Mur Zdrajca Ludzkości – Rozdział 10

Szykując się do ostatecznego zadania ciosu obozowisku Inkwizycji, myślałem, jak przeciągnąć Kordelię na naszą stronę. W jej mniemaniu byłem zdrajcą ludzkości, a Konfederacja ohydną, prymitywną bandą, żyjącą dla równie prymitywnych uciech. Według niej wspólna chata, gdzie mieszkała młodzież, stanowiła siedlisko rozpusty, a o szamanie nie wspomnę. Skąd o tym wiedziałem? To proste, też byłem człowiekiem, odpowiednia propaganda oraz polityka strachu powoduje te same wyobrażenia u wszystkich. Nic nie wskórasz tłumaczeniami, że inne organizmy, kultura. Można nawet pokazać wilczą stronę, gdzie młodzi ludzie są podzieleni na dziewczyny i chłopców, a wszelkie kontakty seksualne są zabronione z paroma oczywiście wyjątkami. I tak spojrzą tylko na lwią połowę, choć u tego szczepu uczucia miłości pojawiają się dopiero przy dojrzałości umysłowej i cielesnej. Człowiek zobaczy tylko to, co chce zobaczyć, albo to, co mu wmówiono.

Z drugiej strony po stronie bestioludzi też istnieją takie plemiona, które swym pozbawionym moralności zachowaniem budzą pogardę, jak na przykład Watahy kanibali, czy też kulty dziwnych rzeczy, kierujące się jakimś totalnymi zabobonami. Zawsze znajdą się te trzy określone kategorie: idioci i fanatycy oraz zwykli ludzie, gdzieś pomiędzy. Nie ważny kolor skóry, rasa, czy płeć, taki podział wszędzie występuje. Eh, znowu zmarnowałem cenny czas na bezsensowne przemyślenia. Co jednak nie zmienia tego, że nie mam pojęcia, w jaki sposób trafić do zaprogramowanego i wystraszonego umysłu biednej dziewczyny. Nie sądziłem, aby tak odważna kobieta, mogła ulec takiej rozsypce. Być może mylnie uświadomiła sobie własną samotność i bycie na mojej łasce. Nie zamierzałem jej nic robić, nie czerpię przyjemności z krzywdy drugiej osoby, a tym bardziej z gwałtu. No, ale skąd mogła ona wiedzieć?

Spojrzałem w dół, widząc, jak prąd rzeki niesie wodę pod wąską szczelinę bramy. Lubiłem tutaj przesiadywać, mało strażników, kojące dźwięki natury. Mimo że zima dopiero nie dawno odpuściła, ustępując kolorowej wiośnie, tak nie odczuwałem zimna, oprócz oczywiście chłodnego powiewu od strony przezroczystej cieczy. Wszystko to uspakajało zmysły, odprężając umysł i ciało. Rola przywódcy wioski nie była łatwym i bez problemowym zajęciem, zajmującym niczym w normalnej pracy kilka godzin z dnia. Żyjesz dla osady, wiedząc, że w każdej chwili możesz być potrzebny.

Gdy się tak relaksowałem, prosząc Boginię w myślach, by trzymała z daleka choć przez chwile mieszkańców, zauważyłem w oddali czerwoną postać. Krew zaczęła szybciej krążyć w żyłach, a dłoń powędrowała tam, gdzie powinien znajdować się miecz, jakbym oczywiście zabrał go z domu. „Przeniknęli tak blisko? Zwiadowcy zawiedli? Czyżbym za bardzo zaniechał ostrożności?”, myśli, jak stado gęsi, kotłowały się w głowie. Już szykowałem manę i mięśnie na ulubiony urok, podwyższający prędkość i siłę... Zatrzymałem magię w ostatniej chwili, poznając postać w tle. Zmarnowałem tylko energię, zamiast trzeźwo osądzić sytuację.

— Kordelia! Zaczekaj! — krzyknąłem do dziewczyny. Po co? Dlaczego? Sam nie wiem. Jak zwykle zareagowałem instynktownie, nie zastanawiając się nad tym. Możliwe, że gdybym uczynił inaczej, następujące sprawy uległyby zmianie. Zawołanie wywołało przeciwny efekt do zamierzonego, uciekła w najbliższe krzaki, wciąż zapominam o jej niestabilnej psychice.

— Udała się w niebezpieczną część lasu, wodzu. — Jeden ze strażników widział jej ucieczkę. — Mutanty po zimie są niesamowicie wygłodzone i skore do polowań. Blondwłosa jest nowa, nie będzie wiedziała, jak zareagować.

Nie miałem czasu, by nawet spojrzeć na swojego rozmówcę, skoczyłem do rzeki i płynąc pod prąd, skierowałem się stronę krzaków, gdzie zniknęła. Irytowała mnie ta jedna cecha bestioludzi, ta bezczynność, brak zainteresowania losem innych. Ten ton z pozbawiony jakiejkolwiek emocji, jakby mówił o obiedzie... Dla nich Kordelia wciąż była obca. Miałem nadzieje to zmienić.

Zziębnięty wyszedłem na brzeg, pora nadal nie sprzyjała kąpielom. „Gdzie teraz?”, pomyślałem. Nadal nie nauczyłem się porządnego tropienia, przed innymi udając, że jestem w tym mistrzem. Tylko Kira nie mogła się powstrzymać od śmiechu, dłonią kręcąc kruczoczarnymi włosami. Sam nie wiedziałem, który kolor był jej normalnym, raz ognisty, raz mroczny, jak noc. Interesująca zdolność, ale nieco irytująca.

Wzrok powędrował ku ziemi, szukając śladów. Na piasku nie było z tym problemu, wyraźne tropy, gdy jednak zgiąłem kolano, by przypatrzeć się ziemi, usłyszałem krzyk. Ponownie zadziałało ciało, nim umysł wszystko przemyślał. Puściłem się biegiem poprzez gęste zarośla i drzewa. Twarz raniły ostre gałęzie, a mocne ubranie ze skóry ledwo wytrzymywało srogie batożenie. Wreszcie dobiegłem do przestronnej polany, skąpanej w delikatnym świetle, przebijającym się spomiędzy zielonych koron. Pod drewnianym kikutem, spalonym przez grom z nieba, siedziała przestraszona Kordelia, lecz to, co było obok niej, wywołało panikę również w moim umyśle. Osiem włochatych odnóż kroczyło powoli, podtrzymując pękate ciało z dziwnym symbolem na odwłoku. Paskudne liczne ślepia nie spuszczały uwagi z ofiary, a ze szczękoczułek skapywała gęsta ciecz.

Na wielką Boginię, to nie był mieszkaniec tych terenów. Pająki górskie mieszkają bardziej na północy, gdzie polują na nieostrożnych wędrowców, czy też głupie gobliny. Wciąż pamiętam opowieści niedawno zmarłego szamana z sąsiedniej wioski, który opowiadał o stworach, siedzących w rozpadlinach, czekających aż nieszczęśnik przejdzie obok. Wtedy z szybkością potężnego wichru zatapiają swe kły pełne jadu najczęściej w szyję ofiary, ciągnąc ją w kierunku legowiska. Najczęściej już nie da się uratować takiej osoby. Jednak ten osobnik nie reaguje tak, jak inni. Zupełnie jakby uwielbiał strach u zwierzyny, powoli delektując się nim. Nie słyszałem, by istniały tak duże stworzenia gdziekolwiek indziej. Mroki naszego gaju mają innych mieszkańców.

Podniosłem z ziemi kamień, wzmocniłem ciało magią i pocisk poszybował w kierunku jednego oka potwora. Upiorny krzyk, rodem z zachodniej mrocznej granicy zabrzmiał, niesiony echem. Skierowałem jego uwagę na mnie, lecz co teraz? Z prędkością zupełnie inną od poprzedniej ruszył na mnie, spróbował wbić żądło, tylko refleks i drzewa uratowały mnie przed niechybną śmiercią. Bestia nie odpuszczała, uniosła odnóże i próbowała mnie przygnieść do ziemi. Uniknąłem i tego, choć poczułem inaczej. Kolejny raz gonił czas, nie mogłem myśleć o zwycięstwie, nie bez broni. Tylko kryjówka oferuje bezpieczeństwo.

Przepełniony adrenaliną od stóp do głów, ruszyłem w stronę Kordelii. Wątpiłem, by krzyk o ucieczce sprawił, by wstała i zaczęła postępować logicznie. Chwyciłem ją na ramię, po czym kontynuowałem bieg, słysząc za plecami nieprzyjemne odgłosy, świadczące o pościgu. Tuż przed wejściem potknąłem się o kamień, wlecieliśmy z hukiem, jak się później okazało, do szybu, prowadzącego w głąb ziemi. Zalał nas mrok, a uderzenie w coś twardego pozbawiło mnie przytomności.

Średnia ocena: 1.6  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • krajew34 7 miesięcy temu
  • Pułkownik Marian Bońka 7 miesięcy temu
    Krajew trochę pomyślałem nad tym i wiesz co, może byśmy jednak wznowili współpracę nad Cieniami Przeszłości? Stworzyliśmy bardzo fajne opowiadanie, coś jak niemieckie Psy, głupio byłoby to tak zostawić. Choć i tak nie wybaczę ci tego jak odniosłeś się wtedy do moich przeprosin
  • krajew34 7 miesięcy temu
    Podziekuje. Miłego wieczoru.
  • Pułkownik Marian Bońka 7 miesięcy temu
    krajew34 tak myślałem
  • Pułkownik Marian Bońka 7 miesięcy temu
    spodziewałem się odmowy, więc sam dokończę nasze wspólne dzieło. Do listy opowiadań, które zamierzam napisać dołącza więc *Helmut Wolf. Cienie Przyszłości* (tak, przyszłości)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania