Serce Wielkiego Gala (Asterix&Obelix) - Rozdział 15 - Słodycz gorczycy, cz. 1
Słowo od autora:
Jeśli historia kogoś w tej społeczności zaangażowała i przypadła do gustu, to bardzo mnie to cieszy :) Jeśli ktoś taki daje o sobie znać, tym bardziej jest mi miło :D
W raz z rodziałem 15 trzeba zaznaczyć: To jest ten moment, w którym zaczyna się nowa część powieści. Bohaterowie zmierzą się z innymi, być może cięższymi problemami. Nieuchronnie zbliża się moment dotknięcia samego serca historii.
***
Livia, podobnie jak Obelix, długo nie mogła zasnąć. Jednak w przeciwieństwie do niego, który przez niekontrolowaną euforię wyrwał ze snu co najmniej połowę wioski, skuliła się tylko w łóżku, wsłuchując się wsłuchując się w echo jego okrzyków. Zaciskając powieki i zęby, chichotała, wiercąc się, jakby sama próbowała powstrzymać wybuch śmiechu. Wszystko układało się cudownie, oprócz jednej rzeczy. Już na uczcie zaczęły doskwierać jej lekkie osłabienie i zawroty głowy. Początkowo przypisała ten efekt silnym emocjom, jednak nad ranem czuła już wyraźne rozgrzanie i pieczenie w dolnej części gardła.
Zmotywowała się jednak, by dotrzeć do warsztatu.
Przed wejściem spotkała kilka znajomych po fachu.
– Witajcie… – powiedziała, ale wtem poczuła, jak głos jej zanika, i od razu zakasłała świszcząco.
– Ojoj, czyżby ostatnio cię za mocno przewiało? – spytała jedna z kobiet.
Livia, nie próbując już dalej mówić, uniosła tylko bezradnie ramiona. Domyślała się, że coś zaczyna ją rozkładać, ale była w znakomitym nastroju i jednocześnie mentalnie gotowa do pracy.
– Trzymaj się lepiej, bo jesteś nam teraz potrzebna – dodała kobieta.
Trzymając dłoń przy szyi, Livia przytaknęła z uśmiechem i weszła do środka. Rozumiała, że coś jest na rzeczy. Ostatnio zwiększyło się zapotrzebowanie na styl rzymski, a znacznie zmniejszyło się na styl galijski. Celtyckie stroje coraz częściej uchodziły za oznakę ubóstwa albo jawnego oporu. Livia czuła, że taki obrót spraw szczerze ją zasmuca, albowiem zdążyła już docenić galijską kulturę. Zasiadła przy swoim stanowisku i rozpoczęła pracę. Z każdą chwilą coraz mniej była w stanie się skupić.
– Livio, kochana, może potrzebujesz pomocy? – spytała Nessa, podchodząc do niej bliżej. – Coś kiepsko wyglądasz.
– Dziś jakoś tak mi… – Zakasłała. – …słabo – dokończyła przez chrypę.
– Biedna… Dziś jesteś naszym drugim zdechlakiem. – Nagle jej głos nabrał więcej pogody. – Edana dziś ledwo do nas doszła. Wczoraj była wesoła, pamiętasz? Widok niecodzienny – zaśmiała się. – Tym razem dla odmiany popija sobie ostropest, zamiast tego… no wiesz! – Szturchnęła ją w ramię, chichocząc, ale szybko zauważyła, że Livia nie była skora do wesołości. Jej ton ponownie złagodniał. – Kochana, mów, co można dla ciebie zrobić?
Livia uśmiechnęła się słabo.
– Może też napiję się jakiegoś naparu…
– Się robi! – zawołała Nessa jak na rozkaz i odeszła, by po jakimś czasie wrócić z kubkiem wywaru z rumianku.
Przez jakiś czas dotrzymywała Livii towarzystwa, ale nie nakłaniała jej do mówienia. W zamian dużo opowiadała o swoim nowym kawalerze. Livia dowiedziała się, że Nikodix pochodzi z rodziny trudniącej się kaletnictwem, a jego rodzice są właścicielami dużego zakładu. Nessa podkreślała jednak przede wszystkim to, jak bardzo Nikodix ją zauroczył. Podobała jej się jego chłopięca uroda, delikatność i to, jak bardzo wyróżnia się tym na tle innych Celtów, z natury o twardym, bojowym usposobieniu. Narzekała jedynie, że jest od niej dużo wyższy i ledwo sięga jego podbródka. Ostatecznie ślub mógłby odbyć się już w czerwcu, o ile wszystko pójdzie zgodnie z planem.
Nadszedł czas zebrania kobiet i omówienia nowych projektów. Livia została wyznaczona do przeprowadzenia „szkolenia”, aby wszystkie pracownice mogły zgłębić metody wykonywania strojów w stylu rzymskim. Nikt nie był z tego zadowolony, ale przetrwanie okazało się priorytetem. Livia starała się mówić z większą ostrożnością, ale głos co chwilę jej zanikał.
Edana, która również była obecna na zebraniu, próbowała jakoś odwrócić uwagę od swoich nerwów. Starając się sprawiać wrażenie opanowanej, miętoliła w palcach brązową nakładkę z niewykończonymi jeszcze wzorami, nad którymi dopiero zaczynała pracować. W pewnym momencie spostrzegła, że zniszczyła własną robotę. Zanim bez słowa opuściła towarzystwo, można było dostrzec, jak dziwnie wykrzywia jej się twarz. Szybko wybiegła na zewnątrz i zwymiotowała na trawę. Nessa oraz pewna szatynka wyszły za nią, by zachęcić ją do powrotu, ale Edana odprawiła je oschle.
W końcu wszystkie zgodnie orzekły, że Livia potrzebuje odpoczynku. Pani Długowieczniksowa poleciła jej czym prędzej wrócić do Airy.
***
– Dziecino, coś jest z tobą nie tak – stwierdziła zatroskana Aira.
– Ach… – westchnęła Livia, kaszląc. – Akurat dziś… kiedy w końcu wszystko tak cudownie się układa…
Choć twarz Livii była blada i zmęczona, oczy świeciły radosnym blaskiem.
Aira spojrzała na nią i uśmiechnęła się. Wzięła ją za ramię i poprowadziła do łóżka. Livia usiadła, a Aira, głaszcząc ją po ręce, rzekła:
– Więc nadal upierasz się przy tej gościnie u Panoramiksa? Mimo twojego stanu?
– Nie wyobrażam sobie, żebym miała nie pójść.
Aira zmrużyła powieki.
– Dobrze, że jest przynajmniej druidem. Może coś zaradzi. – Przyjrzała jej się uważniej. – Zdaje się, że upierasz się przy tym głównie z powodu jednej osoby. Mam rację? – Kąciki jej ust uniosły się jeszcze bardziej.
Livia odchyliła głowę do tyłu i z błogością zmrużyła oczy.
– Wczorajszy wieczór… zmienił wszystko.
– Nie, Livio. Już tamta noc, kiedy cię ocalono, zmieniła wszystko – odparła Aira.
– Tak… chyba masz rację.
Obie uściskały się, dzieląc tę radość.
Po chwili Livia wstała, chcąc zabrać się za przygotowywanie ciasta miodowego, lecz Aira stanowczo ją powstrzymała.
– Ani mi się waż, Livio. Jesteś słaba jak kocię.
– Ale ja wcale nie czuję się tak źle! Poza tym nie zdążymy z tym na czas, jeśli nie zaczniemy teraz.
– Wracaj do łóżka. Ja się tym zajmę. Poza tym i tak najpierw zjada się konkrety, więc chwila zwłoki nikomu nie zaszkodzi.
Gdy Aira samodzielnie napiekła większą ilość miodowych słodkości, spakowała je do wiklinowego kosza i, wziąwszy laskę, wyszła razem z Livią. Mimo swoich lat zwykle chodziła pieszo. Tym razem jednak, ze względu na Livię, obie skorzystały z wolego zaprzęgu, w zamian za kawałek placka dla woźnicy, który ochoczo przystał na taką zapłatę.
Tymczasem u Panoramiksa trwała już wieczerza. Druid urządził ucztę pod gołym niebem, tuż przy swej chatce. Oczekując Airy oraz Livii, polecił zostawić część pieczeni na ruszcie. Obecnych było dwudziestu kilku Galów, w tym Asterix, Obelix i Nessa, zaś Edana była nieobecna. Przyszli za to Nikodix oraz jego rodzice i rodzice Nessy. Pojawili się nawet Tragikomix i Falbala, której ciąża była już wyraźnie widoczna. Niektórzy byli z lekka rozdrażnieni z powodu hałasu, jaki poprzedniej nocy narobił obecny wśród nich Obelix, ale była to kwestia chwili, kiedy każdy dopatrzył się niezwykłego zjawiska; teraz siedział jak zahipnotyzowany, z lekkim uśmiechem na twarzy. Co jakiś czas próbował sięgnąć po kawałek mięsa, ale zaraz zapominał o jedzeniu i wpatrywał się przed siebie. Asterix, siedzący obok, patrzył na niego z rozbawieniem.
– Obeliksie, czy wszystko z tobą w porządku? – spytał nagle Panoramix.
– Tak, tak, wszystko wspaniale. Naprawdę wspaniale – odpowiedział rozmarzonym głosem.
Pozostali zebrani przy stole wymieniali spojrzenia, nie mogąc uwierzyć w to, co widzą. To był przecież ten sam Obelix, który zawsze pochłaniał jedzenie w mgnieniu oka…
Wtem podjechał wóz z Airą oraz Livią. Gdy tylko Obelix ją zobaczył, natychmiast podniósł się od stołu. Livia ostrożnie zeszła, by nie stracić równowagi. Zaraz jednak wstąpił w nią świeży wigor, gdy tylko go ujrzała.
– Livio! – zawołał z radością i pośpieszył w jej stronę, zostawiając za sobą ledwo napoczęty kawałek pieczeni.
Kiedy podeszli do siebie, Obelix objął ją delikatnie, a ona wtuliła się w niego mocno. Asterix, siedząc przy stole, spojrzał na Airę, obserwującą sytuację z drugiej strony. Oboje uśmiechnęli się szeroko, a pozostali zaczęli szeptać między sobą – oto zmiana w zachowaniu Obeliksa nie była już niewyjaśnioną tajemnicą.
– No, no, Obeliksie… – mruknął Panoramix z uśmiechem, gdy Obelix, obejmując czule Livię, zaprowadził ją do stołu. – Coś nam tu chyba zakwitło.
– A więc dzieje się! – odparła radośnie Nessa, chwytając Nikodiksa pod ramię. – Ach, ile się dzieje!
Obelix nie zwracał uwagi na komentarze. Spojrzał Livii tylko głęboko w oczy i dostrzegł zmianę, która przyprawiła go o głębokie zatroskanie.
– Co ci jest? – spytał cicho, gdy zasiedli obok siebie.
– Małe osłabienie. – Livia machnęła ręką, starając się brzmieć przekonująco. – To nic. Teraz mi lepiej. Naprawdę. – Delikatnie pogłaskała go dłonią po policzku.
Obelix poczuł ulgę, choć w głębi serca zachował pewną rezerwę wobec jej słów. Wstał, podszedł do rusztu, ułamał solidny kawał pieczeni – nieporównywalnie większy od tego, co sam sobie nałożył. Wrócił, by ofiarować Livii tę nad wyraz hojną porcję, co sprawiło, że niektórzy o mały włos nie wybuchli śmiechem. Ten kawał mięsa był o wiele większy od jej głowy.
Obelix patrzył na Livię zmartwiony, gdy zauważył, że je bez większego zaangażowania.
– Livio, ja myślałem, że ten kawałeczek dzika będzie tylko na zaostrzenie apetytu – powiedział z troską. – Przecież musisz nabrać sił, a mięso jest do tego najlepsze.
– Obeliksie, widzę, że troszczysz się o Livię – stwierdził Asterix, z lekka rozbawiony. – Ale może jednak ty też byś w końcu coś zjadł, bo jeśli rzeczywiście jest tak, jak mówisz, to zaraz padniesz przy tym stole.
– Tak, tak, już zaraz… – odparł Obelix pośpiesznie i zabrał się za obgryzanie swojej mikroskopijnej, jak na swój potencjał, porcji.
Rozmowy przy stole toczyły się swobodnie. Rodzice Nikodiksa opowiadali o tym, jak ich syn początkowo był szkolony na wojownika, choć na całe szczęście ostatecznie poszedł w ich ślady jako adept kaletnictwa. „Na całe szczęście”, gdyż po podbojach Cezara pozycja wojownika została zdegradowana i obecnie jest mało opłacalna. Jednak patrząc na wątłego Nikodiksa, niektórzy mogli przypuszczać, że nie tylko względy zarobkowe mogły być przeszkodą dla jego wojskowej kariery. Rodzice Nessy natomiast wyrazili głęboką nadzieję, że gdy już ich córka wyjdzie za mąż i zamieszka w innej wiosce, będzie miała większe szanse na życie w dobrobycie.
Gdy tylko usłyszał to Asterix, zacisnął nerwowo zęby. Tak jak się obawiał, Obelix podchwycił temat.
– A czy tutaj u nas jest niby jakkolwiek gorzej???
– Nie, nie, Obeliksie, nie zrozum nas źle – próbował usprawiedliwić się ojciec Nessy. – Po prostu w tutejszym warsztacie nastąpił ostatnio gwałtowny spadek zysków. W innych miejscowościach mogą być one wyższe.
– W takim razie trzeba starać się o większy rozgłos – odparł Obelix, wzruszając ramionami. – Jeśli brakuje klientów, to widocznie trzeba lepiej się wypromować.
– Nie… – rzekła Nessa, lekko zakłopotana. – Klientów nie brakuje, tylko… – zawahała się, gdy dostrzegła na sobie ostre spojrzenie Asteriksa – …tylko wartość naszego rzemiosła spada – dokończyła, zastanawiając się, czy nie powiedziała czegoś, czego nie powinna.
Asterix splótł tylko nerwowo palce pod brodą.
– Kryzys nie powinien potrwać zbyt długo – wtrącił nagle Tragikomix, obejmując swoją żonę Falbalę. – Jutro Asparanoix ma udać się na pierwsze negocjacje i…
Asterix wszedł mu w słowo.
– …i rozgłosić, co dobrego ma do zaoferowania nasza osada, prawda?
– Oby udało się do czasu narodzin dziecka… – rzekła zatroskana Falbala, kładąc rękę na zaokrąglonym brzuchu. – Póki co robimy, co możemy, żeby uniknąć nędzy…
– Nie przesadzajmy. Nie będzie żadnej nędzy! – zawołał Obelix. – Grunt to mieć co jeść. Zwierzyny w okolicznych lasach wystarczy.
– No, nie wiem, czy tak od razu dla wszystkich… – odparł Tragikomix.
– W razie problemu można hodować! – odparł Obelix zupełnie beztrosko. – Powsadzać do zagrody żywe dziki, dać im trochę spokoju, a niebawem będzie ich parokrotnie więcej!
Wtem rozległ się huk od uderzenia czegoś o biesiadną ławę. Livii mimowolnie wypadł z rąk kawał ledwo oskubanej przez nią pieczeni, przewracając kilka naczyń. Dziewczyna była blada i widocznie osłabiona.
– Przepraszam… – rzekła słabym głosem, a jej głowa opadła bezwładnie ku stołowi. – Bardzo wszystkich przepraszam…
Obelix wzdrygnął się i od razu otoczył Livię ramionami, a ona oparła głowę na jego klatce piersiowej, zanosząc się kaszlem. Natychmiast zapomniał, czego dotyczyła przed chwilą rozmowa. Czuł przy sobie tylko jej zbyt ciepłe ciało, które opierało się o niego, wzdrygając się od kaszlu.
Panoramix wstał i podszedł do niej.
– Chodź. Zobaczmy, co ci jest – rzekł, po czym zwrócił się do Obeliksa. – Obeliksie, czy mogę?
Obelix bez słowa pomógł jej się unieść. Livia wsparła się na ramieniu druida i udała się z nim do środka. Obelix poszedł za nimi, zatrzymując się ostatecznie przed zamkniętymi drzwiami i wpatrując się w nie nerwowo.
Asterix, mimo że sam nie pozostawał obojętny wobec jej stanu, dziękował w duchu za tę nagłą sytuację, która ucięła rozmowę, która zmierzała w niebezpiecznym kierunku. Podszedł do Obeliksa i położył mu rękę na ramieniu.
– Wszystko będzie dobrze. Livia jest teraz w najlepszych możliwych rękach – przekonywał.
Obelix jednak zaczął chodzić nerwowo w kółko.
– No już… – uspokajał go dalej Asterix. – Widocznie coś ją złapało. Tak się czasem dzieje. My też przecież nieraz chorowaliśmy.
Po kilku minutach Panoramix wyszedł, ukazując za uchylonymi drzwiami Livię siedzącą przy stole, opartą łokciami o blat i popijającą coś z glinianego kubka. Obelix otworzył szeroko oczy, oczekując wyjaśnień. Podeszła do nich także Aira.
– Spokojnie, Obeliksie – rzekł Panoramix, widząc jego zatroskanie. – Wygląda na to, że to po prostu grypa. Ostatnie stresujące przeżycia i podróż w chłodną noc nadwyrężyły jej organizm.
– Grypa? – Ożywił się Obelix. – Zeszłej jesieni przecież szybko wyleczyłem się tym, no… mlecznym eliksirem z…
– …z gorczycy? O to ci chodziło? – upewnił się Panoramix.
Obelix przytaknął. Druid zastanowił się chwilę.
– Nie wiem, jak zareaguje na to Livia, ale jeśli nie będzie miała większego problemu z ostrym posmakiem, zapewne i jej pomoże. Teraz podałem jej napar z kory wierzby na złagodzenie gorączki.
– Zdaje się, że mam u siebie znaczny zapas gorczycy – powiedziała Aira.
– Widzisz? – rzekł pogodnie Asterix. – Nie będzie żadnych melodramatów. Niedługo Livia wyzdrowieje, więc uszy do góry!
– Tak, ale żeby tak było, trzeba naprawdę skupić się na tym napoju – stwierdził Obelix.
Panoramix spojrzał na niego z powagą, unosząc palec do góry.
– Pamiętaj jednak, że inna ilość i stężenie gorczycy były potrzebne tobie. Livia będzie potrzebowała tego dużo mniej.
– Zrozumiałeś? Dużo mniej – podkreślił Asterix z naciskiem na słowo „dużo”.
Obelix westchnął zniecierpliwiony.
– Zrozumiałem, Asteriksie. Nie jestem aż takim ignorantem.
Po krótkiej chwili Panoramix przyprowadził Livię, która snuła się powoli z powodu wyczerpania. Podziękowała Panoramiksowi za pomoc i poprosiła o przekazanie od niej serdecznych pozdrowień Ferriksowi, którego stan podobno poprawiał się bardzo powoli.
Gdy Livia z Airą miały już pójść, Obelix nagle poczuł silny impuls.
– Livio, ja cię poniosę! – oświadczył z zapałem.
Podszedł do niej i uniósł ją delikatnie, bez jakichkolwiek oznak wysiłku, jednym ramieniem. Livia zarzuciła mu ręce na ramiona i wtuliła czoło w jego szyję.
Zaraz potem Obelix podszedł również do Airy.
– I ciebie, Airo, też poniosę, żebyś się nie męczyła!
Już przykucnął, żeby ująć staruszkę pod biodrami.
Aira niemal podskoczyła.
– Nie! – zawołała gwałtownie i potruchtała do tyłu, aż się zachwiała. Zatrzymała się, łapiąc równowagę i wbijając laskę w ziemię.
Wokół rozległa się salwa śmiechu. Obelix patrzył na nią zmieszany, nie rozumiejąc, o co jej chodzi. Aira zacisnęła usta, gdyż jej samej zachciało się śmiać. Widziała, że Obeliksem kierowały szlachetne intencje, ale obawiała się, że mógłby nieumyślnie złamać jej kręgosłup.
– Drogi Obeliksie, doceniam twoją troskę, ale jestem jeszcze całkiem zwinna, jak na swój wiek! Teraz jednak Livia potrzebuje cię bardziej niż ja. Ja przejdę się dla zdrowia.
Obelix patrzył jeszcze na Airę przez chwilę z niepewnością, ale nie chciał naciskać. Zamiast tego drugim ramieniem objął Livię. Spojrzał czule na jej głowę, opadającą na jego szeroką klatkę piersiową.
Livia przez całą drogę powrotną była przez niego niesiona, a Aira truchtała o lasce za nimi, spoglądając co jakiś czas na potężnego Gala, który z wielkim zapałem niósł swą ukochaną. Widziała w nim dumę, szczęście, a jednocześnie głęboką troskę. Po chwili przypomniała sobie sytuację sprzed chwili. Ukryła twarz w dłoni, trzęsąc się ze śmiechu.
***
Sześć silnych koni ciągnęło wóz, mijając wzgórza i doliny, a koła dudniły ciężko. Po żmudnej i długiej podróży pojazd zatrzymał się przed rzymskim fortem, gdzie słońce wydawało się świecić niżej i ostrzej, jako zapowiedź czegoś nieuchronnego. Z wozu, przy asyście dwóch arystokratów plemiennych, wysiadł potężny wódz i ruszył odważnie przed siebie.
Sala obrad w rzymskim forcie prezentowała się majestatycznie, choć atmosfera była przytłaczająco ciężka. Kamienne ściany licznie zdobiły inskrypcje i epigrafy przypominające o potędze Imperium, a w okrągłej wnęce wyrzeźbione było popiersie Juliusza Cezara. Asparanoix przed wejściem do sali poczuł na sobie szydzący wzrok strażników. Ciężar tłumionego w nim gniewu zaczął go zadręczać, jednak jako wódz, stojący w obliczu gry o wysoką stawkę, musiał zachować zimną krew. Prezentował się jak Gal z krwi i kości, choć dobrze wiedział, że jest przez to obiektem kpin. Oto teraz, w pełnym rynsztunku, z charakterystycznym hełmem z rogami, wchodził do środowiska wygłodniałych hien. Asparanoix, jak przystało na silnego galijskiego wodza, wkroczył na salę dumnie wyprostowany, bez cienia lęku, ignorując wszelkich szyderców. Rzymscy administratorzy, ubrani w ozdobne togi, spojrzeli na niego nieco protekcjonalnie, choć musieli uznać jego odwagę.
Asparanoix rozpoczął negocjacje twardo i bez owijania w bawełnę:
– Nasza wioska zawsze ceniła sobie godność i niezależność. Mówicie, że denar stanowi wymóg dla spraw naszej gospodarki i ponownego otwarcia szlaków handlowych. Ale my, Galowie, musimy mieć pewność, że nasze prawa i swobody pozostaną nienaruszone! I tego będziemy się trzymać, niezależnie od wszystkiego! – grzmiał, uderzając pięścią w stół, aż podskoczyły stojące na nim kałamarze.
– Rozumiemy, Asparanoiksie, że cenicie sobie niezależność – rzekł po chwili senator z siwą brodą, ukazując lekko ironiczny uśmiech. – Jednak jeśli oczekujecie stabilności ekonomicznej, którą umożliwi wspólny rynek z Imperium, nie może być mowy o całkowitej autonomii. Musicie wziąć na siebie zobowiązania podatkowe. Imperium to nie działalność charytatywna.
Asparanoix zacisnął zęby. Negocjacje ciągnęły się w nieskończoność. Z trudem znosił wymianę argumentów, wtrącenia i podstępy urzędników. Wiedział, że Rzymianie nie oddadzą niczego za darmo. Mimo to starał się przeforsować jak najwięcej warunków korzystnych dla swojej wioski. Chciał, aby handel lokalny pozostał w rękach Galów, aby ich tradycje i sposób życia nie były poddawane rzymskiej kontroli. Przede wszystkim starał się wynegocjować łagodne podatki, by mieszkańcy jego osady nie odczuli większego obciążenia.
Po przeszło sześciogodzinnych targach osiągnięto pewien kompromis. Wioska mogła przyjąć denara, by unormować sprawy handlowe, jednak warunkiem było płacenie umiarkowanych podatków na rzecz Imperium, bez ingerowania w tradycje i sposób życia Galów. Asparanoix czuł, że dla niego to gorzka pigułka – zmusić swą osadę, by pracowała częściowo na rzecz swego największego wroga. Jednak nie miał wyboru. Pewne ustępstwa okazały się przykrą koniecznością, by zapewnić lepszą przyszłość swojej wiosce.
***
Asterix w końcu stwierdził, że okoliczności stają się coraz mniej sprzyjające dyskrecji. Postanowił zajść do chatki Obeliksa. Odniósł wrażenie, że ten z zapałem szykuje się do wyjścia.
– Obeliksie, muszę ci o czymś powiedzieć.
– O co chodzi, Asteriksie?
– Wiesz… – zaczął Asterix nerwowo, ale po chwili jego uwagę odwrócił skórzany bukłak z jakimś płynem, który Obelix trzymał pod pachą. – A co ty tam masz?
– Remedium na grypę – odparł.
– To mleczne z gorczycą???
– No, co tak na mnie patrzysz? Pomoże jej przecież!
– Dobrze, dobrze, ale pamiętasz, co wczoraj mówił Panoramix? Dużo mniej!
– Tak, słuchałem i dodałem dużo mniej tej gorczycy! – odpowiedział Obelix, bezskutecznie próbując ukryć lekką irytację.
– Już dobrze, dobrze! Chciałem tylko mieć pewność, że nie wypalisz wybrance swego serca od razu wszystkich wnętrzności.
Obelix załamał ręce.
– Co ty za głupoty gadasz, Asteriksie! Chyba te twoje pasty ze spiżarni zrobiły ci pastę z mózgu. Daję jej to, co najlepsze, bo chcę, żeby jak najszybciej wyzdrowiała.
Asterix uniósł ręce w geście kapitulacji.
– Dobrze, Obeliksie, już dobrze. Powiedzmy, że wierzę jeszcze w twój rozsądek. Teraz chciałbym na moment poruszyć z tobą ważny temat. – Odchrząknął. – A więc… – Ponownie odchrząknął, tym razem intensywniej, sam sobie dodając tym otuchy. – Wszystko wskazuje na to, że nasza wioska coraz gorzej radzi sobie z handlem i gospodarką. Chciałbym, żebyś był w razie czego gotowy na zmiany.
– Zmiany? – Obelix uniósł brwi. – A co wielkiego mogłoby się zmienić? Jak trzeba będzie więcej pracować, ja na pewno nie będę jednym z tych narzekających. Menhirów to ja mogę naznosić i jeszcze zacząć je szlifować…
– Obeliksie – wszedł mu w słowo Asterix. – Nawet jakbyś miał naznosić taką stertę menhirów, żeby można było wznieść na niej miasto…
Tym razem to Obelix wszedł mu w słowo.
– Zasadniczo to niegłupi pomysł. Trzeba będzie tylko…
– Wariacie, daj mi skończyć! Teraz skup się bardziej niż dotychczas… Na tę chwilę nie ma znaczenia, jak kto ciężko pracuje, bo i tak ta praca straciła na wartości. Nie ma już zysków, rozumiesz? Nasze galijskie monety powoli stają się nieprzydatne.
Obelix wzdrygnął się rozjuszony.
– Ale od kiedy to? – zawołał. – Przecież nigdy wcześniej nie było problemów z naszymi monetami! Teraz nagle ktoś sobie wymyślił, że źle się nimi płaci? Kim jest ten dziwak?
– W całej Galii funkcjonuje teraz denar, rozumiesz? Dotychczasowe szlaki handlowe są już dla nas zamknięte.
– No to niech się gonią ci wszyscy handlarze! My, Galowie, potrafimy sami zatroszczyć się o strawę!
Asterix złapał się za głowę i opadł na zydlu.
– Obeliksie, Obeliksie… Wiem, że to dla ciebie trudne, ale pomyśl czasem też o innych rzeczach niż tylko o jedzeniu. To wszystko, co Galia dotychczas budowała, czego nasza wioska jest ostatnią już ostoją… Cały dorobek, całe rzemiosło… Możemy to wkrótce stracić.
Obelix wpatrywał się w Asteriksa z powątpiewaniem. Po chwili zbliżył się do niego bardziej.
– No to w końcu co to mają być za zmiany?
Asterix wziął głęboki wdech, próbując zapanować nad nerwami.
– Obeliksie, tego na razie nikt nie wie. To dziś właśnie Asparanoix pojechał na negocjacje z rzymskimi urzędnikami. Gdy tylko wróci do osady, wszystko najprawdopodobniej będzie już jasne.
Nagle Obelix się rozpogodził.
– Asparanoix! No to nie ma się o co martwić! Już on należycie pogrozi tym Rzymianom… Już oni dobrze wiedzą, że z nami nie warto zadzierać! – Zaśmiał się z infantylną satysfakcją. – Teraz, Asteriksie, pozwól, że udam się już do Livii. Moja opieka jest jej teraz potrzebna! – oznajmił z dumą i udał się w kierunku wyjścia, zostawiając za sobą Asteriksa z rozdziawioną buzią, bezskutecznie próbującego coś powiedzieć.
Choć ich rozmowa przybrała gorszy obrót, niż Asterix początkowo zakładał, odczuł ulgę, gdyż zrobił to, co do niego, jako lojalnego przyjaciela, należało. Teraz jedynym problemem pozostawało to, co wynegocjuje Asparanoix.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania