Mur Zdrajca Ludzkości – Rozdział 11

Kap, kap. Ten jednostajny dźwięk doprowadzał zmysły do szału. Czy ktoś nie mógł podstawić wiadra lub misy, by nie ciekło z dziurawego dachu? Po chwili jednak dotarła myśl, "Jaka chata? Jaki wyciek? Przecież wpadłeś z Kordelią do jakieś cholernej dziury w ziemi".

Otworzyłem oczy, nic nie uległo zmianie, ciemność i irytujące odgłosy, wypełniające wszystko dookoła. Czego się spodziewałem? Świecących kryształów, których blask czyniłby całą tę scenerię znacznie przystępniejszą dla oka i duszy? Nic z tego drogi panie. Przypomniawszy sobie, że wzmacnianie ciała energią nie było moim podstawowym żywiołem, chwyciłem pierwszy lepszy kamień i wyżłobiwszy w nim magią odpowiednią runę, stworzyłem prowizoryczną lampę. Przynajmniej mana pozostała bez zmian, co nie zawsze bywało takie oczywiste. Podniosłem się i zacząłem przyglądać się okolicy.

Tuż pod skalną ścianą dostrzegłem zarys postaci, skulonej, drżącej, niczym osika. Nasza pani Inkwizytor już doszczętnie straciła resztki buty oraz odwagi. I to ją awansowali na dowódcę oddziału specjalnego? Albo tatuś kupił jej patent oficerski, albo umiejętności nie szły w parze z odpowiednim doświadczeniem. Nie każdy super żołnierz to kandydat na przywódcę choćby kilku ludzi. Pierwsza poważniejsza potyczka weryfikuje, pierwsza klęska sprawdza prawdziwość charakteru. Gdy jednak spojrzałem na nią, nie jak na dawnego wroga, tylko jak na zwykłą kobietę, zrobiło mi się jej żal. Rzucona w męski świat, podczas gdy powinna knuć i spiskować za plecami innych oraz brać wszystko, co chciała. Płeć piękna potrafiła skutecznie używać swoich atrybutów, nie rzadko stanowiła wyższość nad brutalną siłą i ogromnymi bataliami. Podszedłem do niej, starają się nie świecić jej w oczy, nic dotąd nie wskazywało na żadną ranę. Mogłem wstać, iść, zginać ręce, trzeźwo myśleć. Miałem nadzieję, że tak pozostanie.

— Nic ci nie jest? — spytałem, kucając obok.

Jeszcze bardziej skuliła się w sobie, słyszałem cichy płacz.

— Jesteś ranna? — Wyciągnąłem delikatnie rękę, próbując sprawdzić jej stan.

— Zostaw mnie! — krzyknęła, odpychając moją dłoń od siebie.

W tym momencie pewność o braku ran prysła niczym bańka mydlana. Spazm paraliżującego bólu przeszedł wzdłuż całego ciała, zaczynając od odtrąconej przez dziewczynę kończyny. Zacisnąłem zęby i upadłem na kolano. Cholerny pająk jednak mnie trafił, już wyobrażałem sobie, jak jego trucizna rozeszła się po organizmie, niszcząc komórki, jedną po drugiej. Antidotum to prosta sprawa, ale znaleźć tutaj odpowiednie zioła... Z niewesołymi myślami upadłem głośno na ziemi, odwróciłem się na plecy, lecz ego powoli zanikało, oddając swe „ja” słodkiej ciemności. Usłyszałem, jak dziewczyna zmieniła pozycję i podchodzi do mnie. Na dnie myśli byłem ciekaw, czy zabije, czy pozwoli toksynie działać. Wszak nie zrobiłem jej nic złego, ale kto wie, czy nienawiść do danej osoby nie została zakorzeniona tak głęboko w duszy. Odpłynąłem.

Ponownie, choć nie pamiętam daty ostatniego snu, byłem w ciele wilka. Spoglądałem na liczne zabudowania, okryte drewnianymi dachami. Brukowane ulice, po których poruszali się ludzie w różnorakich ubraniach. Począwszy od chłopskich prostych odzieniach, a skończywszy na misternie wyhaftowanych, obszernych, by pomieścić niektóre brzuszyska. Obróciłem głowę w bok, gdzie trzymając mnie za rękę, szła Ania. Jej piękne złociste włosy mieniły się w słońcu, a zielone oczy wpatrywały się przed siebie. Nie była już brudną, złamaną dziewczyną, promieniała wręcz. Jedno mnie zastanawiało, w spojrzenia przechodniów wyczuwałem zwykłe emocje. Brzmi to, jak brednie szaleńca, ale to było naprawdę dziwne. Lekka zazdrość, obojętność, bez palącej nienawiści, czy ochoty, by rzucić się z widłami, czy inną bronią typowo chłopską. Przecież mieli przed sobą wilka, chodzącego na dwóch nogach z ludzką dziewczyną obok. Wprawdzie tak naprawdę już nią nie była, ale liczyło się pierwsze spojrzenie. Co tu się na Boginie odprawiało? Trafiłem do jakiegoś utopijnego miasta, gdzie takie rzeczy były standardem?

— Na co masz dziś ochotę? — spytała, przybliżając się do mnie.

— Nie rozumiem... To jakiś ludzki rytuał godowy? — odpowiedziałem.

— Nie, głuptasie. — Roześmiała się słodko. — Pytałam, co chcesz na obiad. Kurczak czy wieprzowina?

— Kurczak. Wieprzowina jest zbyt żylasta — warknąłem mimowolnie.

— Pamiętasz, o czym wcześniej mówiliśmy? — Położyła mi palec na ustach. — Jesteśmy młodym małżeństwem. Nie ludzkie, a nasze. I żadnego warczenia. Żyjemy jak oni i jesteśmy jak oni.

— Przecież wiem... — zabrzmiałem szorstko. — Nie musisz mi przypominać.

— A jednak zapominasz się. — W jej pięknych oczach zauważyłem stanowczość i silną wolę. Niezmiernie imponowała mi ta jej cecha i jednocześnie irytowała. — Idź przemyć twarz, a ja zabieram się za gotowanie.

— A skąd weźmiesz mięso? — Podeszliśmy do małej chatki na obrzeżach wioski. Naszej ostoi.

— Jesteś przewidywalny, Silver. — Otworzyła drewniane drzwi, prowadzące do przestronnej izby. — Rano kupiłam od rzeźnika. Mógłbyś kiedyś zjeść jakieś warzywo albo coś innego.

— A czy ja jestem durnym królikiem? Pochodzę...

— Tak, tak. Balia z wodą i potem pogadamy. — Wskazała za budynek.

Westchnąłem ciężko, im dłużej się znaliśmy, tym krótsze były kłótnie. Nie to, że nie mieliśmy różnicy zdań. Nie zgadzaliśmy się w wielu aspektach, po prostu potrafiła odpowiednio poprowadzić rozmowę. Cholera, nawet kata wpędziłaby w poczucie winy, tylko przez parę słów. Ruszyłem ociężale w kierunku podwórza, przechodząc po wysuszonej od słońca ziemi. Po co miałem się myć, skoro dookoła było pełno kurzu i pyłu? Ludzkie samice... Któż je zrozumie. Pochyliłem głowę w stronę metalowego naczynia. Tafla przezroczystej cieczy ujawniła mi prawdę i odpowiedź na poprzednie wątpliwości i pytania. Nie spoglądały na mnie złociste ślepia, tylko błękitne oczy, wilczy pysk ustąpił ludzkiej twarzy, a zamiast futra czarne, długie włosy. Niczym nie różniłem się od przeciętnego człowieka. W jaki sposób tak bardzo uległem zmianie? Co musiałem zrobić i przeżyć, by do tego doprowadzić? Tego wizja mi nie powiedziała, skrywając fakty za ścianą czasu.

— Za chwile obiad gotowy! — Usłyszałem z otwartego okna. Żołądek głośno zaburczał, domagając się posiłku. Gdy ruszyłem w kierunku drzwi, poczułem, jak opuszczam ciało, zatapiając się ponownie w ciemnościach. Kap! Kap! Ten sam dźwięk poinformował mnie, nim otworzyłem oczy, że wróciłem do rzeczywistości.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania