Pokaż listęUkryj listę

Serce Wielkiego Gala (Asterix&Obelix) - Rozdział 22 - Oblicza matki, cz. 1

Tej nocy księżyc świecił w pełni. Livię obudziło niepohamowane pragnienie. W ciągu ostatnich dni dręczył ją kaszel, a ból w klatce piersiowej się nasilał, co powstrzymywało ją przed wypijaniem wystarczających ilości wody. Teraz, gdy przyjmowała środek łagodzący objawy, który dostała od Panoramiksa, w końcu uświadomiła sobie, jak bardzo jest odwodniona. Choroba i łzy zrobiły swoje. Miała jeszcze jedną miksturę, która miała realnie wspierać zdrowienie, neutralizując wewnętrzne rozstroje organizmu.

Poszła do kuchni, napełniła miedziany kufel wodą i wypiła jednym tchem. Natychmiast poczuła ulgę. Jedna rzecz natomiast przykuła jej uwagę. Drzwi do izby Airy były szeroko otwarte, ale posłanie było puste. W jej głowie zaczęły krążyć niepokojące myśli. Wyjrzała przez tylną część chatki, ale w okolicach stawu nie było żywej duszy. Postanowiła wyjść, by odszukać Airę. W końcu starsza kobieta nie mogłaby oddalić się w środku nocy zbyt daleko.

Opatuliła się ciepło i wyszła na ganek, rozglądając się. Nie ujrzała nikogo. Towarzyszyły jej jedynie odgłosy świerszczy. Zawołała niepewnie cienkim, chrypiącym głosem:

– Airo? Gdzie jesteś?

Odpowiedziała jej tylko cisza i atak kaszlu.

Wróciła do swej izby po lampę oliwną i ruszyła przeszukiwać okolicę. Alejki, którymi zwykle kierowała się do centrum wioski, nie wskazywały na niczyją obecność prócz nocnego stróża – wysokiego, siwiejącego mężczyzny o ciemniejszych wąsach.

– Przepraszam, czy nie spotkał pan tu w okolicy starszej pani z grubym, siwym warkoczem?

– Nie jestem w stanie pomóc. Od zmierzchu nie widziałem tu nikogo takiego.

Livia zdecydowała, że przeszuka okolice z drugiej strony chatki. Już miesiąc mieszkała w osadzie, ale nigdy nie miała okazji poznać tamtych rejonów. Przemierzała ścieżki, mijając pojedyncze, skromne chatki otulone przez ciemne w obliczu nocy zarośla. Spojrzała dalej przed siebie i wtem ujrzała kilka kurhanów, a wokół nich liczne kamienne kręgi. Miejsce wydawało jej się bardzo mroczne, ale próbując zachować wewnętrzny spokój, Livia ostrożnie weszła na pobliski pagórek.

– Co to za dziwne miejsce? Dlaczego czuję się tu tak bardzo nieswojo?

Serce jej podskoczyło, gdy dostrzegła w oddali światło palącej się lampy, ukazujące cień przygarbionej sylwetki. Pomału zeszła i udała się w tamtą stronę. Coraz wyraźniej kształtował się przed nią obraz starszej kobiety, która stała wsparta na lasce.

– Na Teutatesa, to chyba Aira… – pomyślała.

Gdy podeszła do niej jeszcze bliżej, zauważyła, że ma oczy zamknięte, jakby była pogrążona w głębokiej zadumie, niemal w medytacji.

– Airo, co ty tu robisz o tej porze? – wyszeptała z lekką obawą, ostrożnie podchodząc jeszcze bliżej.

Aira otworzyła gwałtownie oczy i spojrzała na nią ze zdumieniem.

– A co ty tu robisz, dziecko? Nie powinnaś, schorowana, błąkać się po nocy.

Staruszka, postawiwszy swą lampę na kamieniu, objęła Livię, energicznie rozcierając jej ramiona, żeby ją rozgrzać.

– Martwiłam się, bo nie było cię w domu… – rzekła cicho Livia, czując, jak pomału zaczyna się odprężać, chłonąc ciepło jej aury.

Aira westchnęła i przytuliła ją do siebie mocniej.

– Co miesiąc przychodzę tutaj w trakcie pełni księżyca, aby złożyć hołd pamięci mojej Lanis. Była moim jedynym dzieckiem…

Livia wzdrygnęła się momentalnie. Do tej pory Aira nie zdradzała jej zbyt wiele na temat swej przeszłości.

– Airo, nigdy nie wspominałaś, że… że miałaś córkę.

Staruszka odsunęła się od niej powoli i uśmiechnęła się smutno.

– To ból, który trudno dzielić. Ale myślę, że mogę cię teraz nieco w to wtajemniczyć. Moja Lanis odeszła tragicznie. – Jej głos zadrżał. – Jeszcze wtedy, kiedy twój Obelix był małym chłopcem, całkiem niedługo, zanim wpadł do kociołka… Pamiętam to. Lanis była, podobnie jak ty, pełna życia, pasji i uporu. Bardzo chciała wejść na szczyt skalistych gór niedaleko stąd. To było… – zamilkła na chwilę, pociągając nosem. – To było ostatnie marzenie, które zdołała spełnić.

Livia patrzyła na nią, czując, jak łzy stają jej w oczach. Ujęła jej drżące dłonie.

– Tak bardzo mi przykro…

– Miała dwadzieścia dwa lata – dodała.

Livia westchnęła z przejęciem.

– A więc była w moim wieku…

Aira ujęła swymi dłońmi jej twarz i spojrzała jej w oczy.

– Wszystko się ze sobą zgadza. Już w pierwszej chwili, kiedy cię zobaczyłam, poczułam coś, co mnie do ciebie przyciąga, co do tej pory trudno było mi wyjaśnić. Widzę w tobie podobnie niezłomne serce i dobroć, co u Lanis.

Livia spuściła wzrok. Ledwo była w stanie mówić.

– To dlatego czułam, że… – głos jej zadrżał. – …że jesteś dla mnie jak matka.

Aira przytuliła ją mocno do siebie, a Livia poczuła, jak pewien ciężar spada jej z serca. Ze strony Airy mogła czerpać bezinteresowne wsparcie i miłość, jakich nie zaznała od lat.

Po chwili trwania we wzajemnych objęciach, pośród milczących kurhanów, staruszka wzięła lampę i poprowadziła Livię w kierunku drogi powrotnej.

– Już starczy. Wracajmy do domu, dziecko. Nie możemy pozwolić, żebyś zaprzepaściła swój nocny sen.

Livia przytaknęła. Wiedziała, że Aira mówi rozsądnie, choć czuła, że wyjątkowość tej wspólnej chwili napełniła ją siłą większą, niż dałaby jej należycie przespana noc.

W końcu, gdy wyłoniła się przed nimi chatka, obie nagle dostrzegły stojącego pod drzwiami Tragikomiksa. Livia znów odczuła niepokój. W jakim celu mógł on tu przyjść, tak w środku nocy? Kiedy ujrzał Airę, podbiegł do niej błyskawicznie, o mały włos nie zderzając się z Livią. Jego twarz zdradzała wyraźną nerwowość.

– Aira, w końcu! Jesteś potrzebna. Falbala… Ona chyba rodzi.

Aira spojrzała na niego z powagą.

– Poczekaj. Muszę wziąć tylko ze sobą parę rzeczy. Ty, Livio, idź już spać.

Livia spojrzała na nią niepewnie, czując, jakby wrastała w ziemię.

– Niczym się nie przejmuj, dziecko – rzekła Aira stanowczo. – Przyjmuję porody już od wielu lat. Idź spać i nie zaprzątaj sobie już niczym głowy.

Livia posłusznie ruszyła do swojej izby, jednak nie była w stanie zasnąć aż do pierwszych przebłysków świtu.

Kiedy się obudziła, dzień trwał już w pełni. Aira do tej pory nie wróciła. Czując nieznośne nasilenie dolegliwości, ponownie zażyła miksturę od Panoramiksa. Miała w sobie ogrom determinacji. Musiała zebrać siły na biesiadę. Jednak przez chwilę zawahała się. Co, jeśli Obelix się wycofa? Chciała w końcu porozmawiać, a on w ostatnich dniach zupełnie stracił zapał do życia towarzyskiego.

„W ostateczności pójdę złożyć mu wizytę. Może zdążył już nieco bardziej ochłonąć. Nie wystawi mnie chyba za drzwi…” – myślała niepewnie.

Wciąż jednak głęboko w sercu ciążyły jej te okropne słowa: „Zabierzcie ją stąd”.

***

Krótko przed tradycyjną galijską biesiadą na placu zebrało się już kilkunastu mieszkańców wioski. Nie zanosiło się na imponujące tłumy. Wokół niektórych mieszkańców atmosfera zrobiła się dość napięta. Gdy na placu stopniowo przybywało ludzi, Asterix zajrzał do Obeliksa. Wielki Gal popatrzył na niego beznamiętnym wzrokiem.

– Co z Asparanoiksem? – spytał.

Asterix wydał z siebie cichy pomruk, nabrał powietrza i spojrzał przez okno, jakby w skupieniu kontemplując poświatę.

– Odwiedziłem wczoraj Dobrominę. Opowiedziała o ostatnim wieczorze, który z nią spędził. Zachowywał się tak, jakby się żegnał.

Mimo apatycznego wyrazu twarzy Obeliks drgnął, a jego oczy nieco się rozszerzyły.

– Ponoć mówił, że cokolwiek się stanie, chce, by wioska żyła w swoim normalnym, codziennym rytmie. I żeby nikt nie zadręczał się z powodu spraw, na które nie ma wpływu.

– Myślisz, że on rzeczywiście uciekł z wioski? – spytał ostrożnie Obelix.

– Nie wiem. Wiem tylko, że niektóre wersje wydarzeń nie trzymają się kupy. Problem w tym, że ludzie zdążyli już wymyślić dziesiątki kolejnych. Niektórzy twardo obstawiają spisek. W głowie mi się to nie mieści, kogo oni czasem typują jako podejrzanych. Obawiam się, że każdy nieostrożny ruch może wywołać szkodliwy zamęt.

Obeliks usiadł na posłaniu, oparł łokieć na kolanie i podparł brodę pięścią.

– Ostatnio w karczmie tłukło się dwóch klientów. Jeden głośno komentował, że mamy wodza tchórza i nie warto za nim ganiać. Drugi, wielce oburzony, zaczął mu zarzucać, że jest wmieszany w spisek…

Asterix spojrzał na przyjaciela z aprobatą.

– Dobra robota. Masz ucho do istotnych rzeczy.

Obelix pokręcił głową.

– I tak bardziej ciekawiło mnie to, ile zamieszania i krzyku potrafi wywołać rzucenie w kogoś kuflem. I to pustym.

Asterix prychnął, spoglądając na przyjaciela, którego widocznie znów ogarnęła głębsza melancholia.

– Chyba z czasem coraz lepiej będziesz rozumiał normalne, ludzkie reakcje. W każdym razie na razie nic nie wskazuje jednoznacznie na zamach.

– Faktycznie, zamach z użyciem pustego kufla to głupi i zupełnie nieskuteczny pomysł.

– Obeliksie, zostaw tę karczmę w spokoju! Mówię o wodzu.

– No ale skąd wiesz? Może ktoś faktycznie bardzo się na niego zdenerwował?

– Pewnie! Ale czegoś takiego mógł dokonać co najwyżej ktoś, kto był z wodzem bliżej spoufalony. Nie ktoś, kto wtargnąłby do jego domu, wywołał zamęt i zostawił ślady. Ale widzę jeszcze coś. Jego zastępcy zachowują opanowanie i pewność w działaniach, jakby ktoś już wcześniej wszystko im dokładnie wyjaśnił.

– Zatem to oni za tym stoją.

Asterix podszedł do posłania i przysiadł obok Obeliksa.

– I tutaj mam wątpliwości, mój drogi. Gdyby mieli coś za uszami, prędzej próbowaliby się maskować, zgrywając zdezorientowanych tak jak większość.

– A więc co mogło się stać? – Obelix ożywił się nieznacznie. – Bystry przecież jesteś. Musiałeś już na coś wpaść.

Mały Gal opuścił bezwładnie ramiona.

– Na Taranisa, nie mogę niczego wypowiadać pochopnie. Szczerze mówiąc, na tę chwilę bardziej boję się o naszych pobratymców niż o Asparanoiksa. Wydaje się, że wszystko wokół jest normalne, a sytuacja się uspokoiła, ale czuję, że coś niedobrego dzieje się pod tą otoczką. Po całej awanturze o rzymskie podatki i nową walutę ludzie i tak są gotowi skoczyć sobie do gardeł. Trzeba liczyć się z każdym słowem i działaniem. Z jakiegoś powodu polecił, aby bez względu na wszystko wioska zachowała swój zwyczajny rytm. Wciąż szukamy śladów, ale jedyne, co znaleźliśmy, to rudy warkocz pod stertą mchu przy spichlerzu, za chatą, którą dzielił z Dobrominą. Kilku chłopów przeszukuje dalsze okolice.

W tym momencie Obelix zaniemówił. Wyobrażał sobie dantejskie sceny, jakie mogłyby się rozegrać pod spichlerzem wodza. O ile spokojniejsze miałby sumienie, gdyby wtedy nie uniósł się honorem i zgodził się go chronić, gdy pod jego chatą panowały chaos i rozróby... Może przywódca uniknąłby tak strasznego losu?

Asterix zauważył, jak Obelix robi się blady. Poklepał go po ramieniu, uśmiechając się delikatnie.

– Spokojnie, przyjacielu. Warkocz był gładko przycięty i w naprawdę dobrym stanie. To znacząco zmniejsza szanse na to, że ma to związek z jakąś drastyczną akcją.

Obelix spoglądał na niego jakiś czas, powoli się uspokajając.

– Obyś miał rację.

Asterix poklepał go nieco mocniej po karku, uśmiechając się szerzej.

– A teraz zbieraj się. Idziemy się porządnie najeść na biesiadzie.

– Jaka biesiada? Asteriksie… – głos Obeliksa nagle zrobił się bardziej ponury. – Wiesz przecież, że nie jestem już nikomu potrzebny.

– Głupstwa opowiadasz. – Machnął ręką Asterix. – Zresztą uważam, że wręcz przeciwnie. Wielu nie musi się już obawiać, że coś nagle wymknie ci się z rąk i narobi szkód. – Mrugnął do niego.

Obelix jednak nie był pocieszony takim wnioskiem. Pokręcił głową i, splótłszy dłonie za plecami, przeszedł się przez chwilę zamyślony po izbie.

– No dobrze, ale co, jeśli Livia też tam będzie?

Asterix zbliżył się do niego zdecydowanym krokiem.

– Jak będzie, to będzie! Czemu cię to tak denerwuje?

Obelix jednak miotał się tylko nieporadnie.

– No, powiedz, Obelix, co miałaby ci takiego zrobić Livia? Zjeść? A może zrewanżować się, nokautując cię dziczyzną, tak jak ty wtedy?

Obelix zacisnął powieki.

– Nie, nie! – Złapał się za głowę.

– To o co chodzi?

Z każdą chwilą Obelix chodził coraz ciężej.

– Po prostu nie widzę już sensu, żeby ona i ja… – odparł w końcu z bólem. – Zupełnie inaczej miało wszystko wyglądać… – zamilkł, po czym dodał intensywniej: – Nie, wolałbym o tym nie myśleć. Jeśli ona ma tam być, ja zostaję tutaj.

Asterix spostrzegł zaszklone oczy przyjaciela. Przez moment naprawdę chciał próbować go przekonać, że może się mylić, jednak zdawał sobie sprawę, że lepiej będzie zostawić to Livii. Obelix musiał wpierw tylko dotrzeć na biesiadę. Zastanowił się kilka chwil nad doborem słów.

– Wiesz, Obelix. Sądzę, że jednak Livia zostanie u siebie. W końcu nie najlepiej jest z jej zdrowiem. Byłoby to w sumie dziwne, gdyby chciało jej się towarzysko biesiadować.

Obelix usiadł przy stole, nerwowo skrobiąc paznokciami drewnianą powierzchnię. Obok stał jakiś niewielki, drewniany wyrób. Wyglądał trochę jak niezidentyfikowany, powyginany zwierzak i to w awangardowej odsłonie.

– A to co to jest? – spytał Asterix, wskazując palcem na dziwną figurkę.

Wzrok Obeliksa nagle się ożywił, jakby został wywołany do odpowiedzi, na którą był świetnie przygotowany. Z wyrazem dumy ujął figurkę, prezentując ją przed przyjacielem.

– Moje pierwsze rękodzieło. Zrobiłem dziś w nocy. To Idefix jest.

Idefix, który akurat leżał w swym legowisku, uniósł głowę i zapiszczał jękliwie, jakby ktoś mu zrobił krzywdę. Asterix spoglądał to na pieska, to na jego rzekomą podobiznę. Podszedł do legowiska i pogłaskał Idefiksa po grzbiecie.

– No już, Idefix, nie przejmuj się tak tym. W końcu sztuka rządzi się swoimi prawami, prawda, Obelix?

– A ty mówisz teraz poważnie, czy sobie żartujesz?

Asterix pokręcił z uśmiechem głową i podszedł, by przyjrzeć się dokładniej figurce.

– Idefix, powiadasz? Mnie to bardziej przypomina… dzika.

– Dzika?! – oburzył się. – Przecież to oczywiste, że to Idefix. Spójrz na te uszy!

– Wiesz, Obelix, uszy jak uszy, ale zobacz na ten pysk. Typowy dzik!

Obelix spoglądał to na Asteriksa, to na swoje dzieło, to na Idefiksa, który opierał smutny pyszczek na łapkach.

– Asterix, ty się nie znasz na sztuce – oświadczył z urazą i przesadną powagą.

– A może to ty przypominasz dzika, co?

Asterix zachichotał.

– Wiesz, każdy może interpretować dzieła sztuki po swojemu, ale to, co teraz powiedziałeś, brzmi w twoich ustach jak najlepszy komplement.

Kącik ust Obeliksa lekko uniósł się.

– Może faktycznie pójdę z tobą na tę biesiadę. Przyznam, że tak dawno nie jadłem dzików… Trochę zatęskniłem.

Asterix poczuł ogromną satysfakcję. Razem z Obeliksem udał się na wielką biesiadę, jak za starych dobrych czasów. Choć jego gigantyczny towarzysz nie był już taki jak dawniej, Asterix cieszył się, że wciąż może być jego lojalnym kompanem.

Kiedy już dotarli na miejsce, kilkudziesięciu osadników spożywało już pierwsze porcje dziczyzny.

– Czekajcie, czekajcie! – Głos Asteriksa przebił się przez gwar rozmów. – Oto i jest z nami największy miłośnik soczystych dzików. Nie zaczynajmy bez niego!

Obelix poczuł lekkie zmieszanie i skrzywił się nieśmiało. Jednak wielu biesiadujących wstało i ruszyło serdecznie go witać, a on, siląc się na uśmiech, kiwał każdemu nieśmiało głową. Witali go między innymi Panoramix i Ferrix, który w końcu zdobył się na dołączenie do większej grupy. Była też Nessa, która przybyła z Nikodiksem i ich rodzicami, wciąż omawiającymi wspólne interesy i inne tematy. Edana przywitała go najmniej wylewnie, choć jej wzrok zdradzał szczere uznanie.

– Dobrze, że go przyprowadziłeś – rzekła do Asteriksa.

– Były opory, ale się udało.

Spojrzał na nią i dostrzegł w jej wyrazie twarzy coś nietypowego dla jej twardego, ironicznego usposobienia. Coś, co przypominało lekki smutek. Wzrok, który w niego wbiła, był dla niego wystarczająco podejrzany, by z niepohamowanej ciekawości spytał:

– Czy coś ze mną nie tak?

Wzrok Edany na nowo stwardniał.

– Absolutnie nie – odburknęła. – Chciałam coś widzieć, a ty to zasłoniłeś. Ot co.

Jej tłumaczenie wydało mu się pewnego rodzaju groteską, jakby chciała zakpić ze znacznej różnicy wzrostu.

Po tych słowach uśmiechnęła się ironicznie i odeszła na drugi koniec ławy, jednak jej wzrok pozostał skupiony na ziemi.

Wtem komitet powitalny zwrócił się w innym kierunku. Oto nadeszła Livia.

Włosy miała świeże, lśniące i delikatnie falowane. Jej cera nabrała nieco jaśniejszego kolorytu, który zdradzał bardziej doświadczonym niewiastom, że dziewczyna użyła czegoś do zamaskowania niedoskonałości. Do tego zastosowała nieco barwnika dla nadania efektu rumieńców i różanych ust. Otuliła się kremową narzutą z owczej wełny. Wielu prawiło jej komplementy, a Livia z łagodnym uśmiechem odwzajemniała uściski dłoni i obejmowała niektórych serdeczniej.

Asterix podszedł do Livii, dostrzegając smutek skrywany pod spokojną, pełną godności miną. Stała wyprostowana, lekko spuszczając wzrok.

– Obelix, chyba ładnie byłoby się przywitać, co nie? – zwrócił uwagę.

Obelix siedział skołowany, czując, jak wiruje mu głowa przy każdej próbie spojrzenia. Zacisnął zęby i odwrócił się w końcu z trudem. Od razu przejął go jej pełen dystynkcji wdzięk. Powoli wstał, a Livia powoli uniosła wzrok na jego twarz. Widząc ból w jej mętnym spojrzeniu zmusił się, by nieśmiało wyciągnąć do niej rękę. Ona wyciągnęła swoją i ich dłonie się zacisnęły. Był to ich pierwszy dotyk od tego nieszczęsnego dnia. Coś się zadziało. W jej spojrzeniu pojawił się błysk nadziei.

– Obelix… – szepnęła, czując, jak oczy jej się szklą.

Edana odwróciła się ukradkiem w ich stronę, jakby coś wzbudziło jej podejrzenie.

Obelix przez krótką chwilę patrzył na nią, a w jego głowie intensywnie rozbrzmiała czuła myśl: „Moja Livia…”.

Przejęty tą chwilą wyciągnął swą drugą rękę i delikatnie przykrył wierzch jej dłoni. Zdawał się chcieć coś powiedzieć, ale po chwili zacisnął usta, lekko potrząsnął jej dłonią, jak podczas zwykłego powitania. Usiadł, natychmiast odwracając od niej wzrok.

Asterix, widząc tę scenę, pokręcił głową z irytacją. Mając po lewej stronie Obeliksa, zaproponował Livii, by usiadła po jego prawej stronie.

Konsumpcja przebiegała w wyjątkowo napiętej atmosferze. Dobromina – żona zaginionego wodza – na bieżąco donosiła strawę. Nie robiła jednak tego z takim zapałem jak zazwyczaj. Wydawała się bardzo zmartwiona, wręcz na granicy płaczu.

– Dobromino, usiądź z nami i odpocznij – zasugerowala jedna z biesiadujących kobiet. – I tak nie potrzeba tyle tego jadła. Spójrz. Obelix zjadł dopiero kawałek karczku.

Rzeczywiście, Obelix odkrył, że zaczyna najadać się porcją dzika niewiele większą od podwójnej standardowej porcji Asteriksa. Jak na jego możliwości była to ilość niemal degustacyjna, a mimo to nie miał najmniejszej ochoty dokładać sobie więcej.

Dobromina jednak ewidentnie była niechętna do interakcji z biesiadnikami. W odpowiedzi popatrzyła tylko w nieokreślony punkt, mówiąc:

– Znikają najmocniejsi, którzy zawsze osłaniali tych słabszych… – powiedziała cicho. – A najgłośniej krzyczą ci, którzy najwięcej im zawdzięczają.

Obelix zastygł. Po chwili odłożył niedojedzony kawałek mięsa, podniósł się bez słowa i odszedł od biesiadników, aby w spokoju zebrać myśli. Usiadł nieopodal na starym pniu drzewa.

Asterix zwrócił się ukradkiem do Livii, która była widocznie przygaszona.

– Masz okazję, żeby porozmawiać. Zrób to, co uważasz za słuszne.

Livia uniosła się początkowo niepewnie, ale po chwili czuła coraz większy przypływ determinacji. Nie zdawała sobie sprawy, że Edana przygląda jej się uważnie.

Gdy Obelix usłyszał kroki, odwrócił się powoli. Na widok Livii poderwał się z pnia.

– Muszę… muszę coś załatwić – wymamrotał nerwowo, próbując odejść.

Livia zebrała jednak w sobie tyle odwagi, na ile było ją stać.

– Nie, Obeliksie. Ty nie masz teraz niczego do załatwienia – powiedziała cichym, choć stanowczym głosem.

Zatrzymał się, nie odwracając wzroku.

– Czego chcesz?

Livia zawahała się i zbliżyła się do niego z lekka nerwowo.

– Chcę, żebyś wiedział, że nadal jesteś dla mnie bardzo ważny i… i nie chcę, żebyś się ode mnie odcinał. – Jej głos zadrżał. – Wiedz, że zawsze możesz na mnie liczyć. Chcę być blisko ciebie… Nawet w tych trudnych chwilach.

Obelix poczuł ucisk w gardle, gdy Livia z niezwykłą delikatnością dotknęła jego ramienia. Spojrzał jej w oczy raz jeszcze. Dostrzegł w nich wyraźne wycieńczenie.

– Livio, jesteś… jesteś dobra… – odparł, odruchowo kręcąc głową. – …za dobra. Proszę, zajmij się sobą i swoim zdrowiem. – Zdjął jej dłoń ze swojego ramienia.

– Obelix… – Livia chwyciła go za rękę, ale on odsunął się od niej.

– Daj spokój – raz jeszcze odwrócił się w jej stronę, siląc się na stanowczość. – Wiedz jedno. Wcale mnie nie cieszy twoja litość.

Po tych słowach zaczął oddalać się zdecydowanym krokiem.

Livia została, patrząc za nim.

– A więc dobrze… – pomyślała. – Nie będę się już nad tobą litowała, jeśli tego nie chcesz. Ale będę cię dalej kochać. I tego nie powstrzymasz w żaden sposób…

Odwróciła się i powoli wróciła do biesiadników. Gdy z powrotem zajęła swoje miejsce, Asterix dostrzegł jej przytłoczenie.

– Co z Obeliksem? – spytał.

– Poszedł sobie – odparła cicho, patrząc przed siebie mętnym wzrokiem.

Asterix, mimo że rozumiał rozterki przyjaciela, poczuł, jak ogarnia go irytacja. Że też nie był na tyle uprzejmy, by się chociaż pożegnać…

Ferrix, który siedział kilka miejsc dalej, skinął do Livii, dając do zrozumienia, że chce z nią pomówić. Wstała i podeszła do niego podeszła do niego od tyłu, a on odwrócił się, by spojrzeć jej prosto w oczy. Nachyliła się nieco, nadstawiając słuch.

– Nie wiem, co tam mu siedzi we łbie… – zaczął ochryple.

– …W czyim? – Livia w pierwszej chwili była zdezorientowana.

– We łbie Obeliksa, a co? – odparł gwałtowniej. – Widzę, jak cię traktuje. Nie zasłużyłaś na to.

Livia jednak nie chciała brać do siebie jego słów.

– Obelix po prostu trochę się ostatnio pogubił. Widzę, że najzwyczajniej mu ciężko…

– Chyba się bardzo pogubił! – dało się usłyszeć w jego głosie rozjuszenie. – Nie zgadzam się, by tak z tobą postępował. To haniebne. – Zatrzymał się na ułamek sekundy i powtórzył dobitniej. – Haniebne!

Livia przełknęła nerwowo ślinę. Mówił tak stanowczo i autorytatywnie, że nie miała śmiałości wejść mu w słowo.

– Nie ma na to usprawiedliwienia. Tragedia może przydarzyć się każdemu – kontynuował. – Spójrz na mnie…

Panoramix, który siedział obok, usłyszał przypadkiem kilka słów, które zdradziły temat rozmowy.

– Ferriksie – zwrócił się doń z powagą. – Znam Obeliksa od dziecka. Zawsze był przeczulony na swoim punkcie, ale nie ma to nic wspólnego ze świadomą złośliwością.

Ferrix gwałtownie odwrócił się do druida, wbijając w niego wzrok.

– Ale Panoramiksie, ja temu nie zaprzeczam! Jednak wiem z autopsji, że niezwracanie dostatecznej uwagi na cudze uczucia niszczy powoli wszystko.

Livia spojrzała na niego pytająco, przepraszając kilkoro osób, by móc się do niego dosiąść. Ferrix skierował na nią wzrok, który nagle zrobił się słabszy.

– Balbina, ja po prostu brzydzę się takim traktowaniem kobiet, bo… Wiem, do czego doprowadziły moje własne błędy. – Jego głos złagodniał. Spuścił wzrok, zaciskając szczękę. – Kiedy otrzeźwiałem, było już za późno. – Ściszył głos jeszcze bardziej. – Pewnie o tym nie wiesz, ale swego czasu założyłem rodzinę. Dwójka dzieciaczków i urocza towarzyszka życia… – Machnął ręką. – Nie chcę wchodzić w szczegóły. A teraz… teraz jak tylko opuszczę Panoramiksa, wracam do swojej wioski, by ich szukać… – Głos mu drgnął, ale twarz pozostała kamienna. – …nawet jeśli nie wiem, czy jeszcze żyją. Rzymianie zrobili tyle zamieszania… – Odwrócił wzrok.

Livia z ciężkim sercem próbowała pojąć jego ból. Zupełnie nie wiedziała, co powinna mu w tej sytuacji powiedzieć.

– Ferriksie, ja nigdy bym nie przypuszczała, przez co ty przechodzisz… – Zawahała się, nie mogąc skupić wzroku. – Oby się znaleźli cali i zdrowi…

Ferrix jednak odparł zdecydowanym głosem.

– Balbina, jakkolwiek próbowałabyś mnie teraz podnieść na duchu, to niczego nie zmieni. Odpuść sobie główkowanie. Miło mi w twoim towarzystwie i tego się trzymajmy. Wiedz tylko, że nie chcę, byś musiała przeżywać to samo, co moja Kordelia. – Po tych słowach spojrzał na nią raz jeszcze i uśmiechnął się z trudem.

Wtem rozległ się entuzjastyczny okrzyk kobiety zmierzającej w kierunku biesiadników.

– Tragikomix i Falbala mają córkę! Śliczną, zdrową córeczkę!

Wszyscy jak jeden mąż wznieśli wiwaty. Biesiada od razu nabrała weselszej atmosfery. Wkrótce wielu Galów zaczęło pląsać wokół ogniska do rytmu grzmiących bębnów i dźwięku piszczałek w tle.

Livia jednak czuła się z każdą chwilą słabiej i w miarę upływu czasu doskwierało jej coraz większe przybicie. Zanim biesiada dobiegła końca, postanowiła opuścić ją wcześniej niż pozostali. Pożegnała się i poszła, mając nadzieję, że Aira już wróciła.

Na ostatniej prostej jej krok zaczął już się chwiać, a kaszel i ucisk w klatce piersiowej zaczęły pomału powracać. Wszystko wskazywało na to, że kończyło się działanie specyfiku od druida. Livia zdała sobie sprawę z tego, iż nie jest już w stanie uciekać przed własnymi ograniczeniami, które stawały się coraz bardziej odczuwalne. Coś głęboko w niej chciało walczyć dalej, ale było to zbyt bolesne, przynajmniej na tę chwilę. Teraz miała zamiar zostać w łóżku na dłużej. A Obelix? Zapewne nawet do niej nie przyjdzie. Nawet o nią nie zapyta… Miała teraz tylko Airę. Poczciwą, starą Airę.

Kiedy weszła, zauważyła, że Aira zdążyła już wrócić. Biedna staruszka spała twardo w swej izbie. Musiała być potwornie zmęczona po nieprzespanej nocy.

Livia postanowiła działać po cichu. Zażyła lek i przygotowała się do snu. Gdy się położyła, jej ciało ogarnęły drgawki, a z jej oczu popłynęły łzy.

Aira, którą jeszcze niedawno zmorzył sen, powoli zaczęła się budzić, słysząc przez ścianę westchnienia i pociąganie nosem, przerywane charczącym kasłaniem. Poród Falbali był żmudny i wyczerpujący, choć ostatecznie wszystko zakończyło się pomyślnie. Potrzebowała odespać tę noc, ale odgłosy, które teraz słyszała, poruszyły ją. Z trudem uniosła swoje ciało. Zajrzała do Livii. Dziewczyna leżąca na posłaniu uniosła lekko głowę, kierując na nią swój wzrok.

– Och, Airo… – powiedziała przez łzy. – Przepraszam, nie chciałam cię obudzić.

– To nic – rzekła łagodnie, siadając na krawędzi posłania. – Widzę, że cierpisz.

Livia uniosła się, siadając, po czym oparła głowę pod brodą Airy, wtulając się w jej szyję i płacząc. Aira przytuliła ją do siebie, głaszcząc po włosach.

– Próbowałam… Naprawdę próbowałam… Ale on mnie nie chce. Myśli, że okazuję mu tylko litość, ale ja… – urwała, dławiąc się kaszlem i łzami.

– Ciii… – szepnęła Aira. – Posłuchaj mnie. Nie możesz okazywać mu współczucia. Dla niego to znak, że uważasz go za przegranego. Przypomina mu to o porażce – wyjaśniła spokojnie.

– T… tak – wydusiła z siebie Livia. – Powiedział mi, że nie cieszy go moja litość, po czym odszedł.

Aira zaczęła jednak stopniowo się wyciszać, a sen znów pomału zaczynał ją morzyć. Zanim jednak odpłynęła, powiedziała cicho, choć stanowczo:

– Nie wolno ci myśleć, że Obelix już cię nie kocha – powiedziała, głaszcząc cały czas Livię po głowie spoczywającej na jej kolanach. – On cię kocha – powtórzyła ciszej. Jej głos był już wyraźnie słabszy.

Livia poczuła, że zaczyna pomału się uspokajać. Jej słowa działały na nią kojąco. Przymknęła oczy, z których spływały jeszcze resztki łez, chłonąc dalej z nadzieją cichnące, powtarzane jak mantrę słowa: „Obelix cię kocha…”.

W końcu zasnęła. Chwilę później i Aira zamknęła oczy, opierając głowę o ścianę.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania