Mur Zdrajca Ludzkości – Rozdział 4

Gdy tylko plecy dotknęły zimnej, choć miękkiej podłogi poczułem, jak śliskie przedmioty, podobne do znienawidzonych przeze mnie węży, oplata moje nogi i ręce. Nie znosiłem być na czyjejś łasce, bezbronny, oczekując na los, zgotowany przez drugiego człowieka. Lepiej zginąć z orężem w dłoni, niż zostać zabawką szaleńca. Z lekkim niepokojem wpatrywałem się w szamana, intonując jedno z potężniejszych zaklęć w myślach. Wątpię, czy sama magia wzmocnienia dałaby tu radę.

— Możesz się odprężyć wodzu, nie zamierzam zrobić niczego dziwnego. — Usłyszałem tylko głos w ciemnościach.

— Powiedział wilk do owcy, z kapiącym od śliny pyskiem...

— Przynajmniej zachowałeś poczucie humoru, wodzu. Eh, ale to irytujące, by dodawać to samo słowo przy każdym zwróceniu się do ciebie. Pozwolisz, że będąc w mej chacie, zapomnimy o etykiecie? — Ognisko cicho zgasło. — Rytuał dzielimy na dwie części, w pierwszej unieruchamiamy „chorego” i wprowadzamy go w stan, pozwalający na zobaczeniu własnej duszy od środka. I tu zaczynamy punkt drugi, w którym to z pomocą różnych metod, wyrzucam z ciebie złego ducha. Niestety przymusowo opuszczając ciebie, będzie próbował zabrać, jak najwięcej. Żerując na twoich negatywnych uczuciach: smutku, gniewie, strachu, czy poczuciu winy, spróbuje przejąć kontrolę. Nie skorumpował cię na tyle, by skonsumować całą duszę i stworzyć nowego złego ducha, ale głodny nie odejdzie. Przynajmniej nie z własnej woli. — Ponownie zapłonął ogień, tym razem z niebieskawą poświatą. Poczułem, jak moje myślenie powoli zwalnia, a wszystko rozmywa się w oczach.

— Dlaczego chcą tworzyć nowych? — wybełkotałem, prawie niezrozumiale.

— Zapewne zaraz znajdziesz się w innym miejscu, ale chyba zdążę ci odpowiedzieć. Z każdą nową wchłoniętą duszą uzyskują potężniejszą siłę, dzięki czemu stawiają swe paskudne żywoty coraz wyżej w hierarchii. Moc to najbardziej pożądana przez nich rzecz... — Nie dosłyszałem nic więcej. Odpłynąłem w głąb mej duszy.

Po otwarciu oczu znów znalazłem się tam, gdzie już dawno nie byłem. Śnieżnobiała nicość z paroma lewitującymi meblami. Na krześle siedział demon, tym razem nie ukrywał rogów, czerwonej skóry, czy też długiego ogona. Nie sądziłem, że tak właśnie wyglądają wcielenia zła. Niemal w stu procentach odwzorowane z bajek, mających straszyć niegrzeczne dzieci i tych, popełniających złe uczynki.

— Zagubiony człowieczek dostał trochę światła, co? — rzucił sarkastycznie, wstając. Nie przypominał owego dżentelmena, którego widziałem wcześniej. Widocznie dalsze udawanie w ogóle mu się nie opłaca.

— Na ciebie już pora, będziesz musiał obejść się smakiem, demonie. — Eh zabrzmiałem niczym w tandetnym dramacie. Muszę popracować nad tym, co mówię. Z drugiej strony wrogów trzeba siekać, a nie z nimi rozmawiać.

— Ty, marna istota śmiesz mi mówić, co mam robić? — zabrzmiał chrapliwy, straszliwy głos. — Myślisz, że zyskując odrobinę nowych ludzi, jesteś w stanie stawić mi opór? — Pstryknął palcami, zmieniając wnętrze na morze ognia. Z płomieni wyszli zakrwawiona kobieta i dzieci. Patrzyły na mnie z wyrzutem.

— Zabiłeś nas! — krzyknęli, wyciągając do mnie ręce.

— Tym zamierzasz mnie złamać? — Spojrzałem kpiąco, jak widma rozmywają się w żarze. Po kolei pokazywał mi następne postacie z przeszłości, próbując wpędzić mnie w poczucie winy. Jednak nie byłem już tym samym człowiekiem, co wcześniej. Zdecydowałem, że to, co było, nie może wpływać na przyszłość. Wybaczyłem sobie, obiecując, nie popełnić tych samych błędów. — To wszystko, demonie? Skończ już tracić mój cenny czas.

— Nie tylko popełnione porażki i potknięcia mogą łamać człowieka, nędzna istoto. Również to, co będzie, sprawia strach. — Pojawiły się oczy z ognia i usta, które ułożyły wargi w szyderczy uśmiech.

Zniknęły płomienie i majaczące w oddali znajome postacie.

Tym razem była to wioska, moja wioska. Pociski z głośnym wyciem spadały na ceglane chaty, niszcząc je doszczętnie, szaleńczy żywioł wypełniał niektóre budynki, kiwając się w szaleńczym i makabrycznym tańcu. Bestioludzie z głośnym krzykiem uciekali w stronę rzeki, gonieni przez bandę Inkwizycji. Padały kolejne strzały, rósł stos ciał, a krew znaczyła wgłębienia w ziemi, niczym kałuże po deszczu. Spoglądałem na to z rosnącym strachem, niemalże serce próbowało wyjść z piersi, dudniąc donośnie. Powoli zbliżały się różne sylwetki, ignorując po drodze gwałty i morderstwa. Po chwili Freja, Kira, Ares, Alma i wielu innych w podartych ubraniach, niektórzy bez kończyn z szaleństwem w oczach i gniewnych grymasach otoczyli mnie.

— Czy jesteś w stanie ich wszystkich ocalić? Czy potrafisz, nie dopuścić do takiej przyszłości? A może w głębi serca już znasz tę scenę? — szeptał do ucha wstrętny głos. — Poddaj się, ulegnij. Dzięki czemu wszystko przestanie cię obchodzić. Słodka chwila spokoju i odprężenia.

W odpowiedzi roześmiałem się.

— Jesteś oderwany od rzeczywistości, demonie. Widać, że nie połączyłeś się wystarczająco z moją duszą.

Czart był zmieszany, nie wiedział, jak odpowiedzieć.

— Żaden bestioczłek nie uciekałby w panice, szczególnie przed czerwonymi. Nawet dzieci rzuciłby się do gardeł napastnikom. Zupełnie nie znasz naszej Konfederacji. Każdy z nich. — Wskazałem na postacie obok nas. — Z radością oddałbym życie z wioskę, nie mając do mnie żadnych pretensji. W przeciwieństwie do ludzi śmierć jest dla nich normą, są zupełnie odzwyczajeni od luksusów i słodkiej utopii. Skończ już z tą marną wizją i wróć do piekła.

— TO jeszcze nie koniec!! — wrzasnął, kolejny raz zmieniając otoczenie. Cierpliwości mu nie brakowało. Zniknęły płomienie, budynki. Deszcz moczył ubranie i przykrywał liczne zwłoki oraz poskręcany oręż. W tle majaczyły resztki dotychczas niezwyciężonego muru, dzielącego dwie strony konfliktu rasowego. Pojedynczy grom przekreślił zachmurzone niebo.

— A co powiesz o potworze, którego stworzyła twoja bezczynność? — powiedział demon w skórze Dantego. Odziany był w zbroję łuskową, błyszczącą od wody, na którą opadały długie, blond włosy, ubrudzone krwią, przy pasie dyndały głowy ludzkie.

— Zamilcz pomiocie! — wrzasnąłem, podbiegając do niego i wbijając głęboko miecz, podniesiony z pola bitwy. — Powtarzasz się w swych nędznych próbach. —Spojrzałem w jego czerwone ślepia, w których czaiła się wyłącznie nienawiść. — Nadejdzie moment, gdy ten przeklęty człowiek znajdzie się wśród was, wciąż nie dowierzając własnej śmierci. Ja zakończę ten nędzny żywot, lecz przedtem pozbędę się ciebie. — Wyjąłem ostrze i jednym ruchem odrąbałem znienawidzoną głowę. Oderwana część ciała z głośnymi mlaśnięciami potoczyła się po błocie. Cały świat powoli rozmywał swe istnienie, zanikając, niczym ziarnka piasku na wietrze. To był koniec. Wygrałem choć jedną z licznych walk. Z ulgą zamknąłem oczy, z ulgą wracając do rzeczywistości.

— Zdejmij z niego to ohydztwo, zanim moja włócznia rozerwie cię na kawałki. — Usłyszałem znajomy, melodyjny głos.

— Już się tak nie denerwuj. Wszystko jest w najlepszym porządku. — Silva próbował kogoś uspokoić.

— Jeśli cokolwiek mu się stało, spale twoją lepiankę i to wszystkie zielsko, a na końcu wypatroszę twoje zwłoki.

Otworzyłem oczy, chata była rozświetlona, jak nigdy dotąd. Wszędzie wisiały jakieś rośliny, tworzące niczym drzewa las. Wzdrygnąłem się mimowolnie, widząc przemieszczające się między nimi węże.

— Obudziłeś się! Nareszcie! — Znaczny ciężar spoczął na mojej piersi, widziałem tylko gęste srebrne włosy.

— Miałaś zbierać zgromadzenie i pilnować Kordelii — rzuciłem słabo, kładąc ociężałą rękę na jej głowie.

— Blond włosa jest na zewnątrz wraz z pozostałymi — odparła, spoglądając na mnie. W oczach miała łzy, nigdy nie widziałem, by płakała. — Jak tylko usłyszeli, że wódz przechodzi jakiś ważny rytuał, zdecydowali zostać przed chatką szamana.

— Mówiłem, że nic mu nie jest... — Zaczął Silva, lecz nie dokończył zgromiony wzrokiem Frei.

— Jak długo byłem nieprzytomny? — spytałem, powoli podnosząc się.

— Dwa dni.

— Dwa? Przecież to miało zająć zaledwie kilka godzin. — rzekłem, całkowicie zaskoczony.

— Nasz kochany szaman. — Spojrzała na niego wściekle. — Przecenił swoje umiejętności. Ale to już nie ważne, skoro już wróciłeś do nas. W międzyczasie Kira przysłała posłańca z wieściami, przybył zaledwie chwile temu.

— Muszę szybko go wysłuchać... — Próbowałem szybko wstać na nogi, ale upadłbym, gdyby nie pomoc mej żony.

— Najpierw chwile odpoczniesz, ja zaraz powiadomię wszystkich, że przybędziesz za chwilę, jak już nabierzesz sił. Praktycznie sparaliżowałeś całą wioskę. Gdyby nie ja, ciągle siedzieliby pod lepianką, zamiast wypełniać swoje obowiązki. Zaraz wrócę. — Pomogła mi usiąść i zniknęła, wychodząc na zewnątrz.

— Ciężko było? — spytałem szamana.

— Szczęśliwie dla nas obu w końcu się skończyło — odpowiedział zagadkowo.

Ułożyłem się z powrotem na miękkiej podłodze i przymknąłem oczy. Zabrakło mi sił na coś więcej.

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania