Mur Zdrajca Ludzkości – Rozdział 13

Świat dookoła emanował różnobarwnymi kolorami, układającymi się w jeden długi, aczkolwiek pokręcony korytarz. Nie wiedziałem, co dzieje i dokąd zmierzam, czułem tylko ogromną niemoc mego ciała. Po chwili nienasycona ciemność pochłonęła otoczenie, zmieniając je doszczętnie.

— Nieźle się trzymasz, chłopcze.

Podniosłem pochyloną głowę. Między czterema wielkim pieniami skwierczało głośno ognisko, na jednej z „ławek” siedział zmarły niedawno szaman Brązowa Grzywa.

— Umarłem? — spytałem z mieszanymi uczuciami. Kiedyś dałbym wszystko za taki stan, dzisiaj już taki chętny i pewny nie byłem.

— Czy rozmowa ze zmarłym musi od razu oznaczać śmierć? — Uśmiechnął się szeroko, pogłębiając zmarszczki. — Duchowi przewodnicy bardzo często wprowadzają duszę w stan pomiędzy życiem a śmiercią.

— Właśnie widzę, że ani to nie pasuje na piekło, ani na niebo. — Wzrok powędrował na otoczenie, lecz próżno było szukać czegoś, na czym można zatrzymać uwagę. Głucha ciemność bez kształtów i dźwięków oraz cisza zmącona jedynie naszą rozmową.

— Nieźle sobie radzisz, Shadow. — W jego słowach nie zauważyłem pogardy, czy też sarkazmu. — Połączyłeś dwa różne szczepy, zbudowałeś potężną wioskę, trzymasz w ryzach nawet Silvę.

— To tylko drobne osiągnięcia na nieskończonej drodze. — Nie widziałem powodu, by przyjąć niezasłużone dobre słowa. — Wciąż narastają problemy.

— Nic nie jest proste. Widzę, że już mówisz, jak my. Twoja dusza wrosła w nas. Manitu wiedział, co robi, prowadząc twoją ścieżkę tak, a nie inaczej. — Jego wzrok utkwił w wijącym się płomieniu. — Ale nie przyszedłem tu, by cię skarcić, czy chwalić. Posłuchaj więc mej rady. Droga wiedzie przez różne rasy, musisz znaleźć właściwą odpowiedź, by zarazem zjednoczyć wszystkich, a jednocześnie nie zniszczyć własnej. Świat jest wielki, pomieści każdego. Trzeba pamiętać, że bestioludzie i ludzie to nie jedyni mieszkańcy, żaden z nas nie wie, co lub kto mieszka za zachodnią granicą, co kryję morze na wschodzie, Nie wspomnę też o południu i północy. Tam, gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. W ferworze walki oraz wzajemnej nienawiści obie strony mogą zostać zmiecione przez trzecią, czwartą, czy nawet kolejną.

— Czyli co? Mam chodzić od rynku do rynku, mówić o miłości oraz pokoju między rasami? — Słowa szamana brzmiały mądrze, ale wiedziałem, że są niewykonalne, stąd moje rozdrażnienie.

— Zbyt wielka rzeka krwi i ciał dzieli obie rasy, by można było mówić o pokoju. Dodatkowo po stronie bestioludzi i ludzkiej działają ci, którym walka oraz nienawiść napędza przypływ złota do sakiewki, czy też możliwości awansu. Zwykłe słowa i czyny nic tu nie dadzą. — Na nieprzeniknionej twarzy nie dostrzegłem ironii, czy gniewu.

— Nie uczynię cudu, jeśli tego ode mnie żądasz. — Ponownie zacząłem widzieć przeróżne kolory, otępiające myślenie. — Co się dzieje?

— To znak, że wracasz. — Spojrzał na mnie, nabijając fajkę. Gdzie ją wcześniej schował? Nie miałem pojęcia.

— To dlaczego czuje się jak.... — Poprzedni szaleńczy stan znów zaczął królować w ciele i umyśle.

— Było trzeba lepiej walczyć z pająkiem, a nie dać się zatruć. — Po raz pierwszy na jego twarzy zagościł uśmiech.

— Co ty nie powiesz...

Zniknął tak szybko, jak się pojawił. Trzaskający dźwięk ogniska ustąpił brzmieniom łańcuchów, ciemność przepadła w kolorach, mieniących się mdłą barwą. Gdziekolwiek nie spojrzałem tam to samo, tylko ten, kto mnie prowadził pod ramię, zdawał się osobą, przynajmniej tak wnioskowałem po jej kształcie i długich włosach. Długie włosy? Czyżby to była...?

— Kordelia — szepnąłem bezmyślnie.

— Siedź cicho, inaczej nas znajdą — odpowiedział znajomy głos. Kto nas znajdzie? Dlaczego wszystko wygląda tak wariacko? Głupie pytania cisnęły się do chorej głowy, nie dopuszczając przy tym logicznych myśli. — Cholera, znowu straż. Kryj się.

Ktoś wepchnął mnie do ściany, wprost w gąbkę, będącą kawałkiem ściany. Pluszowy niedźwiedź pomachał do mnie po drugiej stronie. Zwidy z sekundę na sekundę ulegały coraz to gorszym dziwactwom. Jak dorosłemu mężczyźnie, wojownikowi mogło się wydawać, że kiwa do niego dziecięca zabawka?

— Intruz! Zabić ją! — zabrzmiał zniekształcony głos. I ta postać wyglądała jak ludzka, tyle że z dwiema parami rąk, zakończona nie dłońmi, a podwójnym czymś w rodzaju palców. Kordelia wyciągnęła swoją broń, przyjmując jednocześnie postawę bojową. Jak wąż zaatakowała pierwszą osobę, unikając pchnięcia, chyba włóczni, ja widziałem tylko patyk z dziwną końcówką, przebijając ostrzem gardło ofierze. Niczym baletnica cofnęła się, jednym prężnym ruchem przed kolejnym atakiem.

Na dodatek w mej głowie zaczęła grać skoczna muzyka, żywcem wyjęta z przydrożnej gospody. Oglądałem jakiś taniec, a nie zmaganie dwóch stron. Kolejne cięcia, uniki, przerywane nieustanną pracą nóg. Kordelia zadziwiała mnie, jej sposób walki był elegancki, dostojny, nastawiony na zabójcze, pojedyncze ruchy. Niestety mimo starań nie potrafiła położyć więcej niż jednego. Pozostali oponenci wykazywali się ogromną żywotnością. Musiałem coś zrobić i to szybko. Nie potrzebowałem zdrowego wzroku, czy w pełni sprawnych zmysłów, by widzieć, jak dziewczyna posiadała coraz mniej sił.

Próbowałem skupić się i przypomnieć sobie inkantacje pewnego ognistego zaklęcia, wprawdzie mogłem po prostu wysłać kule ognia, ale z aktualną precyzją trafiłbym, kto wie w kogo. „Zignoruj głupiego pluszaka, latające dziwne kostki i masę wręcz napastujących kolorów. Zignoruj słowa, spróbuj pokierować czarem z pomocą umysłu oraz wyobraźni". Wyciągnąłem dłoń do przodu, z ledwością utrzymując ją w tej pozycji. „Jak najwięcej szczegółów, pamiętaj”, powtarzałem w myślach. Najpierw wyobraziłem sobie ostrza, twarde, ostre. Poczułem, jakbym ułożył podstawę, dodałem więcej detali, starając się widzieć je i czuć.

Następny puzzel ułożył się w układance. Teraz wystarczyło puścić to w obieg. Dodałem many, sam nie wiedziałem, ile. Trucizna nadal bardzo mocno wpływała na organizm, po czym z teorii przeszedłem do praktyki. Urok w mgnieniu oka ruszył przed siebie, tworząc plątaninę ostrzy, paląc wszystko na swej drodze. Kordelia z trudnością uniknęła „pomocy”, jej napastnicy chyba wyparowali, taką miałem nadzieję, zważywszy, że ich kontury znikły.

Moje ciało ogarnęła słabość, a uciążliwy kaszel uniemożliwił świętowanie z nowymi, aczkolwiek nieistniejącymi przyjaciółmi, stojącymi dookoła mnie. Był tam pluszowy miś, futrzasty wilk, wredna lwica, wszyscy patrzyli na mnie z uznaniem.

— Nic ci nie jest?

Spojrzałem w górę. Nade mną nachylała się Kordelia, wciąż zamiast twarzy i innych detali były tylko kolory. — Nie jest dobrze... — Spoglądała mi na rękę, jakbym jej nie miał. A może tak było i jej nie miałem? Albo co gorsza, brakowało mi tułowia?

Pomogła mi wstać i oparty na jej ramieniu, ruszyliśmy dalej. Niestety reszta ferajny machała nam na pożegnanie, tacy byli z nich przyjaciele...

Średnia ocena: 2.2  Głosów: 9

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • krajew34 pół roku temu
  • TheRebelliousOne pół roku temu
    Kurde, Krajew, komuś Ty podpadł, że tak Cię cisną z ocenami? Niezasłużenie, z resztą, bo opowiadanie jest bardzo dobre. Daję 4 i pozdrawiam :)
  • krajew34 pół roku temu
    Wystarczy raz a porządnie... :) Jak im (albo jemu, nie wiem ilu ich jest) wzrasta samoocena dzięki temu, to niech są klikają. To tylko Internet. Dzięki za wizytę.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania