Serce Wielkiego Gala (Asterix&Obelix) - Rozdział 16 - Słodycz gorczycy, cz. 2

Livia przebudziła się, czując czyjś dotyk na swym ramieniu. Głowę miała ciężką, a powieki gorące. Otworzyła powoli oczy, nie mogąc początkowo oswoić się ze światłem. Ujrzała z początku cień. Wielki cień, który pochylał się nad nią.

– Obeliksie? – spytała z nadzieją.

– Tak, to ja – powiedział i ujął jej rękę.

Wolną dłonią Livia dotknęła jego policzka.

– Kochany mój, przyszedłeś do mnie… – powiedziała cicho, z wdzięcznością.

– Jak się czujesz? Czy ci lepiej? – Ostrożnie położył dłoń na jej czole.

– Cóż… Bez rewelacji. – Zakasłała. – Muszę wyglądać teraz okropnie.

Wtem Obelix bez namysłu dał się ponieść swej szczerej bezpośredniości.

– Co ty mówisz? – Jego głos zabrzmiał nieco ostrzej. – Przecież jesteś piękna! – Nagle zdał sobie sprawę z tego, co powiedział, i zaczerwienił się.

Livia jednak tego nie zauważyła. Wtuliła twarz w jego dłonie. Obelix delikatnie pogłaskał ją po włosach.

Nagle przypomniał sobie o napoju z gorczycy, który miał przy sobie w skórzanym bukłaku.

– Livio, normalnie ofiarowałbym ci wyborną pieczeń, ale chyba jesteś teraz jednak trochę na bakier z mięsem… Panoramix mówił, że mogę ci podać to. – Uniósł bukłak, potrząsając nim.

– Co ty tu masz? – spytała zaciekawiona. – Czy to jakieś… – Zakasłała charcząco.

– Wyjątkowe lekarstwo! – odpowiedział entuzjastycznie. – Ostatnio w mgnieniu oka pomogło mi to wyjść z grypy. Ciebie też postawi na nogi! Zobaczysz, to działa cuda.

Objął ją i pomógł jej się unieść, pozwalając jej ciału oprzeć się na nim.

Gdy Livia poczuła uderzający zapach gorczycy, zawahała się na moment, ale po chwili wzięła pierwszy łyk. Momentalnie rozszerzyła oczy, które po chwili zaszły jej łzami. Zaczęła szybko oddychać przez usta.

– To ci świetnie zrobi – przekonywał ją Obelix. – Ja zawsze wsypywałem sobie tego dużo więcej. Na pewno dasz radę!

Livia zmuszała się do kolejnych łyków co kilka głębokich wdechów. Nie chciała odrzucać wsparcia Obeliksa. Widziała jego zaangażowanie i troskę. W końcu z oczu zaczęły spływać jej łza za łzą, a na czole i plecach poczuła wędrujące krople potu. Nagle się poddała, desperacko siłując się z jego ręką trzymającą bukłak.

– O… ObeliObelix, stop! Nie mogę! Błagam o maślankę… Błagam, bo zaraz eksploduję!

Obelix jak na rozkaz prędko udał się do izby, gdzie Aira akurat wyrabiała masło, podnosząc alarm o pilnie potrzebnej maślance.

– Proszę. Akurat świeża – rzekła, podając napełniony kubek. Po chwili złapała go za ramię i dodała: – Obeliksie, miej dla niej litość. Pamiętaj, że jest od ciebie o wiele słabsza.

Obelix nie śmiał zignorować prośby starszej kobiety. Przytaknął i czym prędzej wrócił z maślanką do Livii, która zaczęła pić ją łapczywie.

– Kochany… – rzekła, sapiąc, i przyjęła parę następnych łyków. – Teraz już wiem, co czuł wtedy ten konsul, kiedy tego pieprzu przyładowałam. – Dopiła maślankę do ostatniej kropli. – Byłam jednak okrutna. – Po tych słowach odbiło jej się głęboko i zacisnęła momentalnie usta, czując, że zaraz spali się ze wstydu.

Obelix przypomniał sobie tę zabawną historię, którą usłyszał od niej w trakcie wspólnej wyprawy z Asteriksem. Wybuchł śmiechem. Livia odebrała to jako reakcję na psikusa, jakiego sprawił jej żołądek.

– Przepraszam, a czy tobie się nie zdarza? – spytała, czując, jak powoli udziela jej się jego śmiech.

– W sensie przyładować pieprzem? Chyba jeszcze nie…

Livia prychnęła rozbawiona i oparła się o niego. Objęli się i wspólnie śmiali przez jakiś czas.

– Podobno śmiech to także zdrowie – powiedział Obelix. – Może zatem ta niewielka ilość wystarczy. Przynajmniej na dziś – dodał, odstawiając na podłogę spoczywający na kolanach Livii bukłak, po czym pocałował ją w zgrzane czoło.

Livia przymknęła oczy i pozwoliła ciału odpocząć w jego objęciach.

***

Minęło kolejne pięć dni. Obelix codziennie składał Livii wizytę i za każdym razem zastawał ją w coraz lepszym stanie. Jej twarz zaczęła ponownie nabierać zdrowego koloru, a ostatnio wstała nawet z łóżka, by pomóc Airze przy wyrabianiu chleba. Sam Obelix starał się służyć staruszce pomocą – to nosząc wodę w wiadrach, to znosząc upolowaną zwierzynę. Przede wszystkim jednak korzystał z każdej możliwej okazji, by nacieszyć się towarzystwem Livii. Czasem śmiali się przy wspólnych rozmowach, a czasem po prostu trwali przy sobie bez słów. Widząc, że Livia powoli wraca do zdrowia, Obelix przyniósł nawet ze sobą dwa upieczone olbrzymie dziki na wspólną kolację. Kiedy pierwszy raz od paru dni posiliła się konkretnym posiłkiem, rzeczywiście poczuła, jak wracają jej siły. Zdecydowała, że wystarczy jej jeszcze jeden dzień rekonwalescencji, a potem wróci do pracy w warsztacie.

W międzyczasie Airę dwukrotnie odwiedził także Asterix. Raz, by dostarczyć Livii trochę suszonych ziół od Panoramiksa, a drugi raz, by po prostu dotrzymać chorej przyjaciółce towarzystwa, kiedy Obelix znów został wezwany do prac budowlanych.

Wieczorem Obelix udał się jeszcze z Asteriksem na polowanie.

Nagle powiedział prosto z mostu:

– Asteriksie, myślę, że Livia i ja świetnie się ze sobą dogadujemy.

Asterix spojrzał na niego, unosząc brwi.

– Tak? No kto by pomyślał.

– Myśl sobie, co chcesz – odparł z zadziwiającą wręcz powagą. – Wiem, że znalazłem już odpowiednią dla siebie towarzyszkę. Coś mi mówi, że to wcześniejsze proroctwo było prawdziwe i generacja wielkich galijskich wojowników przetrwa.

– Zaraz, zaraz… – Potrząsnął głową Asterix. – O co ci dokładnie chodzi?

– Zamierzam zaproponować jej małżeństwo – odparł z przekonaniem.

– Obeliksie! – zawołał zdumiony Asterix. – Już ci się tak prędko zebrało na odwagę? Ledwie co nauczyłeś się patrzeć jej w oczy, nie zastanawiając się, gdzie możesz się schować?

– Asteriksie, skoro już wiadomo, że Livia nie ma obiekcji, by ze mną być, to wytłumacz mi, na co można jeszcze czekać? Czy może uważasz, że jednak Livia tylko udaje, że aż tak mnie lubi?

– Wiesz… To w zasadzie nie moja sprawa. – Zająkał się przez chwilę. – To wy dwoje powinniście wiedzieć najlepiej, na co przychodzi czas, ale… tak się zastanawiam… Żeby aż tak szybko?

– A Nessa i Nikodix to co? Dogadani po pierwszym spotkaniu!

– Dobrze, nieważne – mruknął Asterix. – Ale ty… ty powinieneś się do tego jakoś przygotować.

– Jestem przygotowany.

– Nie, nie jesteś – odparł szybko. – I na Taranisa, nie klep przy oświadczynach o „przetrwaniu generacji wielkich wojowników”!

Obelix spojrzał na niego z lekkim oburzeniem.

– A co w tym złego?

– Wszystko!

Obelix skrzyżował ramiona.

– Widzę, że nie wierzysz, że mógłbym sobie z tym świetnie poradzić.

– Wierzę… – Zawahał się Asterix. – Po prostu… wolę się upewnić, że Livia też przetrwa.

Obelix prychnął.

– A dlaczego ty w ogóle się wtrącasz?

Asterix westchnął głęboko.

– Bo miałem pilnować jej jak siostry. Jestem za nią odpowiedzialny.

Obelix zachichotał.

– A więc powinienem poprosić cię jako starszego brata o zgodę na ślub?

– Nie! – Oburzył się Asterix. – Zupełnie nie o to chodzi!

– To o co?

Asterix przetarł czoło.

– Chodzi o to, żebyś dobrze ją traktował jako swą narzeczoną, a później swą żonę i może… – zawahał się – z szacunku dla niej sprawiłbyś jej wpierw jakiś…

– Spokojna twoja rozczochrana. – Obelix potargał dłonią włosy Asteriksa, wciąż podśmiechując się pod nosem. – Niedługo wybieram się na plac targowy, by poszukać czegoś wyjątkowego.

Asterix poprawił fryzurę, krzywiąc się.

– No, ja mam nadzieję.

Obelix spojrzał przed siebie z nową determinacją.

– Zobaczysz. Zrobię to jak trzeba.

Asterix westchnął po raz kolejny.

– Tego właśnie się obawiam…

***

Następnego dnia Obelix wybrał się na targ w poszukiwaniu jak najpiękniejszych kamieni, które miałyby posłużyć do wykonania wytwornego naszyjnika dla Livii. Był pełen wdzięczności, że los postawił przed nim taką kobietę – mądrą i pełną uroku, nie mniejszego niż ten, którym niegdyś zachwycała go Falbala, choć to trochę inny typ kobiety. Livia była jakby delikatniejsza, mniej wyzywająca urodą. Jej łagodne, pełne ciepła spojrzenie niosło ze sobą spokój, ale także jakiś magnetyzm. Im dłużej na nią patrzył, tym bardziej był przekonany, że nie zamieniłby jej na żadną inną.

W pewnym momencie Obelix zatrzymał się przy stoisku z błyszczącymi ametystami. Jego oczy od razu rozbłysły, gdy wyobraził sobie Livię z takim skarbem na szyi.

– Ile kosztuje ten? – zapytał, wskazując na największy i najbardziej błyszczący kamień.

Łysy sprzedawca, który był drobnym mężczyzną z ciemnymi wąsami, spojrzał na Obeliksa z lekka zestresowany.

– To będzie pięć denarów – powiedział, uśmiechając się nerwowo.

– Denarów? – Twarz Obeliksa nagle zastygła w niedowierzaniu.

– T… tak. – Łysy sprzedawca cofnął się o pół kroku. – Od dziś wprowadzono nam denary…

Przez moment panowała cisza. W głowie Obeliksa zrobił się mętlik. Jednak zaraz wrócił do zmysłów i poczuł furię.

– W mojej wiosce mam niby płacić rzymskimi denarami?! Chcę zapłacić galijskim złotem! – wrzasnął, niemal trzęsąc całym stoiskiem, co przykuło uwagę kilku wieśniaków przechadzających się po placu targowym.

Sprzedawca starał się zachować spokój, mimo że pot oblewał mu czoło. Cofnął się jeszcze o krok.

– Rozumiem, naprawdę rozumiem – zaczął uspokajająco. – Zmiany są trudne dla nas wszystkich, ale teraz wszystko idzie w stronę denarów.

– Kategorycznie nie zgadzam się na to! – Obelix trząsł się w swej pasji. – Jeśli nie dostanę tego, czego chcę tutaj, masz powiedzieć mi, gdzie samemu pozyskać takie kamienie. Ale żadnego denara kijem nie tknę!

– Ciii… – próbował uspokoić go sprzedawca. – Zaraz wszystko powiem, tylko proszę, nie rób już tyle hałasu!

Obelix, sapiąc z nerwów, próbował odzyskać panowanie nad sobą. Nachylił się ku mężczyźnie.

– Jest jaskinia w skalistych górach, niedaleko stąd. Wiesz, tych na południe od głównego fortu osady. Tam można znaleźć ametysty w geodach – powiedział półszeptem. – Tylko trzeba być ostrożnym, bo konstrukcja skalna jest dość delikatna.

Obelix już miał zacząć pytać o szczegóły, kiedy ktoś go zawołał:

– Obeliksie, tu jesteś! Rozpoznałem twój głos!

Obelix ujrzał Gouduriksa – siostrzeńca wodza, który biegł w jego stronę, zasapany.

– Wódz cię pilnie potrzebuje! To sprawa niecierpiąca zwłoki!

Obelix westchnął ciężko. W jego głowie kłębiły się mieszane uczucia. Był wściekły, ale z drugiej strony napełniała go werwa na myśl o jaskini ametystów. Ruszył za Gouduriksem, z trudem ukrywając, że kolejne pilne wezwanie wodza było dla niego mniej ciekawą sprawą. W przeciwieństwie do kamieni.

Kiedy dobiegł przed domostwo Asparanoiksa, ujrzał, że w okolicy rozgrywają się dantejskie sceny. Tłum rozjuszonych wieśniaków wyraźnie podzielił się na dwa fronty. Ludzie wrzeszczeli i bili się zawzięcie, aż wokół leciało pełno kurzu. Bito się po twarzach, niektórzy kopali leżących, a inni okładali się starymi meblami, jednocześnie używając ich jako tarczy przed atakami. Przez agresywne okrzyki przebijały się słowa:

– Zdrada! Zdrada!!! Wódz sprzedał nas Rzymowi!

Z drugiej zaś strony dobiegały wrzaski:

– Chcielibyście nędzy dla wszystkich!!!

Albo:

– Niech żyje Asparanoix!!!

Wszystkie te hasła wprawiały cały tłum w coraz większe rozjuszenie. Wielu wieśniaków było rannych, a pojedynczy mężczyźni leżeli to na uboczach, to w środku całego zamieszania, zwijając się z bólu. Nawet parę kobiet brało udział w zamieszkach, szarpiąc się za włosy czy drapiąc sobie nawzajem twarze.

Obelix nie zastanawiał się długo. Rozpychał się przez tłum, rozdzielając ludzi. Niektórzy natychmiast zaprzestali walki, widząc go w akcji. Inni odskoczyli w popłochu, dobrze wiedząc, że nie warto zadzierać z tym Galem.

Obelix w końcu dostał się do drzwi i wszedł do domostwa, gdzie zastał przerażoną Dobrominę – żonę wodza, której łzy napływały do oczu, a jej ręce trzęsły się ze strachu.

Asparanoix wyglądał przez okno z rozpaczą w oczach, przyglądając się rozróbom. Ujrzawszy Obeliksa, rzucił się w jego stronę, jakby był jego zbawcą.

– Obeliksie! Musisz mnie chronić! – powiedział, chwytając go błagalnie za ramię. – Tłum oszalał! Nie mogę wyjść z własnego domu!

Obelix spojrzał na Asparanoiksa z twardym wyrazem twarzy.

– Co się tu dzieje? – zapytał niskim głosem.

Asparanoix zawahał się.

– Co. Się. Tu. Dzieje? – powtórzył Obelix wolniej.

– Ja… – Wódz przełknął ślinę. – Zawarłem układ z Rzymianami. To było konieczne dla wioski, dla…

Obelix zesztywniał.

– Z Rzymianami?

– Zrozum, że nie miałem wyjścia. Naprawdę, próbowałem…

– I co im dałeś w zamian? – przerwał mu.

Asparanoix zaniemówił na chwilę, oddychając ciężko.

– Podatki… – przyznał wódz ciszej. – Za przyjęcie denara.

Obelix nie wierzył własnym uszom.

– A więc od teraz pracujemy dla nich?! – warknął, czując wzbierającą się w nim złość.

– Nie! – zaprotestował gwałtownie Asparanoix. – To kompromis! Zachowujemy nasze zwyczaje, naszą…

– Ty… Zamiast ich nastraszyć i zmusić do przystania na nasze warunki, po prostu się poddałeś? Zupełnie nie tego się po tobie spodziewałem!

Asparanoix zbladł, patrząc na Obeliksa, który nie przypominał już tego uroczego olbrzyma, jakiego znał.

– Ale, Obeliksie, zrozum! – tłumaczył drżącym głosem. – Gospodarka, deficyty… To już nie te czasy…

Obelix spojrzał w stronę drzwi. Wciąż słychać było odgłosy bójek i awantur. Wiedział, że mógłby zakończyć te walki w kilka chwil.

Asparanoix ostrożnie i nerwowo podszedł do niego bliżej.

– Obeliksie… – Głos wodza złagodniał, choć wciąż drżał. – Błagam… Spójrz, co się dzieje. Musisz mi teraz pomóc…

Obelix znów skierował wzrok na twarz wodza, po czym zmarszczył brwi.

– Nie – odparł cicho. – Jeśli zdecydowałeś się być rzymskim poddanym, sam sobie radź z tłumem.

Po tych słowach odwrócił się i wyszedł, ignorując rozpaczliwe wołania za plecami. Wieśniacy, widząc jego rozjuszoną twarz, znów zaczęli się uspokajać. Obelix jednak poszedł przed siebie, nie zamierzając mieszać się w kłótnię. Czuł się zdradzony i pełen złości.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania