Mur-Część II-Rozdział 12

Znalezienie składników było bardzo proste. Jednak rafinacja eliksiru nastręczała niemałych problemów. By ją wykonać, wśród ciągle patrolujących teren mrówek, musiałem przenieść się do jaskini i ją zapieczętować od środka, Almie zleciłem nowe zadanie, znalezienie po jednym punkcie z czterech stron świata, z których będzie widać warownie wroga. Ja zająłem się podtrzymywaniem płomienia w środku. Ogień pochłaniał tlen, więc dla dwóch osób w zamkniętej pieczarze było zbyt niebezpieczne, dodatkowo cały czas musiałem wkrapiać do środka kotła swoją magię, by utworzyć coś w rodzaju bezpiecznika. Pozwalający tylko mi na odpalenie zaklęcia. Przypadkowy zapłon stanowiłoby poważne zagrożenie dla pobliskiego lasu.

Siedząc w skupieniu, nie mogłem przestać myśleć o dawnej przeszłości, wspomnienia niczym rwąca rzeka zalała umysł. „Wewnętrznego Żaru” nauczyłem się na lekcji alchemii wojskowej, gdy uczęszczałem do szkoły oficerskiej. Wszystko brzmiało prosto, znaleźć składniki, w razie czego można je podmienić, choć wtedy traci się na mocy, następnie przez określony czas oczyszczać, dodać własnej magii, by utrwalić normy bezpieczeństwa, rozłożyć w danym obszarze, uruchomić zaklęcie, wspomagane eliksirem. Na lekcje praktyczne każdy czekał, cieszyłem się, jak dziecko, gdy widziałem tak przepięknie, niszczący płomień. Wtedy jeszcze nie docierało do mnie, co się dzieje za zasłoną pożaru.

Skończyłem szkołę, dostając oprócz patentu oficerskiego, stopień sapera. Teoretycznie miałem już robotę po wojsku, dobry saper potrzebny jest wszędzie, ale przyszłość jasno pokazała, gdzie sobie mogłem tę teorię wsadzić. Pierwszy raz w czasie służby użyłem „Wewnętrznego Żaru” na wiosce zmutowanych kanibali. Z pozoru wyglądali, jak my i również tak samo żyli, jednak w ich spiżarniach wisiały ludzkie ciała, wypatroszone, niczym złowione zwierzęta. Oprócz ostrych, jak brzytwa licznych zębów, ludożercy posiadali nadludzką siłę i wysuwane pazury, ich ciała odporne były na wszelkie ostrza. By nie tracić ludzi, dostałem wyraźny rozkaz, by za pomocą swoich umiejętności pozbyć się ich, sam z siebie zdecydowałem się na to parszywe zaklęcie. Zawsze chciałem ujrzeć je w prawdziwej akcji. Głupota młodości i niedojrzałego rozumu.

Przygotowałem w dwa dni wszystko, co było potrzebne, mieszkańcy niczego nie spodziewali się, dzieci wesoło krążyły między budynkami, a dorośli zajęci byli swoimi sprawami. Znajdowałem się na tyle blisko, by zobaczyć ich twarze, jednak nie widziałem w nich ludzi, tylko potwory, które trzeba unieszkodliwić na dobre. Pstryknąłem palcami, wzniecając iskry reakcji. Ściana płomieni, niczym wielka armia, otaczająca wioskę, zbliżała się do centrum, barwiąc wszystko szkarłatną łuną.

Wreszcie zauważyli, że niebezpieczeństwo zbliża się do nich wielkimi krokami, dzieci płakały i tuliły się do swoich rodziców, kobiety krzyczały w panice, a mężczyźni próbowali różnymi sposobami, odpędzić nadciągającą pożogę. Me usta rozciągnęły się w sadystycznym uśmiechu, widząc ich idiotyczne próby obrony. Wszystko było daremne wobec tego zaklęcia, niewinni zostali pomszczeni.

Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy ogień dotarł do pierwszych osób. Smród palonego mięsa i wrzaski w agonii, to było za dużo. Zwymiotowałem w krzaki, ku ogólnej salwie śmiechu żołnierzy.

Wtedy uświadomiłem sobie, że żywcem spaliłem całą osadę, idiotycznie sądziłem, że żar będzie na tyle dużo, by ofiary od razu wyparowały. Miałem zbyt małe doświadczenie, aby osiągnąć to. Po wszystkim nawet nie zszedłem do zgliszcz, tylko od razu udałem się do następnego zadania, przyrzekając sobie, że nigdy nie użyje go na żywych osobach.

Jak to w ludzkiej mentalności bywa, nigdy nie jest ostatecznym słowem. Teraz siedziałem tutaj i znów tworzyłem to piekielne zaklęcie. Przewrotny jest los i nieznane są ludzkie ścieżki.

Po całym dniu, niczym pustelnik opuściłem jaskinie, mrużąc oczy od intensywnego światła słońca.

— No wreszcie skończyłeś wodzu. Myślałam, że zostaniesz tam na dobre. — Skwitowała wyjście Alma. — Pokaż, co tam masz...

— Jedna kropelka tego cholerstwa wypali ci dziurę w ciele — rzekłem, odsuwając niesioną skrzynkę, jak najdalej od jej rąk.

— Jak sobie chcesz. To, co teraz? Masz jeszcze jakieś hokus-pokus. Czy to wszystko? — spytała.

— Wystarczy przygotować samo zaklęcie z pomocą eliksiru, znalazłaś te punkty?

— Nie bez problemu, ale owszem.

Ruszyłem za nią, zabezpieczając magią skrzynkę. Pierwszym punktem była wysoka, skalista góra, z której rozciągał się wspaniały widok na pustynną równinę z paskudnym mrowiskiem na środku. Wyciągnąłem z torby kawałek nieprzemakalnego, magiczne płótna i ułożyłem je w zrobionej przez siebie dziurze.

— Po co ci to? Nie lepiej włożyć tam od razu buteleczkę?

— Pod skałami bardzo często biegnie podziemny strumień albo źródło. Jedna kropla wywaru bardzo trudno rozpływa się i niszczy. Bez trudu dotarłaby do wody, zanieczyszczając ją. Po wypiciu jej, każdemu wypaliłoby wnętrzności. — Wyciągnąłem dwie małe buteleczki i wylałem ich zawartość na kawałek materiału, który przybrał mroczno- czarną barwę. Mogłem je roztrzaskać, ale byłoby to zbyt niebezpieczne. Kolejne punkty znajdowały się na piachu, wystarczyło go utwardzić magią, by eliksir osiadł na wybranej głębokości. Na całe szczęście żrące właściwości nie działały na przedmioty, czy inne rzeczy nasiąknięte magią.

— Odpalisz zaklęcie, czy co? — spytała zaciekawiona Alma.

— Niestety nie, muszę wejść do samego mrowiska. — odpowiedziałem, szokując kobietę.

— Zwariowałeś? To pewna śmierć.

— Nie takie rzeczy się w przeszłości robiło, zresztą ze śmiercią jesteśmy kolegami. Czyżbyś się o mnie martwiła? — spytałem ironiczne.

— Jesteś naszym wodzem, twoja strata stanowiłaby hańbę dla mnie, jako twojej strażniczki.

— Nic mi nie będzie. Muszę skoncentrować urok w centrum i sprawić, by paliło się tylko mrowisko. Raczej nie chcielibyśmy zamienić pustynie w krainę szkła? — Sprawdziłem z pomocą many, czy wszystko było przygotowane.

— Co ma szkło do piasku? — spytała. Widocznie ta wiedza pozostała dla nich nieznana.

— Nieważne, zaczekaj w lesie — odparłem, kierując się w stronę ogromnej budowli. Pierwszymi owadami zająłem się bardzo szybko. Kilka cięć moim długim mieczem i było po sprawie, ich rozczłonkowane ciała legły na zabarwionym błękitną posoką piasku. Następni wrogowie nie zaatakowali mnie, tylko z ciekawością obserwowały moją wędrówkę w głąb. Przy samym wejściu jedna z nich, skierowała do mnie swe słowa.

— Wejdź, wejdź. Oczekujemy cię. — Głos przyprawiał o dreszcze, z drugiej strony byłem ciekaw, z jakiego powodu mnie oczekują. Wchodziłem w paszczę lwa, nie czując strachu przed nieznanym. W końcu umarłem tyle razy, że co gorszego może mi się jeszcze stać?

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Ozar miesiąc temu
    Kurde końcówka mnie zaciekawiła, czyżby oni wiedzieli że do nich przyjdzie? Myślałem że po prostu spala sie na wiór, a tu ciekawostka. Aż mnie kusi żeby czytać dalej. 5
  • krajew34 miesiąc temu
    Specjalny zabieg, by skusić czytelnika :)
  • Ozar miesiąc temu
    hahahahaha na mnie zadziałało!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania