Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

ZABIERACZ: KSIĘGA TRZECIA. ROZDZIAŁ V

ZABIERACZ: KSIĘGA TRZECIA

 

ROZDZIAŁ V

 

Skryty przed wzrokiem życia piekielnej czeluści, za lanym w żeliwie ekranem paleniska gotyckiego kominka, płomień i tak nie pozostał pozbawiony odzewu uwagi Potępionych, rzucając w mrok czarciej nocy blask, jakby akcentujący w niej obecność Stwórcy. Krystaliczne tafle zabytkowych szyb, tkwiące w rzeźbionych ramach okiennych parterowego gabinetu, zdawały się nie chcieć dochować tajemnicy, której wyjawienie, trawiąc kolejne, trzaskliwie ogarnięte nim polana, zdawało się przychylać ku zadawaniu katuszy żyjącym. A przynajmniej, tym, którzy we własnym życiu, posiadali jeszcze dusze, nie będącą czymkolwiek innym, jak czynionym przez nich samych, pochodem Śmierci. Nie śmiała wątpić, iż nawet falbany ciężkich, lnianych sztor, a co dopiero subtelne wzory tkanych w bawełnie firan, nie są w stanie tego zmienić. Uznała to za niedorzeczne, pomimo, iż zaledwie godzinę uprzednio przekonała się, że uliczny śmietnik, ciśnięty ponad parapetem parterowego okna gabinetu przez Potępionego, nie jest w stanie zagościć wewnątrz uświęconego klauzulami wiary miejsca, bezwiednie odbity, pomimo delikatności spowitego czarcią nocą blasku, z głuchym brzękiem lądując na chodniku pod nim. Niestety. Nie dotyczyło to czegokolwiek, nie stanowiącego bezpośredniej powierzchni dotkniętej nimi, co przekonało ją, iż w godzinę: może ujrzeć przez owe tafle: kilka przeszyć ludzkiego ciała prętami, pobicie na śmierć, patroszenie żywcem gołymi rękoma, bez użycia jakiejkolwiek powierzchni tnącej... nie zapominawszy o notorycznym wyłamywaniu kończyn w stawach, aby łatwiej było je oderwać od jeszcze wrzerszczących korpusów. Jakby stanowiąc urozmaicenie wyszarpywanych zębami kęsów śmiertelników, doszło w międzyczasie zaledwie do trzech gwałtów. Nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy właściwie ulica zaczęła wyglądać, jakby brukowana plątaniną okaleczonych makabrą zwłok, przybierając matowy odcień szkarłatu życia, przyozdobiony ludzkimi wnętrznościami. Rozróżniała już wśród nich jelita, których sznury plotły się gęściej, z każdym kolejnym ruchem paraboli zegarowego wahadła, jakby ono samo, przyzwalało śmierci na zbieranie swych żniw. Nawet krwawy rozbryzg, wygładzony szkłem tkwiącym w okiennej ramie, zdawał się temu nie przeczyć. Było jej szczerze obojętnym, czy naprawdę musi na to patrzeć, jakby smagająca szkło smuga, stanowiła ją samą. Możliwe, że dlatego Edward, jak zwany był Sędziwy Klecha, zapaliwszy chyba starszą od niego samego, naftową lampę, zniknął za jednymi z majestatycznych drzwi, niesiony w dół odgłosem kroków, jakby postanowił wyrazić sprzeciw wobec samego Szatana. Skrzyp kutych w żelazie zawiasów, następujący po sekwencji głucho wymówionych echem zgrzytnięć mechanizmu, nie pozwalającego na dostęp czegokolwiek, ze światłem dziennym włącznie... Nic ponadto. A mimo wszystko: aż tyle po nim zostało. Znowu ktoś lamentował, czemu nie mógł się przeciwstawić nawet kilkuwiekowy, ceglany mur. To bez znaczenia. I długo by wyliczać okropieństwa, temu równoznaczne. Widziała już nawet kobietę, która uniesiona ponad ziemię, będąc brutalnie nadzianą na wielkiego fiuta, została na nim obrócona niczym tarcza ruchomego celu: ciosem obucha siekiery w policzek, zatem: co mogłoby ją zdziwić?.. Nie wiedziała już sama, wyraźnie uznając, że tak długo, jak okaże się to możliwym: postara się nie musieć przekonać.

 

Edward przeklął tego miałczącego paskudę, nie raczącego z kocią ciekawością, otrzeć się o jego nogę. Drastycznie tajemniczy blask płomyka skrytego przed oddechem codzienności za okopconym abażurem, o mało nie owionął jego sutanny, będąc ciśniętym zaskoczeniem. Puszysta, czarna chmurka futerka, zatrzymała się jednak na granicy światła, co pozwoliło mu zdusić w ustach siarczyste przekleństwo, za które przeprosił szeptem Pana, chwytając dłonią kota pod przednimi łapkami, jakby chcąc osłonić się zwierzakiem przed obliczem widniejącego w Piśmie Sądu Ostatecznego, który drwiąc z fałszywych proroctw, miał obecnie miejsce. Nie jego jednak usiłował znaleźć. Nie tylko dlatego, że już zwyczajnie nie musiał. Oświetlając lampą kolejne skrzynie, szkatuły i pudełka, tkwiące na zakurzonym regale, odetchnąwszy z ulgą, odstawił kota na wieko pobliskiego kufra, o tak zapomnianej zawartości, że sam nie wiedział już, co właściwie stanowi. Gdy przemknęło to przez jego myśl, zbył ją lekceważącym machnięciem dłonią, zbierając w nią, zupełnie, jakby będącą pradawną: pajęczynę. Zawahawszy się moment, postanowił prosiwszy Stwórcę o wstawiennictwo, wyciągnąć dłoń w stronę jednej z pokrytych kurzem spoczynku pod całunem ceglanego mroku, szkatuły. Była dość ciężką, jak na swoją objętość: pokryta drzeworytami, kontrastującymi z kasztanowym odcieniem spajających ją okuć. One przerażały go najbardziej. Najmilszym było okalające dziurkę kluczyka, uwieczniające człekoidalną łapę z długimi, ostro zakończonymi pazurami.

 

- Archaniele... zstąp na padół ziemski i zbaw od złego nieustępliwością Pańską... - wyszeptał Klecha, kładąc dłoń na więżącym zawartość drewnie.

 

Słyszała, że wraca. Zupełnie jak Zaświaty. Spoglądając na stojące otworem drzwi piwnicy, odskoczyła z krzesła, słysząc uderzenie w okienną szybę. Spojrzała na nią dopiero wówczas, gdy ponawiając się, raz za razem, docierało do niej z chlupotliwym bełkotem. Po drugiej stronie szyby, stała kobieta, rzucająca gorączkowe spojrzenia za swoje plecy. Za każdym razem, gdy zwracała do niej wzrok, z jej rozerwanych ust dobiegał bulgotliwy bełkot, odsłaniając miejscami wybite zęby, jakby ku czci uśmiechu Antychrysta. Edyta przecząco skinęła głową, co ku jej zaskoczeniu, spowodowało jeszcze bardziej gorączkową serię uderzeń dłoni z połamanymi palcami w okienną szybę, pozostawiając ich krwawe odciski, anonsujące się kontrastem uderzeń o szkło wystających z nich miejscami kości. Nie musiała dlatego oczekiwać dłużej, niż nie spełna pół minuty, aby otrzymać tak mocne uderzenie w czubek głowy wyrwanym z chodnika hydrantem, iż wgniótł ją pod parapetem okna, po jego stronie. Wydając metaliczny odgłos runięcia, zamarł w kolejnym ze zmiażdzonych ciał. To wystarczyło. Możliwe, że nawet stanowiąc granicę, czego nie miała świadomości, po przekroczeniu której, wzrok Edyty, mimowolnie, rozmył się w lekkości pochłaniającego go mroku.

 

Nie przejmując się beżowymi smugami kurzu, krzyżującymi się przez klapę jego czarnej jak wieczna noc sutanny, Sędziwy Klecha, po raz kolejny, miał ochotę wyskórować to czarne paskudztwo. Jak na ironię, miałkliwy skurwiel nie raczył się ochoczo pofatygować, zerkając po kilku minutach oczekiwania ponad progiem otwartych drzwi, przywiedziony swymi pozbawionymi brzmienia cielesności krokami. Nie spieszyło mu się wcale, a pod ciężką komodę, ustawioną na masywnych, rzeźbionych w kilkuwiekowym, sękatym drewnie, nogach: czmychnął pospiesznie dopiero na dźwięk zamkniętych za nim, topornych drzwi piwnicy gabinetu Egzorcysty, jakby ujrzawszy w tym oblicze diabła, który zaczął go gonić, odgrażając się kijem. Odetchnąwszy z wyrazem zrezygnowanej ulgi Edward, nawet w panującym półmroku, nie chciał przestać strzec wzrokiem tulonego do srebrnego krzyża na jego piersi, okutego mosiądzem drewnianego tworu. Zmierzając z nim pospiesznie w stronę ostawionego zdobnymi krzesłami, nie ustępującego im stołu, odczuwał niepewność. Już nie zwątpienie wobec wiary w Słowo Boże, a zwyczajną niepewność: czy Słowo to, jest w stanie cokolwiek zmienić.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania