Serce Wielkiego Gala (Asterix&Obelix) - Rozdział 17 - Wasz i nasz Świat

Livia, mimo że jeszcze nie w pełni zdrowa, zgodnie z planem pozwoliła sobie na jeszcze jeden dzień rekonwalescencji, a nazajutrz znów udała się do warsztatu.

Jak zwykle kobiecemu zespołowi szwalniczemu przewodziła pani Długowieczniksowa, prezentująca się jak zawsze nienagannie. Tego dnia zarządziła w warsztacie naradę. Kilkanaście kobiet zebrało się w niewielkiej, kameralnej salce z małym kominkiem pod drewnianą ścianą.

– Moje drogie – zaczęła swym melodyjnym głosem, kładąc splecione dłonie na okrągłym, drewnianym stole. – Jak zapewne wiecie, sytuacja w wiosce jest niezbyt przyjemna. Nie będziemy się teraz przepychać na argumenty. Wiem, że zdania wśród was są podzielone. Ale fakt jest taki, że nie wszyscy w wiosce zgodzili się zapłacić nowy podatek, więc droga handlowa nie została jeszcze w pełni odblokowana. My zaś pilnie potrzebujemy zapasu przędzy i włókien, które mogą dotrzeć do nas zbyt późno.

Wtem Edana szepnęła do Nessy:

– Pamiętasz? Ja już wcześniej mówiłam, że należy zatroszczyć się o własne źródła surowców. Nie od dziś przecież wiadomo, że z tymi żałosnymi imperialistami…

Ponieważ szeptać zaczęło jeszcze kilka innych kobiet, Długowieczniksowa zmuszona była podnieść głos:

– Hej, panie, pozwólcie, że to ja zdecyduję, kiedy i kto będzie mógł zabrać głos!

Gdy nastała cisza, jej głos ponownie stał się łagodny i melodyjny.

– Wpadłam na pewien pomysł, a plan jest następujący. Jutro mamy ostatni dzień na sfinalizowanie kilku zaległych zamówień. Pojutrze zaś będę zmuszona oczekiwać od was, że wspólnie nagniemy trochę prawo.

– Ocho! W końcu będzie można dać wodzowi po pysku? – Edana wyraźnie nie mogła oprzeć się wtrąceniu tej sugestii, na skutek której kilka kobiet uśmiechnęło się pod nosem, inne zaś zmarszczyły brwi i były wyraźnie skonsternowane.

Livia i Nessa zagryzły nerwowo wargi, obawiając się eskalacji awantury.

– Kochana, nie odpowiadam za to, co postanowisz – rzekła Długowieczniksowa, zachowując zimną krew. – Moja sugestia jest następująca: wybieramy się w najbliższe skaliste wyżyny, gdzie od dłuższego czasu błąkają się samotnie owce. Trzeba pozyskać zapas wełny.

– Czy wolno mi przypomnieć, że już dawno sugerowałam założyć przy warsztacie naszą własną, niezależną hodowlę owiec? – spytała chłodno Edana, odchylając się na siedzisku i krzyżując ramiona.

– No i gdzie niby chciałabyś je trzymać? – spytała jedna z kobiet o imieniu Camma, nie kryjąc pogardy. – Na dachu?

Edana podniosła na nią głos.

– Mówiłam, że zagroda mogłaby znaleźć się w miejscu tych dwóch zrupieciałych kurników obok nas. Od lat nie ma tam żadnej kwoki! Na przyszłość słuchaj uważnie, a nie zastanawiaj się nad tym, jakiego koloru założysz jutro owijacze!

Camma zmrużyła powieki.

– Być może elegancja – zarówno w wyglądzie, jak i w zachowaniu – nie jest twoją mocną stroną, ale przynajmniej okaż trochę szacunku pani Długowieczniksowej i nie wtrącaj swoich głupich uwag, które na nikim tu nie robią wrażenia! – zawołała wyniośle.

Livia i Nessa próbowały załagodzić ich kłótnię, ale rozjuszyło je to tylko bardziej. Długowieczniksowa pokręciła głową i wyszła, trzaskając drzwiami. Livia poszła za nią.

Gdy obie znalazły się na ganku, Livia wtrąciła nieśmiało:

– Wiem, że nie jest ci łatwo. Może… może po prostu powiesz teraz, w spokojnych warunkach, co powinnyśmy wiedzieć, a ja spróbuję przekazać to dziewczynom?

– Wyszłam, bo po prostu nie mogę dalej tego słuchać. Już wszystko, co trzeba, powiedziałam – odpowiedziała Długowieczniksowa ponurym głosem. – To, czy dziewczyny to zrozumiały, czy też nie, to inna sprawa.

Livia położyła rękę na jej ramieniu.

– W takim razie jutro jeszcze poruszymy ten temat dla przypomnienia. Wszystko będzie dobrze – powiedziała, uśmiechając się ciepło.

Długowieczniksowa westchnęła.

– Dziękuję – odparła. – Bardzo cię cenię, Livio. Uważam, że jesteś świetna w tym, co robisz. I w ogóle miła z ciebie dziewczyna, choć mój mąż nadal zrzędzi, że cudzoziemka, że kłopoty i bla, bla, bla… Ale taki już jest. Może kiedyś dożyje czasu, kiedy też cię polubi. – Uśmiechnęła się gorzko.

Livia zaśmiała się cicho.

– Więc do tego czasu lepiej, żebym zachowała bezpieczny dystans.

Długowieczniksowa mruknęła coś pod nosem, po czym spojrzała na dwa kurniki za małym polem zwiędłego lnu. Wyglądały faktycznie marnie. Drewno było już porośnięte mchem, a w niektórych miejscach pokryte szarą patyną.

– Czasem myślę, że Edana faktycznie miała rację, ale cóż poradzić. Trzeba działać środkami dostępnymi na ten moment. – Spojrzała na Livię i znów się uśmiechnęła. – Dobrze, że przynajmniej już lepiej się czujesz i wróciłaś do nas.

W końcu obie weszły z powrotem do środka, gdzie kłótnia zdążyła już przycichnąć. Camma zajęła się eksperymentowaniem z pstrokatymi kolorami, zaś Edana klęczała na płacie koziej skóry, obszywając owalnie wykrojone płótno.

Livia z kolei postawiła dziś przed sobą jeden cel – wykonać coś dla Ferriksa. Nie miała jeszcze pojęcia, jak się obecnie czuje, ale pomyślała, że dobrze zrobi mu wyjście na świeże powietrze. Ponieważ ostatnie dni były chłodne, zdecydowała się uszyć dla niego pelerynę z resztek purpurowej wełny.

Kiedy skończyła swoją pracę, udała się do Obeliksa. Dotarłszy pod jego chatkę, nie zastała go. Udała się zatem do sąsiedniej, w której mieszkał Asterix.

– Witaj! – zawołali równocześnie, gdy spotkali się w progu i serdecznie się uściskali.

– Cieszę się, że już wydobrzałaś. Wejdź do środka. Czuj się jak u siebie – powiedział.

Livia przeszła się przez chwilę po głównej izbie.

– Zastanawiałam się, czy nie zastanę u ciebie Obeliksa.

Asterix skrzywił się lekko, krzyżując ręce.

– Obeliksa? Cóż, wiedz, że jest teraz bardzo nie w sosie. Mieliśmy dość ostrą sprzeczkę, a pan obrażalski wziął Idefiksa i jak zwykle sobie poszedł.

Po tych słowach Livia wyraźnie spochmurniała.

– Ach… – westchnęła, spuszczając wzrok. – Zauważyłam, że dziś wszyscy się ze sobą kłócą. Nawet w warsztacie miałyśmy dziś awanturę. Myślisz, że to przez tę nową sytuację w wiosce?

– A żebyś wiedziała! Tak bluzgał na naszego wodza, że byś nie uwierzyła. Próbowałem mu tłumaczyć, że tu chodzi o przetrwanie! Obelix upiera się, że wioska dałaby sobie radę bez tych poufałości, ale nie rozumie, że cofnęłoby to nas o dobre sto pokoleń!

Livia przysłuchiwała się temu z trudem. Z jednej strony rozumiała Obeliksa, który wszystko oceniał z punktu widzenia swej prostej, dziecięcej natury, z drugiej zaś domyślała się, jaki ciężar musiał dźwigać sam Asparanoix.

– Jednak ja… ja go rozumiem – rzekła cicho. – Myślę, że wizja nędzy mniej go przeraża niż utrata autonomii wioski, za którą tyle walczyliście.

– Cóż… Sądzę, że dopiero przy niedoborze jedzenia Obelix miałby realną możliwość lepiej przemyśleć tę swoją hierarchię wartości. – Spojrzał na Livię i spostrzegł, że jest przybita. – Nie zrozum mnie źle. Bardzo cenię Obeliksa i nigdy nie wątpiłem w jego lojalność względem naszej społeczności. – Przeszedł się chwilę wokół, po czym oparł się plecami o drewniany próg, marszcząc czoło z powagą. – Musi jednak zrozumieć, że Asparanoix, którego wyzywa teraz od najgorszych, nie tak łatwo ugrał chociaż takie warunki…

– Czy dawno wyszedł? – spytała Livia.

– Już pewnie ze dwie godziny temu – odpowiedział Asterix. Stwierdził, że skoro nie może na mnie liczyć, to uda się do Panoramiksa, by namówić go do wykorzystania magicznej mikstury w celu zaangażowania całej społeczności w uderzenie na imperialistów. Zamierza siłą wymusić na nich dostosowanie się do tego, co my podyktujemy.

Livia momentalnie rozchyliła usta w niedowierzaniu.

– Ale on chyba nie… – zaczęła drżącym głosem.

– Spokojnie, Livia. Ja dobrze znam Panoramiksa i na pewno nie potraktuje tego pomysłu poważnie. Zresztą Obelix, nawet gdyby chciał potajemnie, na własną rękę powołać armię cywilów, nie zdobędzie żadnego napoju, gdyż został on ukryty w miejscu, o którym wiedzą tylko nieliczni.

Asterix, chcąc uspokoić atmosferę, udał się do sąsiedniej izby, skąd wrócił z dość sporą kostką sera. Postawił ją na podstawce z pnia.

– Długo dojrzewający. Częstuj się. Ukrój sobie, ile chcesz – zaproponował, wyjął z kieszeni nóż i podał go Livii.

– Dziękuję. Prezentuje się bardzo zachęcająco. – Livia odkroiła kawałek i, trzymając go w palcach, z zaciekawieniem zaciągnęła się serowym aromatem, po czym ugryzła.

Asterix przysiadł, splatając palce pod brodą.

– Wiesz, Livia… Boję się, żeby Obelix nie zrobił czegoś głupiego. Myślę, że z takim uporem będzie próbował dopiąć swego.

– Asteriksie, wiesz, że właśnie o to samo się martwię – powiedziała, przełknąwszy pierwszy kęs.

– Dlatego pokładam w tobie nadzieję. Obelix złości się na mnie, więc mnie już nie posłucha. Proszę cię, spróbuj przemówić mu do rozsądku.

– Ja… Ja nie wiem, czy mogłabym…

Asterix ożywił się gwałtownie i spojrzał jej błagalnie w oczy.

– A jeśli ty nie pomożesz, to kto inny? Jeśli teraz Panoramiks nie zdoła nalać mu trochę oleju do głowy, nikt inny nic nie zdziała. I do czego dojdzie, wolę nie myśleć. Pomyśl. Władza ludowa tocząca wojenki? Tymczasem jest szansa, że nasza wioska, w przeciwieństwie do reszty, nie podporządkuje się zupełnie dyktatowi Cezara.

Wtem jego głos znacznie złagodniał.

– Livia… Widzę, jak bardzo Obeliksowi na tobie zależy. Proszę, pomóż. On nie zdaje sobie sprawy z tego, w co może wpakować siebie i innych.

Livia zakasłała nerwowo i oparła czoło na dłoniach.

– Spróbuję… – wyszeptała ciężko.

Asterix wstał, ujął ją za głowę i ucałował w oba policzki.

– Jesteś najlepsza! – zawołał.

Jego nagła radość i ulga sprawiły, że Livia poczuła się trochę spokojniej.

Siedzieli jeszcze razem przez kilka minut, skubiąc ser. Nagle usłyszeli ciężkie kroki kogoś zbliżającego się do drzwi, a potem krótkie szczeknięcie psa.

Obelix wparował do środka z marsową miną, trzymając Idefiksa pod pachą. Z twardą konsekwencją pilnował, by przypadkiem nie spojrzeć w stronę Asteriksa.

Livia siedziała obok niego jak zamurowana, czekając na to, co się stanie.

– Idefix zostawił tu gdzieś swój patyk – mruknął Obelix naburmuszony, rozglądając się po podłodze.

Asterix oparł ramię o ścianę, przyglądając się przyjacielowi z przekąsem.

– I na czym stanęło z Panoramiksem?

Obelix miotał się po izbie, poirytowany, przeszukując każdy kąt.

– Ja nie rozumiem. Wy wszyscy naprawdę lubicie tych Rzymian! Nie poznaję was… – mówił rozdrażniony.

Zaczął dobierać się do mebli, z trzaskiem wysuwając szuflady i coraz intensywniej wiercąc się na wszystkie strony.

– Gdzie jest jego patyk?! – warknął, schylając się głęboko, by zajrzeć pod łóżko.

– O tym mówisz? – Asterix uniósł nad stołem ubrudzony jakimś ciastem solidny, choć niezbyt długi patyk i pomachał nim.

Wtem Obelix, odwracając się, spostrzegł w końcu Livię, która uśmiechnęła się do niego nieśmiało. Wytrzeszczył oczy i aż odskoczył. Zachwiał się na nodze, po czym oparł się ręką o łóżko, wciąż trzymając pod pachą Idefiksa. Rozległ się niewróżący niczego dobrego dźwięk pękającego drewna.

Gdy Obelix odzyskał równowagę, na posłaniu zostało wyraźne wgłębienie.

Asterix uniósł ręce ku górze, jakby błagając bóstwa o dar cierpliwości.

– Livia! Ty… ty tutaj? – zawołał zdumiony Obelix, a po chwili, widząc jej poszerzający się uśmiech, sam poczuł, jak unoszą mu się kąciki ust.

Livia wstała i podeszła do niego.

– Tak, kochany. Nie było cię u siebie. Myślałam, że zastanę cię u Asteriksa.

Objęła go za szyję i przyciągnęła delikatnie jego głowę, by go pocałować. Idefiks, cały czas spoczywający na jego ramieniu, warknął z pretensją i chwycił swego pana za kciuk.

– Hej! Zachowuj się! – skarcił go Obelix, jakby był małym dzieckiem.

Livia zaśmiała się.

– No dobrze, już dobrze, z tobą też się przywitam! – rzekła, głaszcząc energicznie pieska wzdłuż grzbietu. Ten w odpowiedzi zamerdał ogonem.

Obelix zbliżył się do Asteriksa, by przejąć ubrudzony patyk. Znów przybrał kamienny wyraz twarzy. Odstawił Idefiksa, a ten udał się ze swoją „zabawką” w kąt i zaczął ochoczo ją oblizywać.

Asterix spojrzał na niego ostrzej.

– Ty lepiej już nie odstawiaj fochów, tylko pilnuj na przyszłość tych gratów, bo dopiero co wygrzebałem tego kija z mojego zakwasu chlebowego! Nie wspomnę o moim kolejnym zawalonym łóżku!

– Przepraszam – odparł szorstko Obelix, wciąż wyraźnie obrażony. – Naprawię to.

Widząc, że sytuacja rzeczywiście jest nieciekawa, Livia zbliżyła się i ujęła Obeliksa delikatnie za ramię.

– Widzę, że coś cię zasmuca. Może chciałbyś, żebyśmy porozmawiali? Wyjdziemy na chwilę na spacer, dobrze?

Obelix spostrzegł jej spojrzenie i poczuł, jak napięcie pomału z niego schodzi.

– Dobrze. Pójdę z tobą. – Ujął jej dłoń i wyszli.

Udali się w kierunku niedalekiej łąki, znajdującej się za warsztatem kowala. Spacerowali przez jakiś czas, trzymając się za ręce. W końcu Obelix, który początkowo był całkiem opanowany, znów zaczął odczuwać wewnętrzny niepokój. Spostrzegłszy pytające spojrzenie Livii, zaczął nerwowo tłumaczyć:

– Livia, czuję się… czuję się po prostu okropnie z tym, że wódz ot tak, bez naszej zgody, sprzedał naszą wioskę, a pozostali mu jeszcze przyklaskują. Zawiodłem się na nim. I na Asteriksie, nawet na Panoramiksie!

Im dłużej Obelix mówił o swoim rozgoryczeniu, tym bardziej się nakręcał. Livia słuchała go cierpliwie, choć z ogromnym żalem. W końcu odezwała się spokojnie:

– Obeliksie, ja ciebie rozumiem. I sama jestem zdruzgotana tym, co zaszło. Jednak nie sądzę… – zakasłała. – …nie sądzę, żeby Asterix czy Panoramix chcieli źle dla wioski. Wszyscy przecież ją kochamy i martwimy się tym, co się wydarzyło.

– Tak? Nie chcieliby źle, a jednak bronią zdrajcy, który każe teraz wszystkim pracować na rzecz Imperium za nędznego denara? Zawsze świetnie radziliśmy sobie z Rzymianami, a teraz nagle pozwalamy im triumfować, bo wódz stchórzył. To jest według ciebie w porządku?

– Ja… ja wiem jednak, że wiosce groziła nędza – kontynuowała Livia. – Ledwo przecież starczyło zasobów na ostatnią wielką biesiadę. Asparanoix chciał zapobiec postępującemu ubóstwu, ale siłą nic nie dałoby się zrobić, skoro brakowało nam…

– Niczego nam nie brakowało! – zawołał Obelix z gwałtownym uporem i spojrzał na nią z niedowierzaniem. – I jeszcze ty, Livia? Ty próbujesz ich wszystkich bronić?

Usta Livii zadrżały.

– Próbuję tylko… pomóc.

Obelix nagle wyszedł z siebie. Puścił jej rękę.

– To ma być pomoc? Dla kogo?! – huknął, rzucając na nią rozgniewane spojrzenie.

Livia spróbowała jeszcze coś powiedzieć, ale zamilkła. Jej oczy, które przez cały czas spoglądały na niego łagodnie, zaszkliły się. Stała przez moment, bezbronna wobec jego reakcji. Czując, jak wzbierają się w niej łzy, zacisnęła usta i odwróciła głowę.

Gniew Obeliksa zaczął natychmiast topnieć na ten widok. Przez chwilę patrzył na nią bez słów, czując, jak serce zaczyna mu się ściskać z poczucia winy.

– Livia… – Jego głos złagodniał.

Z początku nie odpowiedziała. Oddaliła się o dwa kroki.

– Livio… – Tym razem słychać było autentyczny żal.

Po chwili Livia przemówiła do niego, wciąż spuszczając wzrok.

– Obeliksie… – Jej głos zaczął się trząść. – Może zaraz jeszcze bardziej wybuchniesz…

– Nie… – szepnął ledwo słyszalnie.

– …wiem, że to dla ciebie trudne. Ale dokończę. Myślę, że zarówno wodzowi, Asteriksowi, jak i Panoramiksowi zależy na spokoju nas wszystkich, na tym, by nie było głodu i żebyśmy nie musieli martwić się o cały nasz dorobek. Myślę, że w głębi serca to rozumiesz, ale potrzebujesz czasu, żeby się uspokoić.

Obelix przysiadł na pobliskim kamieniu i pochylił głowę. Livia pomału odwróciła się i podeszła nieco bliżej, wyciągając do niego nieśmiało rękę. Ku jej uldze ujął jej dłoń i przytulił ją do twarzy.

– Przepraszam. Proszę, wybacz mi – powiedział drżącym głosem.

– Już dobrze. – Przyciągnęła jego głowę do swojej piersi i pogładziła go po włosach. – Kochany, ja zawsze będę po twojej stronie. Ale pragnę też, żebyś żył w zgodzie z innymi. Przede wszystkim chciałabym, żebyś pojednał się z Asteriksem i Panoramiksem. Oni także pragną cię wspierać, tylko musisz im na to pozwolić.

Obelix westchnął. Livia sprawiła, że coś w nim pękło.

– Byłem trochę niedobry. Naprawię swoje błędy. – Nagle jego głos nieco się rozpogodził. – Łącznie z łóżkiem Asteriksa.

Oboje po tych słowach uśmiechnęli się do siebie.

– Ja za to postaram się dostarczyć Asteriksowi trochę czystego zakwasu. Ostatnio zrobiłam go na zapas.

***

Wracali powoli w stronę chatki Asteriksa. Po drodze Obelix co chwilę przystawał, rozglądając się uważnie, aż w końcu podniósł z ziemi kilka dłuższych, prostych kawałków drewna.

– To się nada – mruknął pod nosem, ważąc jeden z nich w dłoni.

Zahaczyli jeszcze o kuźnię. Obelix bez zbędnych ceregieli sięgnął po kilka narzędzi leżących przy wejściu.

– Oddam! – rzucił w głąb, nie czekając na odpowiedź.

Livia uśmiechnęła się, z lekka rozbawiona, ale nic nie powiedziała. Truchtała u boku Obeliksa, starając się utrzymać tempo jego pełnego entuzjazmu chodu, od czasu do czasu lekko odkasłując zaległości po chorobie.

Kiedy dotarli do chatki, Obelix zapukał dwa razy i od razu wszedł do środka.

– Uwaga! – zawołał donośnie. – Serwis naprawczy przybył!

Asterix, który siedział przy stole, uniósł brwi.

– Doprawdy? W sprawie tego popsutego łóżka?

Obelix postawił drewno przy łóżku i podrapał się po karku.

– No… zepsułem ci to łóżko. I chyba trochę też atmosferę. Przepraszam, Asteriksie. Przesadziłem.

Asterix przyjrzał mu się uważnie, po czym westchnął.

– Rzeczywiście, brzmi to podejrzanie dojrzale jak na ciebie. Ale przyjmuję.

Obelix skinął głową z ulgą i od razu zabrał się do pracy.

– To potrzymaj – rzucił, podając mu jeden z kawałków drewna.

– A więc jednak jestem pomocnikiem – mruknął Asterix.

Zerknął przelotnie na stojącą z boku Livię. W jego spojrzeniu pojawiło się wyraźne uznanie. Kiwnął jej lekko głową, jakby chciał powiedzieć „dobra robota”, ale nie odezwał się ani słowem.

– Tym razem będzie solidniejsze niż wcześniej – zapewniał Obelix. – Nawet jak usiądę.

– Lepiej nie próbuj się przekonać – odparł Asterix sucho.

Po zakończeniu pracy pożegnali się, a Obelix z Livią ruszyli w kierunku chatki druida. Livia w połowie drogi spytała:

– Obeliksie, byłeś już dziś u Panoramiksa, więc powiedz mi proszę, jak się ma Ferrix?

– Ferrix? Żałuję, ale nie byłem zbyt wnikliwy. Za bardzo się gniewałem. Wydaje mi się jednak, że stanął już na nogi… – zawahał się. – Yyy… To znaczy… na nogę i przechadzał się po izbie o kuli, ale tylko po to, żeby za chwilę znów się położyć.

– To wspaniała wiadomość! – zawołała. – Przecież on praktycznie nie wstawał z łóżka… Proszę, ty idź do Panoramiksa. Ja niedługo będę!

Zanim Obelix zdążył cokolwiek powiedzieć, Livia, podpierając się na jego barku, podskoczyła lekko, by cmoknąć go w policzek, po czym pomknęła w przeciwną stronę.

Z początku Obelix stał trochę zmieszany, zastanawiając się, o co Livii mogło chodzić, ale zaraz potem ruszył dalej w drogę i w końcu dotarł przed chatkę druida ukrytą w leśnych głębinach.

Panoramix wpuścił go do środka, patrząc na niego podejrzliwie.

– Panoramiksie, nie patrz tak na mnie. Wróciłem tu po to, żeby przyznać się do błędu i przeprosić. Żałuję tego, co powiedziałem.

Druid ujął dłońmi jego obszerne ramiona, a Obelix w odpowiedzi spuścił głowę.

– Obeliksie, doprawdy, nie spodziewałem się. – Spojrzał na niego z ukosa. – Czyżby ktoś na ciebie wpłynął?

Obelix uniósł wzrok.

– To moja decyzja – powiedział szybko. – Zwierzyłem się tylko trochę Livii i…

– I ujarzmiła twą wewnętrzną bestię, co? – zachichotał cicho druid.

– Eee… – Gigant wyglądał na speszonego. – Tylko to była moja decyzja.

Panoramix poklepał go po plecach.

– Ma się rozumieć. Chodź, usiądź na chwilę. – Zaprosił go gestem do środka. – Pomożesz mi przy rzepie?

Obelix przytaknął. Zasiedli wspólnie i przez chwilę pogawędzili.

Panoramix dopytywał o Livię, a Obelix z entuzjazmem opowiadał o jej zaletach, wdzięku i o tym, jak cudownie się z nią dogaduje. Druid kiwał co jakiś czas głową z aprobatą.

Kiedy przystąpili do obierania i krojenia bulw rzepy, Obelix intensywnie rozmyślał o Livii. Ciągle miał przed sobą jej pełne łagodności oczy. Od czasu ich ostatniej rozmowy, w trakcie której stracił kontrolę nad emocjami, coś się w nim działo i to z każdą chwilą przybierało na sile. Nie potrafił jeszcze tego nazwać, ale wiedział, że jej powrót się dłuży.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania