Serce Wielkiego Gala (Asterix&Obelix) - Rozdział 9: Święto Wiosny

Gatunek: Fanfiction / Romans / Komedia / Dramat Psychologiczny / Przygoda

Zdemaskowana, młoda konspiratorka działająca przeciw Imperium Rzymskiemu przybywa do wioski Galów bez domu i niemal bez poczucia własnej tożsamości.

Obelix natomiast zawsze był pewien swojego miejsca w wiosce: być silnym, użytecznym i chronić tych, na których mu zależy. Ale co, jeśli pewnego dnia także ta pewność się rozsypie? Co jeśli ma już do stracenia więcej niż sam sobie zdaje sprawę?

Trochę poważniejsze spojrzenie na uniwersum Asteriksa - z przygodą, romansem, wzruszeniem i humorem, który nadal pozostaje częścią galijskiego życia.

 

Rozdział 9 - Święto Wiosny

 

– Nie martw się, Airo. Myślę, że nie będzie nas już więcej nachodził – rzekła Livia, podchodząc do przerażonej staruszki i kładąc rękę na jej ramieniu.

Aira, odkąd Maurix opuścił jej dom, wciąż siedziała czujnie przy drzwiach. Kiedy poczuła troskliwy dotyk swojej młodej przyjaciółki, wydawała się odczuwać ulgę. Opierając się o drobne, acz silne barki, które Livia jej zaoferowała, uniosła się z zydla, po czym poklepała ją lekko po plecach.

– Moja droga. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że już go tu nie ma. Proszę, idź już spać. Zrobiło się późno, a wiem, że z rana macie wykańczać stroje dla wodza.

– Oczywiście, tylko przygotuję jeszcze dla ciebie trochę naparu z głogu. Dobrze ci zrobi.

Aira, wzruszona troskliwością Livii, lecz wciąż nieco zaniepokojona, rzekła:

– Moja kochana. Chcę tylko, żebyś uważała na siebie. Mam przeczucie, że Maurix jest zdolny dokonać znacznie więcej, niż myślisz. Zwłaszcza gdy coś poszło zupełnie nie po jego myśli. To właśnie ten typ człowieka – przewrażliwiony na swoim punkcie i nieznoszący porażek.

– Nie boję się go – odparła Livia, starając się brzmieć przekonująco.

Aira spojrzała na nią przenikliwie, złapała ją za ramię i zacisnęła dłoń gwałtownie i niezbyt umiejętnie, jak to bywa u starszych osób. Jej palce zadrżały.

– Na bogów, Livio, nie próbuj za wszelką cenę udowadniać, że jesteś odważna! – Jej głos zadrżał.

– Ale… Co mogłoby się stać? Teraz mam tylu dobrych ludzi wokół siebie…

– No właśnie… – westchnęła głęboko. Przez moment patrzyła na Livię, zaciskając pomarszczone usta. – Staraj się w miarę możliwości trzymać się blisko Asteriksa i… i Obeliksa też – dodała pewnie. – Oni zawsze bezinteresownie dbali o bezpieczeństwo nas wszystkich. Możesz im ufać.

– Oczywiście. – Uśmiechnęła się Livia.

Jednak staruszka wciąż patrzyła na nią z niepokojem w oczach.

– Proszę, nie chodź do warsztatu przez główny dziedziniec wioski. Nie chodź sama tam, gdzie rzadziej spotyka się naszych mieszkańców – powiedziała stanowczo.

Livia ścisnęła jej serdecznie dłoń, czując jej troskliwość.

– Jak chcesz – rzekła spokojnie, po czym udała się do spiżarni po zapasy suszonego głogu.

 

***

 

W warsztacie oczekiwano Asparanoiksa, który miał pierwszy raz założyć nowy komplet przewidziany na obchody ku czci wiosny. Nie było już czasu na poprawki. Świętowanie zaplanowane było już na następny dzień.

Gdy tylko wódz przybył na miejsce, został powitany z wielkim uznaniem i szacunkiem przez całą żeńską załogę.

– Wodzu, mamy nadzieję, że ten strój będzie nie tylko wygodny, ale będzie też prezentował się na tobie należycie dostojnie – powiedziała Livia, wręczając mu elegancko złożone odzienie.

Asparanoix, który początkowo podchodził z rezerwą do wprowadzanych zmian, ostatecznie okazał się bardzo zadowolony z nowego odzienia. Rzeczywiście wyglądał wyjątkowo wystawnie, przechadzając się dumnie po dywanie z niedźwiedziej skóry i okręcając zamaszyście ciemnozieloną peleryną. Dodatkowo była powyszywana jasnymi, gałązkowymi wzorami. Faktycznie imponująco korespondowało to z brudnołososiową tuniką, brązową przepaską – również zdobioną haftem – i spodniami w odcieniach przygaszonej fuksji. Jednocześnie, ku uldze wszystkich, Asparanoix w nowym stroju był swobodny w każdym ruchu.

– Mamy tu nową, galijską profesjonalistkę! – zawołał, pełen uznania dla Livii. – A taka kolorystyczna wirtuozeria to też twój pomysł?

– Po części. – Uśmiechnęła się w kierunku Edany, która akurat zgarniała ze stołka odpadki po materiałach. – Edana też miała w tym swój udział.

Edana spojrzała w ich stronę z ironiczną powagą.

– Edana jest bardzo skromna! – zaczęła Nessa, która akurat stała w pobliżu. – To wyszywanie na pelerynie i przepasce to także jest jej zasługa. No, Edana, uśmiechnij się w końcu!

– Wykonałam coś, co wykonuję od zawsze. Stary, dobry sposób, który i tak zawsze się sprawdzał – odparła, a po chwili lekko uniosła kąciki ust. – Mogę z tego powodu skakać pod sufit, aż uderzę głową.

Powiedziała to z tak wyważoną beznamiętnością, że cała reszta nie mogła powstrzymać się od uśmiechu.

Kiedy po zakończonej pracy kobiety zaczęły szykować się do opuszczenia zakładu, Livia wyszła jako pierwsza – żwawa i pogodna. Zaplanowała z Airą obsadzanie pierwszych wiosennych grządek.

Gdy przeszła przez próg, wychodząc na wąską alejkę, dostrzegła Obeliksa, który wyglądał na nieco zagubionego, choć widać było, jak próbuje zebrać w sobie jakąś siłę.

– No już, Obeliksie, odwagi – usłyszała cichy, choć zdecydowany szept gdzieś w głębi zaułka.

Obelix stał jeszcze chwilę i spojrzał niepewnie w stronę Livii, która od razu pomachała mu z promiennym i ciepłym uśmiechem. Odwzajemnił uśmiech, choć w jego oczach malował się strach połączony z nadzieją. Zaczął powoli zbliżać się w jej kierunku, chowając ramiona za plecami. Livia także ruszyła w jego stronę, aż w końcu, nie spuszczając z siebie wzroku, stanęli blisko siebie.

– Obeliksie, jak wspaniale cię widzieć – powiedziała z czułością w głosie, kładąc mu delikatnie dłoń na barku.

Obelix, nieco onieśmielony, powiercił się chwilę, po czym wyciągnął ręce zza pleców. W palcach lewej dłoni trzymał mały bukiecik pierwiosnków.

– Livio, to dla ciebie. Żebyś zawsze yyy… widziała… To znaczy na znak naszej… Na znak mojej… – Na chwilę się zatrzymał, próbując znaleźć nieco nerwowo słowa. – Żeby okazać ci moją szczerą sympatię, noo… do ciebie, bo… Jesteś taka miła… Mądra, śliczna… – zaciął się, wypowiedziawszy te słowa.

Zagryzł mocno wargi, a na jego czole pojawiły się drobinki potu.

W tym momencie cały świat się dla Livii zatrzymał. Przyjęła ten skromny bukiet z przejęciem, jakby widziała najcenniejszy skarb. Następnie wspięła się na palce, by ująć głowę Obeliksa. Przyciągnęła ją delikatnie i złożyła mu pocałunek na czole. Niewylewnie, krótko, ale z czułością.

– I ja odwzajemniam twoją sympatię, Obeliksie. Od samego początku – szepnęła.

– O… Ojej… – wyjąkał, zarumieniwszy się jak pomidor i kładąc dłoń na swoim czole, gdy już Livia odsunęła swoją twarz.

Pozostałe kobiety, które zaraz po Livii zaczęły w większych grupach opuszczać zakład, zauważyły tę scenę. Wykazywały różne reakcje. Większość z nich z entuzjazmem patrzyła, jak oczarowany Livią Obelix w uroczy i nieco zabawny sposób próbuje odnaleźć się w tej romantycznej sytuacji, zaś inne okazywały zmieszanie i konsternację.

 

***

 

– I co, Obeliksie? Zgodziła się? – spytał Asterix, który zastał przyjaciela z powrotem za rogiem alejki.

– Przyjęła ode mnie te kwiatki… – zaczął Obelix niepewnie, wiercąc się. – Chyba uznała, że są ładne.

– Nie o to pytam! Czy udało ci się z nią umówić na wspólny wieczór we dwoje?

– Eee… No ja… – Obelix westchnął i spuścił głowę.

– Na bogów, kiedy ty w końcu się pozbierasz? Ile można się przełamywać? Wiedziałeś przecież, co robić. Nie mogę uwierzyć, że taki wielki chłop, a zachowuje się jak małe, zastraszone szczenię!

– Asteriksie, ja naprawdę próbowałem! – zaczął tłumaczyć się już z lekką irytacją. – Ale potem zobaczyłem te wszystkie koleżanki wokół, które tak dziwnie na mnie patrzyły, i uznałem, że coś… coś znowu jest nie tak…

– Wszystko szło przecież dokładnie tak, jak trzeba! Widziałem, jak patrzyła ci w oczy. Okazja była idealna, a ty jak zwykle koncentrowałeś się nie na tym, co trzeba!

– Jak zwykle? Jak zwykle?! Nie wmawiaj mi teraz, że nie potrafię się skoncentrować! Kto zawsze dostrzega ostatnich przytomnych Rzymian próbujących się wymknąć po bitwie? Kto zawsze pierwszy zauważa dzika w lesie? Kto zawsze idealnie czuje linię kamienia, zanim wyciosa…

– A ty oczywiście zawsze tylko o jednym. O jedzeniu i menhirach! Ile można tego słuchać?!

Asteriksa kusiło, aby wypowiedzieć jeszcze jakiś przytyk, wplatając w to wzmiankę o Livii, by jego przytyk mocniej wybrzmiał. Sumienie ostatecznie powstrzymało go.

– Niech ci się nie wydaje, że każdego to fascynuje. Nawet ci najbardziej wyrozumiali stracą kiedyś cierpliwość – dodał, zostawiając temat Livii w spokoju.

– No, a pan Asterix oczywiście wie najlepiej, co każdego fascynuje!

I tak już kolejny raz kłócili się z zapałem, aż w końcu każdy z nich poszedł obrażony w swoją stronę.

 

***

Nadszedł w końcu czas na jedne z najbardziej radosnych obchodów w Galii – święto ku czci płodności i odrodzenia natury. Wioskę przyozdabiały wiszące wieńce kwiatów, kolorowe wstęgi i sztandary, a stoły z jedzeniem uginały się pod ciężarem rozmaitych potraw i wypieków. W centrum przygotowano wielkie ognisko. Na dziedzińcu zebrały się tłumy. Do osady zjechało się mnóstwo mieszkańców sąsiednich i bardziej odległych wiosek, którzy mimo rzymskiej okupacji wciąż pragnęli doświadczyć uroków starej, galijskiej kultury, która zgodnie z założeniami Rzymian miała odchodzić w zapomnienie.

Grupy świętujących Galów tańczyły i śpiewały ku czci Matki Ziemi oraz bóstw rolnictwa i urodzaju. Część z nich paradowała w nawiązujących do święta kolorowych przebraniach, a dzieci biegały wesoło z kolorowymi wiankami na głowach.

Livia stała pod jednym z kilku wysokich, kolorowych sztandarów, razem z Nessą i dwiema innymi znajomymi po fachu, trzymając długą szarfę o połyskującej bieli. Miała na sobie lekką sukienkę w kolorze jasnej wierzby, przyozdobioną kwiatami, a jej włosy splecione były w dwa blond warkocze. Nawet Aira przybyła o swej lasce, trzymając się na uboczu razem z Panoramiksem.

Tłum był tak duży, że wódz Asparanoix, ubrany w swój nowy, ceremonialny strój, nie mógł przedrzeć się na centralny podest, aby wygłosić tradycyjną mowę przed procesją. Asystujący mu siostrzeniec Goudurix – chudy i nieco fajtłapowaty młodzieniec – starał się uciszyć tłum i zrobić przejście. Skakał, machał rękami i krzyczał:

– Ludzie, ludzie, dajcie przejść! Wódz chce przemówić!

Jednak każdy był tak przejęty świętowaniem, że nikt nie zwrócił na niego uwagi. Dzwony dźwięczały, bębny brzmiały, a śmiechy odbijały się od ścian domostw. Asparanoix, poczerwieniały z frustracji, również próbował przedostać się przez tłum, ale z każdą chwilą sytuacja stawała się coraz bardziej beznadziejna. W końcu Asparanoix podszedł do Gouduriksa i powiedział:

– Nie mamy wyjścia… Musimy zaangażować Kakofoniksa.

Goudurix zbladł na samo wspomnienie lokalnego barda, którego śpiew potrafił przyprawić o ostry ból głowy.

Kakofonix jak zwykle był w swoim rogu wioski, przygotowując się na muzyczną „ucztę”. Gdy usłyszał, że jest potrzebny, podskoczył z radości i szybko chwycił swoją lirę, gotowy wystąpić przed publicznością.

– Potrzebujecie mnie? – spytał z ekscytacją, podbiegając do wodza. – Oczywiście, że mogę wystąpić! Tylko dajcie mi chwilkę, żeby dobrze się nastroić!

Asparanoix poklepał go po ramieniu, choć nie bez obaw.

Tymczasem Asterix przedostał się w końcu przez tłum do Obeliksa, który siedział nieco skołowany i podjadał wędzonego zająca „na przystawkę”.

– Nie przeszkadzam? – spytał Asterix Obeliksa, który spojrzał tylko na niego spod byka, przeżuwając konkretny kęs mięsa, wyraźnie wciąż trochę obrażony.

Asterix przysiadł się do niego, podpierając się łokciami o stół i spleciwszy palce, zastanowił się chwilę, jak najlepiej dobrać słowa na początek.

– Wiesz, Obeliksie… Przemyślałem trochę to, co wczoraj zaszło, przede wszystkim między nami. Chyba nie było to sprawiedliwe z mojej strony, żeby oceniać cię tak surowo… Wiedz, że doceniam to, jak się starasz coraz lepiej zapanować nad tremą, i wiem, ile cię to kosztuje.

Obelix przełknął resztę jedzenia i odparł:

– Asteriksie, Livia i ja lubimy się i nie widzę powodu, żebym miał być w jej towarzystwie stremowany… – powiedział z nieco infantylną stanowczością, po czym zastanowił się chwilę. – Nie chciałem tylko przypadkiem zaszkodzić naszej przyjaźni.

Asterix uśmiechnął się pod nosem. Znali się z Obeliksem jak łyse konie.

– Wiesz, co ja myślę? Że Livia mogłaby się ucieszyć, gdybyś zrobił coś, co potencjalnie mogłoby zaszkodzić waszej przyjaźni – skomentował, kładąc ramię na oparciu biesiadnej ławy.

– Znaczy, że myślisz, że ona nie chciałaby się ze mną przyjaźnić?

– Nie, głuptasie! Wręcz przeciwnie! Ucieszyłaby się, gdybyś zrobił coś, co w rzeczywistości przerodziłoby waszą relację w coś poważniejszego.

Obelix podrapał się po głowie, analizując słowa Asteriksa, i po chwili oparł się o stół, zapominając o swoim zającu. Asterix zmienił ton:

– W każdym razie przepraszam cię za moje wczorajsze słowa. Między nami zgoda? – wyciągnął do niego rękę.

– Zgoda. – Obelix chwycił go za rękę i potrząsnął nią ostrożnie, uśmiechając się pod rudym wąsem. – Ja też nie powinienem był mówić pewnych rzeczy, ale bardzo się wtedy zezłościłem.

Ledwie powiedział te słowa, a z centralnego podestu placu wioski rozległ się nieprzyjemnie piskliwy okrzyk:

– Moi drodzy! – krzyknął Kakofonix, uderzając w struny swojej liry. – Przedstawiam wam mój najnowszy utwór, który napełni wasze serca radością wiosennej atmosfery! – wygłosił uroczyście. – Posłuchajcie tylko!

Chwila skupienia i…

„Kzzzzik! Aaaoooo!”

Pierwsze dźwięki śpiewu Kakofoniksa przeniosły się nad tłum niczym niespodziewany grzmot. Głośne, przeciągłe nuty wypełniły całą otwartą przestrzeń, a wieśniacy zaczęli nerwowo przestępować z nogi na nogę. Niektórzy zaciskali dłonie na uszach, a inni patrzyli z konsternacją. Po chwili stało się to nie do wytrzymania dla każdego. Livia, która podtrzymywała wysoki, kwiecisty sztandar, przycisnęła prawe ucho do prawego barku, zaś lewe ucho przyłożyła do ucha Nessy, mocno napierając i przygryzając dolną wargę. Nessa z kolei zacisnęła mocno powieki i usta, stojąc nieruchomo i spinając całe ciało. Dzieci przestały dokazywać, niektóre miały łzy w oczach. Nawet Idefix, który dotąd biegał radośnie wokół stołów biesiadnych, nagle zwinął się w kulkę z napuszoną sierścią.

– Wystarczy! – dało się usłyszeć głos wodza, który ledwo przedostał się przez muzykę wiejskiego barda.

Kiedy Kakofonix skończył swoją „melodię”, cisza zapadła nad wioską, a wtedy Asparanoix wkroczył na podest, dumnie podnosząc rękę, i przemówił:

– Moi drodzy, zebraliśmy się tu, by wspólnie świętować wiosnę, czas odnowy i nadziei. Ku chwale bóstw urodzaju i płodności oraz całej naszej osady i jej mieszkańców, niech rozpocznie się procesja!

Kakofonix ukłonił się nisko, przekonany, że jego „muzyka” uświetniła tę uroczystą chwilę, a wszyscy zebrani jak jeden mąż odetchnęli z ulgą. Asterix szepnął Obeliksowi na ucho:

– Czasem zastanawiam się, jak to jest, że nawet Kakofonix może mieć swoje użyteczne chwile.

Obelix wzruszył ramionami i odparł:

– Może kiedyś się do niego przyzwyczaję, ale nie dziś.

Procesja ruszyła. Nie ustawały dźwięki bębnów i tłumnych śpiewów na cześć bóstw Epony i Taranisa. Wielu wśród wiwatujących paradowało w kolorowych i kwiecistych przebraniach, zaś niektórzy uzupełniali swoje kreacje o maski i rogi nawiązujące do Cernunnosa – boga przyrody. Kobiety wymachiwały kolorowymi szarfami, a dzieci wyrzucały płatki różnokolorowych kwiatów wysoko w górę.

Asterix z Obeliksem kroczyli brzegiem tłumu, wtórując od czasu do czasu śpiewom, zwłaszcza tradycyjnym pieśniom ludowym, które wiązały się z pewną sekwencją gestów wykonywanych przez śpiewających z niemal perfekcyjnym wyczuciem czasu.

Wtem Asterix zwrócił uwagę na dwóch przebierańców, którzy wyróżniali się na tle całej reszty.

– Hej, spójrz tylko na tych typków z papierowymi rogami i pomarańczowymi pelerynami. Obeliksie, co ty sądzisz na ich temat? – spytał, szturchając go w ramię, ale w jego głosie dało się usłyszeć podejrzliwość.

Obelix skierował wzrok za palcem Asteriksa. Owi przebierańcy zdawali się niewiele rozumieć z tego, co działo się na obchodach. W trakcie śpiewów próbowali dostosować się do szeregu gestów i zawołań, które cała reszta rytmicznie wykonywała, ale wypadali przy tym komicznie – nie dość, że spóźniali się z ruchem i okrzykiem, to jeszcze zupełnie mylili układ. W dodatku wydawali się nawzajem nerwowo pouczać. Jeden z nich od czasu do czasu zbierał z ziemi kwiaty, by je podrzucić tak, jak robiły to dzieci. Każdy jednak wiedział, że ze strony dorosłego to wygłup. W końcu został dyskretnie skarcony przez swego towarzysza.

– Co ja sądzę? – Zastanowił się chwilę Obelix, spoglądając badawczo w ich stronę. – Zapewne jacyś nowi. Dobrze, że chcą się asymilować, ale powinni trochę się douczyć. – Chwilę jeszcze popatrzył w ich stronę, po czym skierował wzrok na Asteriksa, który wciąż zdawał się oczekiwać dalszych dedukcji z jego strony. Obelix zrobił grymas. – Ci migranci ewidentnie nie mają bladego pojęcia o naszej kulturze – skwitował.

– Coś mi tu nie gra, Obeliksie – powiedział Asterix, marszcząc czoło. – Chyba porozmawiam o tym z Panoramiksem. Ty lepiej miej na nich oko.

Kiedy Asterix ruszył w stronę Panoramiksa, który kroczył wraz z Airą na tyłach procesji, Obelix posłusznie obserwował dwóch dziwolągów, do czasu, gdy zaczęli coraz bardziej znikać w tłumie. Ruszył zatem szybciej przed siebie, przeciskając się między ludźmi, ale wtem dwóch starszych uczestników procesji, między których Obelix próbował wejść, odwróciło się z ogromną konsternacją.

– Hej, panie! Nie masz pan wstydu?! – skarcił go słownie jeden z nich.

– To bezczelność! – zawołał drugi ochrypłym głosem. – Ktoś o takich rozmiarach próbuje wpychać się na siłę przed starszych! Już ja zadbam, żeby wódz się o tym dowiedział!

Obelix stał przez dłuższą chwilę skrępowany, a potem rozejrzał się. Dwóch przebierańców zdążyło już całkowicie zniknąć z jego pola widzenia.

Asterix dotarł już na tył procesji.

– Panoramiksie, czy wiadomo ci może o tym, czy ktoś nowy ostatnio przybył do naszej osady? Lub do jednej z tych sąsiednich?

– Hmmm… – zastanowił się druid, gładząc siwą brodę. – Na pewno jest u nas Livia od jakichś dwóch tygodni. Jest jeszcze Ferrix i z tego, co kojarzę, od kilku miesięcy mieszka tu również Maurix.

– I nikt więcej ci się nie przypomina?

– Raczej nie, Asteriksie.

– A widziałeś tych dwóch typków z rogami i pomarańczowymi pelerynami? Zdaje się, że zupełnie nie rozumieją zasad naszych tradycji.

– Asteriksie – zaczął Panoramix nieco defensywnie. – Jak ja mógłbym spamiętać każdego w takim tłumie?

Jednak Asterix głośno rozmyślał:

– Livia na pewno nie może być jednym z nich… Ferrix… leży chory, a Maurix… chyba już powinien nieco lepiej się orientować… – Nagle zmienił ton, podnosząc głos. – Panoramiksie, jeśli ci dwaj się tylko nie wygłupiali, ktoś musiał nielegalnie wedrzeć się do naszej osady!

Wtem włączyła się Aira, która pobladła, rozchylając szeroko pomarszczone powieki.

– Panoramiksie, a jeśli to prawda? Asterix jest poważnie przejęty, więc coś faktycznie jest na rzeczy! Co, jeśli komuś grozi niebezpieczeństwo?

Wzrok Panoramiksa nabrał powagi. Skierował wzrok to na Airę, to na Asteriksa.

– Airo, Asteriksie, trzeba zatem czym prędzej ostrzec jak najwięcej osób. My zostaniemy tu, z tyłu. Ty idź naprzód! – powiedział stanowczo.

Asterix przyśpieszył kroku, ostrzegając coraz to kolejnych świętujących przed rogaczami w pomarańczowych pelerynach.

 

***

 

Parada wydawała się trwać w najlepsze, wesoło i beztrosko. Pod sztandarem, który niosła wraz z innymi Livia, kobiety pogodnie toczyły rozmowy. No, może poza Edaną, która od początku nie była szczególnie chętna do paradowania pod sztandarem, ale zastępowała Nessę, kiedy ta wymknęła się na parę chwil.

– Nie rozumiem, jak można poważnie traktować takie rzeczy – mówiła Edana. – Facet, który gada do ptaków… A ptaki przepowiadają przyszłość… Cóż za infantylizm!

– Być może jest to infantylne – odparła Livia. – Ale myślę, że przede wszystkim chodzi tu o wesołą zabawę.

– Zabawa dla głupich i tyle – odburknęła Edana.

Wtem Nessa dopchała się z powrotem pod sztandar, rozpierana przez radosny wigor.

– Już jestem! Dziękuję, Edano, za przysługę. – Była wyjątkowo podekscytowana, nawet jak na kogoś takiego jak ona. – Właśnie dowiedziałam się, czym są ptasie wróżby! Dziś w ramach uroczystości prowadzi to taki przemiły pan!

– I co? Ptaszki obiecały ci bogatego męża? A może od razu dwóch naraz? – spytała Edana ironicznie.

– Ależ nie, Edano! Wyobraź sobie, że dorobię się dzięki eksportowi wełny, gdy sytuacja w całej Galii się unormuje, i zostanę filantropką! Czy to nie wspaniałe?

– I co? Wykupisz od Rzymian część wiosek, które przejęli? – dopytywała Edana, unosząc brwi.

– Nie wiem, czy to aż tak realne… Ale założę się, że nigdy się z czymś takim nie spotkałyście. To takie fascynujące! – mówiła, podskakując. – Gdy oddaliłam się z przewodnikiem w kierunku lasu, kazał mi nasłuchiwać odgłosów ptaków. Pierwszy ptaszek, którego śpiew rzucił mi się w uszy, miał wyśpiewywać mi moją przyszłość, którą ten pan tłumaczył. Ale jak on zna się na rzeczy i dokładnie wszystko wyjaśnia! W każdym razie mi przepowiadała sikorka.

– A mi kiedyś przepowiadały gołębie – wtrąciła Edana. – Że jak nie nałożę jakiegoś zabezpieczenia na suszące się tuniki, to mi nagrzmocą szarym złotem. Sprawdziło się.

– Oj, Edano, to zupełnie nie tak! – tłumaczyła Nessa. – Tu trzeba się naprawdę znać na języku natury. Nie od razu każdy ptak do ciebie przemawia.

– Być może nie należy traktować tego bardzo poważnie… – zaczęła Livia. – Ale ciekawa jestem, który ptak mógłby okazać się moim szczęśliwym ptakiem.

Jakiś pogodny człowiek w masce zbliżył się pod sztandar.

– A, jest pan! – zawołała Nessa. – Koleżanka również jest zainteresowana ptasią wróżbą. Mówiłam, jak wspaniale pan to wszystko wyjaśnia.

– A więc zapraszam panienkę na niezapomnianą podróż! – powiedział, skłoniwszy się i wyciągając do Livii rękę.

– Tylko uważaj na pianie koguta. To nigdy nie wróży niczego dobrego – rzuciła ponuro Edana.

– Przecież to tylko zabawa – zaśmiała się Livia i ruszyła z tajemniczym zaklinaczem ptaków.

Kiedy coraz bardziej oddalali się od procesji, nieznajomy zaczął wstępne wyjaśnienia:

– Musimy wejść bardziej w głąb lasu, by lepiej móc skupić się na śpiewach. Powiem panience, kiedy może już nasłuchiwać. Ale nie każdy ptak na początku może mieć ochotę nawiązać z tobą rozmowę. Trzeba go zachęcić odpowiednim ćwierkaniem, które oznacza przyjaźń. Ale nie teraz. Za chwilę wszystko pokażę.

Livia przytaknęła. Była trochę zaintrygowana, ale po kilku chwilach nasłuchiwania, kiedy to wciąż żaden ptak nie chciał wybić się swoim śpiewem na tle pozostałego świergotu, zaczęła niecierpliwie wzdychać. Wtem dostrzegła innego mężczyznę, odzianego w bardzo podobny sposób jak jej towarzysz. Pomachał do niego przyjaźnie, po czym rzekł do Livii:

– Pomoże nam tym razem mój dobry przyjaciel, który jest znakomitym medium. Wiedziała panienka, że ptaki mogą nosić w sobie dusze dawniej żyjących czarodziejów?

– Nie, pierwszy raz o tym słyszę – odparła Livia, którą zaczął nachodzić jakiś niewyjaśniony niepokój. – Sądziłam, że to tylko zabawa. Nie byłam gotowa na jakieś magiczne rytuały.

– Zobaczysz, co to są za rytuały. Mamy szczęście, że mój przyjaciel tutaj się znalazł. Pójdziemy z nim jeszcze trochę dalej. Wtedy będziesz nasłuchiwać. Zobaczysz, przeżyjesz coś wspaniałego. Nie będziesz żałować. Widziałaś, jak twoja koleżanka była podekscytowana? Ty będziesz jeszcze bardziej!

Livia zaczęła poznawać znajome okolice. Nieopodal znajdowała się chatka Panoramiksa, który – jak na druida przystało – mieszkał na leśnych obrzeżach wioski. Kiedy już zbliżyli się do przebierańca, Livia odruchowo obejrzała się za siebie. Była już bardzo daleko od procesji. Poczuła dziwny chłód.

– Mili panowie – zaczęła, a jej głos lekko zadrżał. – Zdaje mi się, że jednak wolałabym już wrócić na procesję. Nie sądziłam, że zajdziemy tak daleko. – Zatrzymała się instynktownie, odmawiając dalszej wycieczki.

– Ależ panienko! Nie możemy się teraz wycofać! Spójrz! On już wchodzi w trans! – Wskazał na swojego przyjaciela. – Nie wolno mu tego tak nagle przerwać – uprzedził, chwyciwszy Livię za ramię i łagodnym, choć zdecydowanym ruchem przyciągnął ją bliżej.

Drugi przebieraniec złapał ją z drugiej strony i obaj, podtrzymując ją w coraz silniejszym uścisku, kroczyli coraz szybciej, zostawiając procesję coraz dalej i dalej za sobą.

– Nie, zostawcie mnie! Ja naprawdę nie chcę! Dajcie mi wrócić na procesję! – krzyczała Livia coraz głośniej.

– Uspokój się, bo zniszczysz nam cały rytuał! – powiedział jeden z nich ochrypłym szeptem.

– Nie chcę żadnych rytuałów! Puśćcie mnie w tej chwili! – wołała przerażona, stopniowo uświadamiając sobie, w jakiej sytuacji się znalazła. – Pomocy! Ratunku! – wrzeszczała rozpaczliwie, próbując ze wszystkich sił się wyrwać.

Zaczęła kopać ich po nogach. Trafiła jednego z nich kolanem w krocze. Ten, nie puszczając jej, skulił się na moment, a zanim zdążyła wymierzyć kolejny cios, drugi przebieraniec jednym, zdecydowanym ruchem całkowicie ją obezwładnił. Z jej piersi wydarł się rozdzierający wrzask, który został zaraz stłumiony przez twardą rękę. Livia szarpała się z całych sił, ale siła dwóch mężczyzn była nie do przezwyciężenia. Nagle zakręciło jej się w głowie. Obraz w jej oczach migotał i zaczynał powoli stawać się niewyraźny. Zaczęła odchodzić od zmysłów.

Nagle przebił się do niej dziwny głos z oddali:

– Na Belenosa, Balbina!

Resztką przytomności Livia przypomniała sobie dobrze znane imię, ale widziała przed sobą już tylko mroczne, niewyraźne obłoki, które rozpływały się w nicość. Nagle przez jej głowę przebił się jeszcze zdeterminowany, męski okrzyk. Poczuła rozmach czegoś twardego, po czym dźwięk wbijanego ostrza, gorzko-słodką woń tryskającej krwi, a potem nie było już nic poza całkowitą ciemnością.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania