Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

ZABIERACZ: KSIĘGA TRZECIA. ROZDZIAŁ VI

ZABIERACZ: KSIĘGA TRZECIA

 

ROZDZIAŁ VI

 

Jeżeli dane Ci jest, aż jeszcze obecnie żyć... dokonuj tego ze świadomością, że czasami: zwyczajnie warto kogoś posłuchać. Faktycznie: wydaje się dziwnym Człowiekiem, jednak... wobec Ciebie, cóż: ujmijmy, że nie chcę, aby uważano jakkolwiek... zwłaszcza inaczej. Właściwie... pamiętasz, jak ostatnio mówiłem Ci, że czasami, z iście paranormalnych przyczyn, bywa tak, że komuś upierdoli się w głowie, że nie będzie żył... inaczej, od kontaktu z Zaświatami?.. jeżeli, rzecz jasna: " no coś mi świta, ale za chuja pana nie wiem ".. może nawet jest to doczesny przykład?:

 

Od kiedy jej pamięć stała przed świadomością otworem, nie wyobrażała sobie życia... widniejącego poza granicami Farmacji. Same specyfiki, były dla niej tylko zapotrzebowaniem na pracę: tak ściśle, precyzyjnie określonym, jak pozwalała na to szala wagi: równoważąc zdrowie wraz z życiem, wobec ich braku. Co więcej: tradycjonalizm, przejmując jej umysł, nakazał zupełne podporządkowanie całej procedury jej życia, pod ściśle określony schemat, polegający na wyzbyciu się czegokolwiek, nie spełniającego spowitych patyną wymogów. Z tego powodu: leczenie terapią dobytą z zabytków, myliło starsze, konsternacyjnie spodlądające w portfel, stając naprzeciwnej strony lady, panie, z młodymi, pełnymi sił Pacjentkami, których zamierzchłe wspomnienia, potrafiły pożerać całe godziny jej pracy, chociaż... widziała w niej bardziej powinność, niż obowiązek. Zwłaszcza z tego powodu. Ścisły manualizm, przeliczany pisemnie na łamach pożółkłych stron. Kolejne, posiadające określone, chemiczne właściwości specyfiki, zmieniające je, wedle wyznaczonego uznania. Słowem " elektronika ": zwała zatem jedynie zawartość spoczywającego pod jej dębowym biurkiem, pojemnika na odpady. Nie potrzebowała nawet wszechobecnie zjadającej tkankę mózgową na łamach " takich czasów ", całej tej Internetowej plątaniny, posiadając dość obszerną, Zawodową Bibliotekę, która z jednej książki, biegiem dekad zobszerniała niezauważenie do tego miana, zawierając przedziwne kombinacje kondygnacji kolejnego oddziaływania na siebie poszczególnych substancji, powodujące efekt uboczny: będąc zwyczajnym leczeniem. Nie tylko Pacjentów. Także duszy jej samej. Czując się bezpieczna za grubymi, stalowymi kratami, zatopionymi w elewacji okien jej apteki, znowu próbowała wykonać ścisły rachunek. Liczyła trupy. Dosłownie. Usiłowała określić zasadniczą liczbą, ile osób zostało zamordowanych na przestrzeni... pół kilometra?, a nawet jeżeli bliżej, to i tak zawsze myliła się między pięćdziesiąt sześć, a siedemdziesiąt. I nie było to bezpodstawnym. Powodowało to zaledwie dwa aspekty: nie miała innych butów, od wysokich, eleganckich szpilek, więc bieg boso po odłamkach czegokolwiek, swą ostrością tnącego jej stopy, uznała za bezcelowy. Jako wtóre: stąpanie butami na wysokim obcasie po powierzchni zwłok, a nawet usilne próby ich omijania, tupiąc zawzięcie jakby dla zwrócenia uwagi tych kreatur, uznała za równoznaczne z poczekaniem, aż się zbiegną, aby zacząć błagać, żeby ją pieprzyli, zanim zjedzą. Zastanowiło ją, ile osób spoczywających na ulicznej powierzchni, musiało tego dokonać. Uznała, że napewno nie wszyscy, tkwiąc wzrok w nikłym blasku, przebijającym przez najbardziej pobliskie, wyrażające nim życie, parterowe okna. Doskonale znała Księdza Edwarda. I była pewna, że jeżeli nawet tamte zezwierzęcone postacie są jakimkolwiek złem, nie odważyłoby się ono zmierzyć z Egzorcystą. Możliwe, że nie uznałoby się na tyle silne, aby po czterdziestu dniach żywienia ludźmi, móc tego dokonać, lub... zwyczajnie się bało. Taką miała właśnie nadzieję, jakby oczekiwała efektu kolejnej, przeprowadzanym w wiekowym szkle, uroczo niesfornej reakcji. Obecnie: ulica nie żyła, jak ścielące ją, wykręcone rwaniem zwłoki. Z czasem o tym wiedziała. Zawsze, gdy niebo przecinała pionowa, purpurowo pomarańczowa kolumna, zdająca się tworzoną z wirujących całą jej powierzchnią, płonących ścianą ognia, ludzkich postaci: wszyscy, dosłownie wszyscy, po utkwieniu w niej swych pozbawionych źrenic, mętnych spojrzeń, zostawiali wszystko, czym zajęta była ich uwaga, często z kęsami ludzkich tkanek zamarłymi w ich umazanych krwią mordach, po czym... zmierzali w jej kierunku. Jak obecnie. Ile ma zatem czasu?.. Niekiedy kwadrans, innymi razy... niespełna minutę, jakby czas, nie stanowił jakiegokolwiek wyznacznika. Nie pozostało jej zatem nic innego, jak zebrać niezbędność, wraz z nią własną odwagę, żeby ruszając w drogę: uzasadniać ją jedynie nadzieją. Nie miała do stracenia zarówno czasu, jak i okazji, mając świadomość częstotliwości zaciśnięć kościstego śródręcza Śmierci, na bijących sercach, których świadomość ilości, jakby machinalnie pchnęła ją w kierunku laboratoryjnej części Apteki. Mogąc zapakować jedynie niewielką, białej barwy, skórzaną torebkę, wewnątrz jej szykownej elegancji, upchnęła oprawną w czarną skórę księgę, tłoczoną tytularnie: " Farmakologia Substancji Codziennych ", po czym: wsypała sobie w usta końską dawkę krystalicznej postaci komponentów, mieszankę tramadolu z kofeiną i paracetamolem. Schludnie zamykając naturalnym korkiem szyjkę opróżnionej fiolki, odstawiła ją z cichym stukiem na blat biurka, odczuwając natychmiastowy efekt działania, będący otwieraniem kolejnych zamków w szaleńczym tempie poczynań zawodowca. Gdy stanęły przed nią otworem, walcząc z wrażeniem wywołanym nie izolowanym czymkolwiek widokiem, zaczęła mamrotać pod nosem, dla dodania sobie otuchy:

 

- Boga nie ma... Chryste... Boga nie ma... Chryste.. niech Szatan mi pomoże... skoro ty nie jesteś w stanie... Japierdolę... Jezuu...

 

Nie zdążyła zasięgnąć wiedzy, czy jej słowa zostały wysłuchane, a może... było to poprostu spowodowane wolą Piekła, zwanego bogobojnie " złą gwiazdą ". Gdy tylko jej chwiejne, stukotliwe kroki zwiodły ją z piętra schodów, prowadzących pod drzwi wejściowe Apteki, zaledwie kilka metrów od siebie, spostrzegła kałużę litego żaru, zdającą się spadać nieskończoną głębią, w porównaniu z którą ziejący krater wulkanu, chociaż plując wrzątkiem roztopionych skał, wydał jej się... zasadniczo dość płytkim. Z biegiem sekund, jego obwiednia zdawała się wirować, przybierając coraz wyraźniejsze kształty płomiennych upiorów.

 

- Kurwamać... - rzuciła zduszonym fascynacją półszeptem, zwracając się ponownie ku obranemu celowi.

 

Na widok za jej plecami: usiłowała krzyknąć, unosząc dłonie w obronnym geście. Nie zdążyła jednak, słysząc jedynie brzękliwie metaliczny świst, posyłający ją na plecy, impetem kontaktu z jej ciałem. Czuła go zdecydowanie mniej, lub tylko cierpienie kazało jej tak myśleć, gdy nawet ku zdziwieniu Potępionego, wykonującego nieprzerwanie kolisty zamach nad głową w hełmie z kawałków ludzkich czaszek, związanych między sobą drutem, przenizanym niezdarnie wykonanymi seriami perforacji, hakiem rzeźniczym, przytwierdzonym do końca kawału stalowego łańcucha, zerwała się na nogi, usiłując biec. Nie czuła rąk od przedramion w kierunku palców, a jedyna możliwość poruszania nimi, stanowiło bezwładne wprawianie ich w niezdarny ruch zbyt mocnym na bycie codziennym, poruszaniem barkami. Jej twarz, była odczuwaną jako bezwładnie zimną i wbrew jej woli, ociekającą falami stygnącej lepkości. Dobrnąwszy parterowego okna, zebrała się w sobie, jednocześnie usiłując zawołać widzianą przez szybę młodą, szarooką kobietę, jak i dla zwrócenia jej uwagi, boleśnie umieściła zbolałe dłonie na jej powierzchni, nie zwracając uwagi na jej własną krew, rozmazywaną tym na zapruszonej ulicznym pyłem, tafli szkła. Stała niema, niewzruszenie jej przecząc. Nawet wówczas, gdy wskazując na zawartość torebki, niechlujnie przesuniętej na tył jej pleców, chciała jej powiedzieć, że zgodnie z tymi recepturami: można zrobić leki ze wszystkiego, co znajdzie w najbliższych pomieszczeniach, dlatego: ma się jej nie bać. Każde słowo, było dla niej jak przełknięcie żartych rdzą odłamków granatu, połączone z nastawianiem bez znieczulenia złamanej kości... do momentu, aż poczuła ciężar, napełniający jej umysł ciemnością.

 

Teraz już masz pewność, jak każdy, nawet najdrobniejszy kontakt z Zaświatami: może być początkiem końca?..

Następne częściZABIERACZ: KSIĘGA TRZECIA. EPILOG

Średnia ocena: 2.3  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania