Mur-Część II-Rozdział 14

Wschodząca jutrzenka zbudziła mnie z niespokojnego snu, wczorajsze mięso nadal syciło. Jeden problem z głowy. Spojrzałem na ukryte niebo, pomiędzy budynkami. Głupi ludzie, nawet nieba zapragnęli dla siebie, zaśmiecając je swymi tworami. Rozprostowałem grzbiet, zmuszając zastygnięte mięśnie do pracy. Przeżyłem kolejny ranek, unikając kłopotów.

Zapragnąłem znów poczuć wiatr, przenikający swym oddechem gęstą sierść i mroźnym objęciem delikatnie chłodząc zmęczone ciało. Opuściłem kryjówkę, bezpieczną przystań w tym niebezpiecznym świecie.

— Uważaj kundlu! — krzyknął jakiś człowiek, któremu przebiegłem tuż pod nogami. Na całe szczęście miejscowi uznawali mnie za zwykłego psa, który błąka się nieszkodliwie. Nie zamierzałem wyprowadzać ich z błędu. Minąłem kolejnych dwunożnych, jak idioci zbierają się w jedno wielkie stado. Czy nie potrafią zrozumieć, że im większa grupa, tym trudniej ją nakarmić?

Wspaniały aromat podrażnił me nozdrza. Skierowałem łeb w ową stronę, zauważając grubasa w zakrwawionym fartuchu, a tuż za nim raj dla żołądka. Soczyste kawały mięsa wiszące na metalowych hakach, czerwieniące się w rannym słońcu. Ach, ile dałbym za zatopienie kłów w choć jednym, smakowitym kawałku.

Odwróciłem się i pobiegłem w drugim kierunku, lepiej nie denerwować mieszkańców, kto wie, jakby zareagowali na takie zachowanie. Rozpieszczanie żołądka też nie wchodziło w rachubę, najlepiej starać się jeść jeden porządny posiłek i parę mniejszy, niż ciągle sycenie się, gdy zaburczy w brzuchu. To zgromadzenie budynków działo mi na nerwy, ograniczało wolność i poczucie przestrzeni, niestety równocześnie dawało bezpieczne schronienie. Na trakcie polowali łowcy, a mutanci, mimo małego stopnia zmian genetycznych, były śmiertelnie niebezpieczne. Porywać się na nich bez stada, to samobójstwo. Nie wspomnę też o głodzie, który bardzo często doskwierał w czasie wędrówek, ale od kiedy nauczyłem się, zmieniać swoją postać do rozmiaru normalnego psa, problem ten został rozwiązany. Powracał on, gdy opuszczałem kryjówkę i wracałem do normalności, kilkakrotnie większe cielsko, większe spalanie energii i ogromne zapotrzebowanie na jedzenie. Musiałem wybierać albo szansę na wygranie walki w dziczy i wszechobecny głód, albo zmniejszenie zapotrzebowania i jednocześnie stać się łakomym kąskiem dla innych. Balansowałem pomiędzy.

Pokonywałem kolejne ulice, dostając parę kopniaków. Ludzie to straszni ignoranci, zupełnie nie patrzą pod nogi, jakby nie widzieli nic oprócz czubka własnego nosa. Smród niemytych ciał i innych równie „przyjemnych” aromatów otaczał wszystko wokół, musiałem jak najszybciej dostać się na świeże powietrze.

Ostatnie metry miasta i machniecie łap. Wbiegłem na pagórek i głęboko wciągnąłem powietrze. Ach nie ma nic bardziej przyjemnego... Oprócz mięsa oczywiście. Spojrzałem w dół, nadal delektując się czystością. W tle majaczyły budynki z czymś kręcącym się, miałem wrażenie, że dwunożni również chcieli mieć powietrze na własność. Obok nich rosło morze złotego zielska, czyżby to również było ich jedzenie? Mieli takie soczyste kąski na hakach, a gryźli jeszcze takie ohydztwo? Nie normalne.

Gdzieś w oddali majaczyło długie i wysokie coś, zbudowane z twardego kamienia. Ludzie nazywali to „murem”, choć zupełnie nie wiedziałem, co to jest. Gdy o nim mówili, jedni cieszyli się, a drudzy wypełnieni byli strachem, mówiąc coś o upadku. Według mnie była to tylko przeszkoda przed dalszą podróżą, wprawdzie przed nim miałem masę terenu do przemierzania, jednak nos podpowiadał mi, że to tylko kropla w oceanie świata. Ciekawe co za nim czekało? Ostrożność odradzała, ciekawość pobudzała. Nie tracąc dnia, rozpocząłem swą codzienną wyprawę po okolicy.

Obudziłem się zlany potem, spojrzałem przestraszonym wzrokiem dookoła. Po prawej stronie spała Kira, a po lewej Freja, ich sylwetki widziałem w mrokach chaty. Spały snem mocnym, pokazując swe niewinne oblicze. Podniosłem ręce, by sprawdzić, czy nie mam łap, wszystko wyglądało normalnie. Więc to był tylko sen, ale nie mógł być sen. To niemożliwe, nadal czuje to rześkie powietrze i smrodliwy oddech miasta. Czułem bijące serce bestii, widziałem jej oczyma i biegłem na czterech łapach. Nie jestem szaleńcem, jednak nigdy nikt mi nie powie, że była to tylko senna mara.

Wstałem delikatnie, próbując nie budzić dziewczyn. Opłukałem twarz w misie i wpatrując się w wodne lustro, zastawiałem się.

– Co to, jasnej cholery było? – Tylko to zdanie pojawiało się w jeszcze nierozbudzonej głowie. Nie przerażało mnie to, że akurat takie coś, podrzuciła mi wyobraźnia. Jest ona mistrzynią w tworzeniu irracjonalnych fantazji i nielogicznych wydarzeń w czasie nocnego odpoczynku, to jednak było inne. Zupełnie inne. Zbyt prawdziwe, by nazwać to fikcją. Nie istniałem wtedy jako Shadow, tylko jako bezimienny wilk, nie pamiętałem niczego z normalnego życia, istniał tylko on. Podszedłem do okna, aby rozwiać gnębiące myśli. Nawet pora dnia była taka, jak ją ujrzałem wilczymi ślepiami.

— Coś się stało? — spytała Kira, podchodząc do mnie naga. — Nie jesteś rannym ptaszkiem.

— Założyłabyś coś na siebie, przeziębisz się — odpowiedziałem, owijając ją kocem.

— Dlaczego miałabym ubierać się do snu? Zwierzęta cały czas chodzą nago i nikt im tego nie zabroni. — Głośną ziewnęła, opierając się na mnie.

— Sami twierdzicie, że różnicie się od nich.

— Fakt. Mamy coś na śniadanie? Raczej wątpię, bym jeszcze raz zasnęła.

W promieniach słońca jej uroda zniewalała, a ogniste włosy dodawały jej uroku.

— Z tego, co widzę... — Rozejrzałem się dookoła. — Zostało jeszcze jakieś pieczywo i zimna potrawka z niedźwiedzia w kotle.

— A właśnie, coś sobie przypomniałam — rzekła czule, podchodząc do mnie.

— Co takiego? — spytałem, nieświadomy bolesnej przyszłości.

— Taką jedną, ważną sprawę. — Z ogromną szybkością zwinęła rękę w pięść, po czym z całą siłą uderzyła prosto w brzuch. Z jękiem upadłem, zszokowany na podłogę.

— Możecie mi powiedzieć, dlaczego robicie taki hałas, o tak wczesnej porze? — Niewyspana Freja usiadła na łóżku, a jej srebrne włosy opadały na poduszkę.

— Nic takiego. Po prostu przypominałam naszemu kochanemu mężowi, że nie jest już kawalerem i nie może robić tego, co mu się żywnie podoba — odpowiedziała Kira, kładąc dłonie na biodrach, koc w międzyczasie zajmował miejsce tuż obok obolałego mnie.

— Zrozumiał? — Freja spojrzała na mnie pytającym wzrokiem.

— Chyba jeszcze nie... Nie wykazuje przejawów skruchy.

— No to musisz poprawić — odrzekła srebrnowłosa, podchodząc do paleniska i rozpalając je.

— Spokojnie dziewczyny, spokojnie. — Szybko się wtrąciłem w tę niebezpieczną rozmowę. — Wprawdzie nie wiem, o co wam chodzi, ale samą przemocą nic nie wskóracie. Może gdybyście po prostu powiedziały...

— Phi! Skoro jesteś taki mądry, domyśl się. Do twojego mózgu przemawia tylko czysta siła. — prychnęła Kira, siadając przy stole. Spojrzałem więc na drugą żonę, mając nadzieję na mniej zagadkową opowieść.

— No dobrze. — Zlitowała się nad mą biedną duszą. — Wczoraj przyparliśmy Almę do muru, chcąc się dowiedzieć, czy w czasie wasze kilkudniowej podróży nic się między wami nie wydarzyło. Wyobraź sobie nasze zdziwienie, gdy zamiast pikantnych szczegółów, po których powinnyśmy ostro zareagować, do naszych uszu doszła historia o twoich heroicznych wyczynach. Powinniśmy się cieszyć, mając tak odważnego męża, ale pojawia się jeden, mały szkopuł. Za bardzo się narażałeś, wchodząc do środka i odpalając ręcznie zaklęcie. Wystarczyło odpalić wabik, który, by to zrobił zamiast ciebie.

— Ale...

— Cisza, ja mówię. Zapominasz się Shadow. Już nie jesteś wędrownym najemnikiem, żyjącym od zlecenia do zlecenia. Twój los nie jest twoim losem. Od czasu naszego ślubu zostałeś mianowany liderem i naszym mężem. Los tego konfederacji zależy od ciebie. A ty mając nas i swoich ludzi gdzieś, wystawiłeś się na niebezpieczeństwo. Może chciałeś zobaczyć, jak wygląda ich królowa? Może jest urodziwa i skompletujesz się sobie kolejną żonkę, co?

— Nigdy nie miałem takich zamiar...

— Milcz! Podnieca cię owadzia kobieta? Dwie piękności już ci nie wystarczają? — Kontynuowała, a jej wściekłość narastała.

— ... — Próbowałem coś powiedzieć, ale na próżno.

— Mówiłam, że masz się zamknąć! — rzuciła gniewnie. — Marzy ci się harem? Taki wypełnionymi uległymi pięknościami? Nic z tego. Zaakceptujemy jeszcze jedną, ale żadnej więcej. Od teraz będziesz pod naszą stałą obserwacją. Niech ci tylko oko drgnie albo wzrok poleci ku jakiejkolwiek kobiecie, osobiście obetnę ci jajca. Zrozumiano?

— Przecież...

— Zrozumiano? — Jej twarz jasno wskazywała, że nie mam po co się kłócić. Wolałem dać za wygraną.

— Zrozumiano.

— A teraz my z Kirą się ubierzemy, a ty nam zrobisz śniadanie.

W odpowiedzi kiwnąłem głową. W młodości śmiałem się ze staruszka, że daje sobie wejść na głowę matce. A teraz proszę, jestem w takiej samej sytuacji. Już zrozumiałem z jaką siłą, musiał się mierzyć.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • krajew34 miesiąc temu
    Dla Ozara, chciałeś "spojrzenie innymi oczyma" to proszę bardzo, Wprawdzie na razie chwilowe, ale jest.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania