Mur-Część II-Rozdział 17

Czas przemykał niezauważalnie, niosąc początek dla jednych i koniec dla drugich. Szum wodospady koił zszargane nerwy, a bystry nurt uspakajał nerwowe myśli. Zwierzęta pasące się nieopodal wspaniałą zieloną trawą sprawiały, że wszystko tu wydawało się niezwykłą sielanką. Znalazłem to miejsce w czasie poszukiwania wody, od razu stało się moją kryjówką, zapomnieniem od wszelakiego świata.

Jeszcze rok temu wydawałem każdą, zarobioną miedzianą monetę w tawernach, imając się różnych zajęć. A teraz? Jestem wodzem konfederacji bestioludzi, wprawdzie nielicznej, a jednak wodzem. Gdzie się podziała ta nienawiść, z którą beztrosko zabijałem osobników z innej rasy. Czyżby znikła, a może czeka na dnie duszy, by zapłonąć nowym blaskiem? Nie wiem i tego się właśnie boje. Małżeństwa także nie planowałem, a moja przyszłość miała leżeć w pięknym, spokojnym domu na wsi wraz z ukochaną i licznymi dziećmi. Jak to zwykle bywa plany, nie idą w parze z realiami.

Czy żałuję? Nie, w tych dzikich odstępach odnalazłem cel i swoje miejsce. Istoty wokół mnie mógłbym spokojnie nazwać ludźmi, więcej nas łączy, niż dzieli. Szkoda, że tego nie zauważamy, tylko tkwimy w zupełnie bezsensownym konflikcie dla zysków nielicznych.

Przed oczami stanął mi Dante, przypominając, że zagrożenie nadal wisi w powietrzu, czekając, by przebić ciało i duszę. Coś musiałem z tym zrobić. Tylko co? Zapewne Kira poradziłaby atak wyprzedzający i zlikwidowanie celu, a Freja odradziłaby to, sugerując coś zupełnie innego.

Zaśmiałem się głośno, nigdy nie sądziłem, że mogę przywiązać swe serce do kogoś, tak by tęsknić i zajmować wyobraźnie. Bogini bywa przewrotna w planach, aż straszne, jak ona zna najlepiej swe dzieci. Jednak czy to nagroda, czy nadchodząca kara? Wola niebios bywa nieprzewidywalna.

Usłyszałem trzask za mną, jednak zauważając znajomą sylwetkę, wróciłem do obserwacji cudów natury.

— Wodzu? — rzucił cicho jeden z przybyłych. — Przysyła nas Ares.

— Czyżby Silva znów coś narobił?

— Nie tym razem wodzu. Nasi towarzysze znaleźli coś dziwnego, trzy dni stąd.

Momentalnie przypomniałem sobie ponownie te wstrętne robale, czyżbym kogoś pominął, przy zniszczeniu mrowiska?

— Prowadź — odpowiedziałem krótko. Podniosłem się na nogi, rozprostowując odrętwiałe ciało. Poprowadzili mnie gęstym lasem. Nie miałem czasu na podziwianie widoków, zwiadowcy wydawali się zbyt przejęci. Dzięki poruszaniu się według sposobu bestioludzi, byliśmy u celu trzy godziny później. Nie mógłbym powiedzieć, że podróż okazała się przyjemna, ale ważne rzeczy wymagały pośpiechu.

Na miejscu oczekiwała nas Niala, prawa ręka Aresa. Jej szczupła i wysportowana sylwetka była zaletą w misjach szpiegowskich, ciemne włosy opadały na pokrytą barwami maskującymi twarz.

— Witaj Shadow, wodzu. — Skłoniła się lekko. — Lider jest zajęty szamanem, więc rozkazał mi, pokazać i poinformować cię o znalezisko.

Ares może i był niechętny wobec mnie, ale swoją funkcję dowódcy zwiadu piastował w należyty sposób. Skinąłem ręką, by ruszyła jako pierwsza. Nie uszliśmy kilka kroków, gdy odchyliła gęste zarośla. Mym oczom ukazał się krajobraz śmierci i rozpaczy. Setki trupów, nad którymi unosiły się z głośnym bzyczeniem muchy, a spłoszone wilki uciekały w popłochu, zostawiając żer. Na pierwszy rzut oka nie rozpoznawałem żadnej z grup, ciała były w wysokim stadium rozkładu. Smród niemal rozkładał na łopatki.

— Wiecie, co tu się stało? — spytałem, krocząc dalej. Nie potrafiłem policzyć, ile już nadepnąłem zniszczonej broni.

— Niestety nie, jednak udało nam się zidentyfikować najliczniejszą grupę. — Nogą odwróciła jednego z trupów. — Jego prymitywna zbroja i niezbyt udane miecze sugerują hieny.

— Hieny? Myślałem, że urzędują bardziej na północy.

— Zgadza się, jednak padlinożercy nie dzielą się na plemiona, tylko na watahy danego koloru. Sępy, hieny i inne tego typu zwierzęta są pogardzane przez nas i innych, skupiły się więc w jedną masę, by móc przeżyć. Ich ogromne zezwierzęcenie oraz bestialstwo to po części wina ów nienawiści. Lepiej trzymać się od nich z daleka, jeśli cenisz życie — powiedziała, czujnie rozglądając się.

O tym zagrożeniu wiedziałem, aż za dobrze. Kto wie, co by się stało ze mną i z Kirą, gdyby nie Freja. Wolałem jednak tę przygodę zachować dla siebie.

— Dziwne, ja słyszałem, że tak, jak wy dzielą się na szczepy i plemiona.

— Błędne i niepełne myślenie. Tylko nieliczni wiedzą szczegóły. Jeden z nas rozpoznał watahę. — Podeszła do jednej z podartych flag. — Wataha Białych pod wodzą Krwawego Tordala. Okrutna i bestialska banda, lubująca się w torturowaniu ofiar, zanim je zjedzą. Plotki mówią także, że zostawiają samicę, tylko po to, by hodować sobie obiad. Straszne, choć nie wiem, czy to prawda.

— Znaleźliście drugą stronę tego konfliktu? Czy może już się rozłożyli albo po prostu tamci dostali mocno po dupie?

— I tu pojawia się pewien problem. — Zaczęła Niala, podchodząc do jednego z ciał. — W naszym oddziale mamy samych weteranów, którzy wiele widzieli, również ja mogę się pochwalić dość rozległą wiedzą, Jednak takiego bestioludzia jeszcze nie widzieliśmy. Nie ma formy zwierzęcej, nawet po śmierci, a jego broń i zbroja są bardzo dziwne.

Spojrzałem na truposza przez nią wskazanego, zamarłem. W ogromnym brudzie, smrodzie oraz masie owadów czerwieniła się zbroja, na hełmie widniał znajomy herb, aureola ze skrzyżowanym mieczem i pastorałem. Inkwizycja. Tysiące pytań przewinęło się przez głowę, czyżby inwazja? Może się mylę, sprawdziłem dokładniej. Ciało leżało pod drzewem, ręce skrzyżowane na połamanym mieczu, a tuż obok niego zepsuty pistolet. Czyżby Dante wiedział o mnie? Nie, nie. To niemożliwe, nawet on nie ma tak doskonałej siatki informacyjnej. Więc inwazja? To też nie trzymało się kupy, byliśmy na tyle blisko, by dotarły do nas wieści o atakach na inne wioski. Nie wiedza o potencjalnych celach wroga jest najgorszą rzeczą, nie można się przygotować, nie wiedząc na co.

Obecność Inkwizycji utrudniała wszystko, posiadali nowoczesną broń i wyszkolenie, w ich szeregach można było znaleźć magów i innych wykwalifikowanych ludzi. Na nic tu zda się łuk i broń biała. Zanim podejdziemy bliżej, zostaniemy zdziesiątkowani. Szlag by to. Miałem w planach powolny rozrost i rozwój technologiczny. Teraz nie wchodziło to w grę, stawka niesamowicie wzrosła.

— Ustaliliście, ile czasu upłynęło od tej bitwy? — spytałem, nie odwracając wzroku od trupa.

— Tydzień, może dwa. Temperatura ostatnimi czasy była dosyć wysoka, co przyspieszyło rozkład. Dokładnej nie da się. — odparła Niala.

— Zapamiętajcie ten symbol. — Wskazałem na hełm. — Popytajcie inne wioski, czy ktoś tak ubrany nie kręcił się w okolicy. Jeśli sami natraficie na nich, nie wdawajcie się w walkę, powtarzam, pod żadnym pozorem nie wdawajcie się w walkę. Wycofajcie się. To ostateczny rozkaz. Ogłaszam dodatkowo alarm dla wioski, zakaz dalekich podróży. Kobiety mają same nie chodzić, nawet po wodę. Potroić straże i wzmocnić czujność.

— Wodzu, z kim my mamy do czynienia? — Niala podeszła i popatrzyła się na mnie. — Z twojej miny wnioskuje, że znasz wroga.

— Tak, znam i to bardzo dobrze. Wszelkie złe duchy blakną przy ich dowódcy. Nadszedł ciężki czas dla naszej wioski, oby moje przypuszczenia nie sprawdziły się. — Ruszyliśmy w stronę wioski, jak zwykle sielanka nie mogła trwać wiecznie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania