierwszym jej zamiarem było przelać wszystko do jednego kotła, ale ręce jej się trzęsły – nie wiedziała, czy z zimna, czy z emocji. Już sięgnęła po uchwyt i uniosła naczynie, ale jej dłoń zadrżała tak, że aż odruchowo ją cofnęła. Spojrzała na swoje palce.
– Nie mogę… Zaraz wszystko wyleję… – szepnęła.
Odstawiła natychmiast ciężar i nerwowo zajrzała w trzeci kociołek, czarny niczym smoła. Był niemal pełny. Zawartość była ciemniejsza niż zwykła zupa gulaszowa. Livia przez chwilę zawahała się.
„Może Aira coś gotowała wcześniej…”
Nie pachniało źle. Właściwie… całkiem przyjemnie. Ziołowo. Zawzięła się więc i chwyciła za uchwyty. Tym razem ciężar dał jej pewną stabilizację. Szybkimi kroczkami wróciła do izby, po czym zawiesiła kocioł nad paleniskiem, sapiąc z ulgą. Oczywiście, że mogła poczekać na Obeliksa… Ale musiała się czymś zająć. Po prostu musiała.
W końcu rozległo się stukanie do drzwi, które po chwili uchyliły się cicho.
W progu stanął Obelix. Jego zwykle odkryty tors tym razem okrywała futrzana narzuta. Stał, wpatrując się w Livię, jakby tęsknił za nią od bardzo dawna, choć nie widział jej zaledwie trzy dni. W jednej ręce trzymał bukiet kilkunastu żonkili.
W jednej chwili obawy Livii wyciszyły się. Patrzyła na ukochanego, który stał przed nią z typową dla siebie nieśmiałością i przejęciem, choć w jego oczach wyraźnie malowało się uwielbienie. Livia podeszła do niego bliżej, również obdarowując go spojrzeniem pełnym czułości.
– Livio… – wyciągnął do niej bukiet, nie odrywając niej wzroku. – To dla ciebie.
Gdy przejęła żonkile, Obelix zamknął drzwi, a ona wtuliła się w niego mocno. Otoczył ją ramionami i począł głaskać po karku z taką ostrożnością, a jednocześnie czułością, że poczuła, jak przeszywa ją dreszcz. Po chwili poczuła ciepły oddech, gdy nachylił się, by pocałować ją w głowę.
– Tęskniłem za tobą. Naprawdę – powiedział cicho.
– Ja za tobą też. – Livia uniosła powoli głowę, żeby nacieszyć się jeszcze przez moment jego spojrzeniem.
Obelix nieśmiało zbliżył wargi, by ucałować ją w czubek nosa. Przez chwilę tylko się obejmowali, patrząc na siebie, kiedy Obelix nagle przypomniał sobie o jedzeniu.
– Poczekaj, zostawiłem dziki za drzwiami. Jeszcze ktoś je nam ukradnie.
– Albo same się wymkną do lasu – zażartowała Livia. – Rozpalę palenisko. Rozgrzejemy się trochę, dobrze?
Po niedługim czasie zupa była na ogniu, a upieczone już dziki „czekały”, spoczywając tymczasowo na kuchennej ławie.
– Czy jesteś już głodny? Możemy zabrać się za te dziki albo, jeśli wolisz, najpierw zjeść trochę gorącej zupy – spytała Livia tonem dobrotliwej gospodyni.
Obelix zastanowił się chwilę, po czym wzruszył ramionami.
– W zasadzie zjadłem już jednego dzika na śniadanie. Może jak raz spróbuję czegoś dla odmiany, nic się strasznego nie stanie. Potem zajmę się tamtymi dwoma.
Livia zaśmiała się serdecznie.
– Coś czuję, że przy tobie głód mi nie zagraża. Jak zwykle się spisałeś.
– A jednak zastanawiałem się, czy nie wziąć jeszcze trzeciej sztuki, ale pamiętam, że ostatnio zjadłaś tylko… no, tylko kawałądek. Ledwie samą golonkę.
Livia zaśmiała się jeszcze głośniej.
– Widzisz, Obeliksie… lubię czasem trochę mniej, a treściwiej.
– Czyli… lubisz tłusto?
– Owszem – przytaknęła energicznie.
– To… jeśli chcesz, mogę zjeść dziś chudo. Dla ciebie zostaną tylko te tłustsze kawałki.
Ta na pozór banalna propozycja szczerze wzruszyła Livię. Znając Obeliksa, jego gotowość do rezygnacji z uciechy płynącej z tłustej strawy była najwymowniejszym dowodem miłości. Podeszła i usiadła mu na kolanach, zarzucając mu ręce na szyję.
– Mój kochany… Dla mnie tylko jedna goloneczka. Zjedz, proszę, więcej i nie odmawiaj sobie. – Pocałowała go w policzek.
– A co, jeśli to ty teraz sobie odmawiasz? – spytał z troską.
– Obiecuję ci, że najem się pod korek. – Wtuliła policzek w jego policzek, po czym spojrzała na niego pogodnym wzrokiem. – Proponuję dodać do zupy trochę wędzonki. Na pewno będzie jeszcze smaczniejsza.
– To może ja będę jej doglądał?
– Dobry pomysł. Spróbuj, czy nie warto dodać czegoś jeszcze. Ja wracam za momencik. – Potruchtała do spichlerza.
Obelix podszedł do paleniska i uniósł kociołek. Ochoczo zamoczył usta i wąsy w zupie. Wydała mu się znajoma w smaku. Wziął kilka większych łyków.
„Jakby… magiczny napój?” – pomyślał.
Nagle poczuł mrowienie w całym ciele. Jego ręce zaczęły dziwnie sztywnieć, a skóra cała się napięła. Obelix wpadł w panikę, ale nie był w stanie wydać z siebie żadnego dźwięku. Próbował odstawić kociołek, lecz niepewne i gwałtowne ruchy, będące wynikiem rozpaczliwej walki z własnym ciałem, sprawiły, że drewno wypadło z paleniska i rozsypało się po podłodze. Rozżarzone szczapy zaczęły zbliżać się do zasłon i mebli. Jednak Obelix nie mógł już poruszyć się nawet o odrobinę.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania