Piekarnia 22

Uderzenia kopyt odbijały się echem na wyludnionych uliczkach. Spokojne i urokliwe, pomimo zniszczeń, miasteczko sprawiało wrażenie wymarłego, tak jakby nadprzyrodzona siła porwała wszystkich jego mieszkańców. Cisza i walające się wszędzie porzucone mienie spowodowało, że mężczyźnie po plecach przebiegł dreszcz. Ktoś kiedyś tu mieszkał, żył, cieszył się i płakał, a teraz wszystko zamilkło, umarło, znikło… i tylko stukot podków Józefowego konia ożywiał martwą wydawałoby się okolicę.

Nie ponaglał zwierzęcia, zdawał sobie sprawę, że cokolwiek miało się stać z Walczakami, on i tak nie zdąży niczego zmienić. 

 Maryla, chwilę po tym jak jego Zbyszka zaatakował ten przebrzydły kruk, pobiegła szukać męża i syna.

 Rozdrażniony spojrzał na okaleczoną skórę srokacza; rany zadane kilka dni wcześniej nie chciały się goić. Odwrócił się do syna siedzącego z Iwonką w tylnej części wozu i bacznie przyjrzał się jego obrażeniom, które pozostawiły pazury czarnego ptaszyska. Ślady na końskim grzbiecie oraz na policzku dziecka, pomijając rozmiar, były identyczne. Wyglądało trochę tak, jakby właściciel znakiem trzech szponów oznaczył swoje zwierzęta.

Nie! To po prostu przypadek… Na pewno!

Mężczyzna potrząsnął głową, aby przegnać natrętne skojarzenia. Powrócił w myślach do rozmowy z Marylą, kiedy to umówił się z kobietą, że pod jej nieobecność zaopiekuje się Iwonką i Zbyszkiem. W razie, gdyby nie wróciła w ciągu godziny z Albertem i Jankiem, weźmie swojego konia i wóz Walczaków, gdyż jego własny wciąż był załadowany, i jeśli nie pojawią się o umówionym czasie, pojedzie po nich. Taki plan obmyślili na wypadek, jeśli któreś z nich miałoby problemy z poruszaniem się. Polecki miał ochotę chlapnąć, że pewnie będzie musiał pojechać po trupy, ale ostatecznie ugryzł się w język. 

„Ach, ten Albert! Nawet nie potrafił zająć się Wojtkiem!” – psioczył w duchu, spoglądając na zaropiały koński grzbiet, w obawie czy skórzana uprząż nie podrażnia ledwie zasklepionych ran.

 Zanim jeszcze wyruszył, sporządził wywar z ziół. Oczyścił nim obrażenia Zbyszka, po czym zajął się zwierzęciem, używając tego samego specyfiku. 

– No, Wojtuś, pomalutku. – Józef delikatnie machnął lejcami, chcąc dać znać, że czuwa nad koniskiem. – Teraz już ja będę się tobą zajmował.

Karosrokaty koń, jakby zrozumiał wypowiedziane do niego słowa, zastrzygł uszami i raźnie zakołysał głową, podrzucając bujną dwukolorową grzywę.

– To moja mama.

Kiedy usłyszał cichy głos chłopca, nie odwrócił się, bo wiedział, że słowa nie były skierowane do niego, ale skupił uwagę na rozmowie dwójki dzieci.

Zbyszek z malującą się na twarzy euforią i czymś pomiędzy smutkiem a cierpieniem, wpatrywał się w zdjęcie matki. Chłopak upomniał się o nie, gdy obaj szli po srokacza.

Przewlókł sznurek przez oczko w ramce fotografii i wykonał coś w rodzaju wisiora, który zawiesił sobie na szyi. Polecki próbował wyperswadować mu taki pomysł, ale mały uparł się i zrobił po swojemu.

– No, wiem, przecież już mówiłeś – odparła nieco znudzona Iwonka. – A jakiego koloru była ta suknia? – Wskazała na czarnobiałą fotografię. – Bardzo ładna.

– No… – chłopiec zawahał się. – Czarna… Chyba, ale nie wiem… Nie pamiętam, ale…

– Nie pamiętasz?! To przecież twoja mama! – W głosie dziewczynki zabrzmiało niemiłe powątpiewanie. – Nie wiesz, jak chodziła ubrana? A może, to nie jest twoja mama tylko jakaś pani?

– To moja mama! Ty… Ty głupia… Ty!

– Ej! – Józef dotąd nie wtrącał się w rozmowę młodych, ale teraz postanowił wygasić kłótnię, zanim ta rozkręci się na dobre. – Na fotografii jest Helena, twoja matka, a suknię miała niebieską w żółte kwiaty – wyjaśnił chłodno Polecki, patrząc przed siebie. – Była bardzo dobrą kobitą… – westchnął i cmoknął na konia, chcąc ukryć żal. – Nie spodobałoby się jej to, jak odzywasz się do koleżanki, Zbigniewie. – Ostatnie zdanie wypowiedział stanowczym tonem.

– Bo, ona…

– Sam jesteś głupi! – Urażona Walczakówna nie pozwoliła chłopcu się wytłumaczyć.

– Nie jestem…! – zaprotestował głośno i chciał jeszcze coś dodać, ale mężczyzna gwałtownie obrócił się do dzieci.

– Dość! – krzyknął i groźnie zmarszczył brwi. – Żadne z was nie jest głupie. Zbyszek nie pamięta, jak była ubrana jego matka, bo ją Niemcy zamordowali, jak był mały. I nie kłóćta się więcej o ten obrazek!

 

Zbliżali się do czterech wielkich kasztanowców, gdy markotna po reprymendzie Józefa dwójka dzieci nagle się ożywiła. Gdy Polecki zerknął na nie kątem oka, ujrzał podekscytowaną Iwonkę, która na coś wskazywała, delikatnie szturchając Zbyszka w bok. 

– No, powiedz! No, weź powiedz!

– Nie.  

Chłopiec pomimo wyraźnego zainteresowania, wzruszył ramionami i choć oczy mówiły zupełnie co innego, twarzyczka dziecka przybrała zacięty wyraz. W tym momencie z przewieszonym na szyi obrazem, przypominał pątnika w drodze do świętego przybytku.

– No, weź… To twój tata przecież. – Dziewczynka nie dawała za wygraną, a szczególny nacisk położyła na słowo „twój”. 

– A, co tam?! – Józef zatrzymał konia i nie rozumiejąc ich rozgorączkowania, popatrzył w tym samym kierunku co młodzież. Nastąpiła pełna wyczekiwania cisza. Zbyszek opuścił wzrok, a Walczakówna spojrzeniem starała się nakłonić go do zwrócenia się do ojca. Niestety, chłopak tylko spuścił nisko głowę.

– Co jest ?! – Józef swoim zwyczajem pewnie zignorowałby zachowanie młodych, ale po ostatnich wydarzeniach z dziwnie zachowującym się krukiem, uznał, że nie stać go na taki luksus. – Gadajcie, o co się tu rozchodzi?

– Bo, proszę pana, bo tam w sadzie są czereśnie... Ale aż takie czarne! – dziewczynka mówiąc, w myślach już przełykała soczyste owoce. – I ja bym chciała... ale Zbyszek też! – Trąciła chłopca, aby włączył się w rozmowę i patrząc mu wymownie w oczy dokończyła: – Poproś, żeby twój tata pozwolił nam trochę nazrywać!

Niedoszły sojusznik do przekonywania Poleckiego, ponownie w milczeniu wzruszył ramionami. 

– A gdzie one? Te czereśnie, bo nie widzę – spytał Józef, rozglądając się wokół.

– Tam. – Iwonka wskazała bramę miedzy kasztanowcami. – Jak mijaliśmy to drugie i trzecie drzewo, to było wtedy widać. Tam są i gałęzie aż się pod nimi uginają, proszę pana! – Dziewczynka była bardzo podekscytowana.

– Czekajta no… zara obaczę. 

Józef uczepił lejce do wystającej kłonicy wystającej i ruszył we wskazanym kierunku. 

– Halo! – krzyknął, wspierając się o bramę, na której wisiała tabliczka z informacją: „Nie ma min”. – Jest tam kto?! 

Nawoływał jeszcze kilka razy, nie usłyszawszy jednak odzewu, wszedł na posesję, znikając dzieciom z pola widzenia.

 – A ty, czemu nie powiedziałeś tacie, żeby się zatrzymał? Przecież też chciałeś czereśni. – Iwonka z wyrzutem zwróciła się do małego Poleckiego. – Wszystko ja musiałam mówić! 

– Bo, to... – Zbyszek złapał się za policzek – i tamto, wtedy w domu, to przez niego... I mama też przez niego umarła…

– Co, ty, gadasz? – Walczakówna wyraźnie się zdziwiła. – Twoja mama nie żyje przez twojego tatę? Jak to? Przecież jej nie pamiętasz. – Przejęta dziewczynka zadawała pytania jedno za drugim. – Jak umarła? Byłeś mały. Skąd wiesz?

– Dziura mi powiedział… – Zbyszek się zasępił. – Jak mnie bił… Wtedy, w domu mówił.

– Co?! Jaka „dziura”? Co, ty…? – Nie dokończyła gdyż właśnie nadszedł Józef, popiskując cynkowanym wiadrem. 

– Oj, dobre. – Wypluł pestki i rzucił młodym garść czereśni. – Słodkie jak miód i jeszcze to znalazłem – mówiąc, uniósł swoje blaszane trofeum. – Widno nikogusio ni ma, idziem nazrywać więcej – zakomunikował rozradowany, nie wiadomo czym bardziej – owocami czy blaszanym przedmiotem.

Józef zerknął na dzieciaki. Spodziewał się radosnej reakcji, a te mimo iż prędko zgarnęły przyniesione owoce, wpychając je sobie natychmiast do buzi, miały wciąż nietęgie miny. 

– No, co? To już nie chceta czereśniów?

Dwójka wyrostków popatrzyła na siebie niepewnie. Na twarzy Iwonki malowało się napięcie, świadczące, że w myślach rozważa słowa Zbyszka. Szybko jednak zwyciężyło przeświadczenie o tym, że kolega mówił od rzeczy i po chwili radośnie wykrzyknęła z pełną buzią:

  – Chcemy! – Wypluła cztery pestki jedną po drugiej niczym karabin maszynowy i zeskoczyła z wozu. – Umiesz tak?! – zapytała, wyzywająco spoglądając na Zbyszka. 

–  Nie, ale Franek umie. – Chłopcu natychmiast udzielił się nastrój dziewczynki, jakby jego mroczne myśli wyparowały pod wpływem jej radości. – Tylko mnie nie zdążył nauczyć, bo mnie ojciec zabrał i musieliśmy tu jechać. – Niezdarnie wypluł pestkę, a zabarwiona czerwienią ślina upaprała mu twarz. 

– Cho, Zbynek, nazbieramy dużo, to cię nauczę! 

 Zdumiony Polecki obserwował, jak Walczakówna zdejmuje maskę nieśmiałej dziewczynki, a w głowie kołatała się myśl: „No, odrys mamusi! Jak nic nieodrodna marylowa córka.” 

Bardzo podobała mu się ta cała sytuacja. Jego syn odkąd go zobaczył po odzyskaniu świadomości, ciągle był markotny i jakiś odległy, a teraz w końcu się uśmiechał i z euforią rwał do działania. Nieważne, że młodym bardziej chodziło o plucie pestkami niż o same owoce. Ważne, aby jego dziecko odzyskało znowu radość życia. 

– A, panie Polecki, a my nie musimy szybko jechać po tatę i Janka? Może pójdziemy do sadu później, jak będziemy wracać? – Nagle mała brunetka, z długimi warkoczykami przypomniała sobie o najbliższych.

– Eee, i tak już nie pomożemy tru... – Józef wypalił bez zastanowienia, ale ugryzł się w język. – Im… To nazbierajmy też dla nich. Na pewno się ucieszą, co? Twoi lubią czereśnie, hę? 

– Janek to nawet bardzo – Iwonka popatrzyła na blondynka i dodała: – A zobaczysz Zbyno, jak Janek dobrze pestkami strzela, lepiej nawet niż ja pluję! 

  Rozbawiony Józef pokręcił głową z niedowierzaniem na to, co usłyszał. Uwiązał konia do drzewa i podążył za idącymi przodem, wesoło przekomarzającymi się dzieciakami.

Następne częściPiekarnia 23  Piekarnia 24  Piekarnia 25  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 13

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • KarolaKorman 2 miesiące temu
    ,,znakiem trzech szponów oznaczył swoje zwierzęta.'' - tu napisałabym: swoje ofiary
    ,,Kiedy usłyszał cichy głos chłopca. Nie odwrócił się, '' - tutaj wstawiłabym przecinek zamiast kropki, by pierwsze zdanie miało sens
    Trochę te czereśnie nie na miejscu w takim momencie, ale pokusa, pokusą :)
    Kolejna świetna część, słownictwo przednie :)
    5 wstawione :)
    Pozdrawiam :)
  • Maurycy Lesniewski 2 miesiące temu
    Hej Karola sugestie obadam zaraz, są bardzo interesujące :)
    Czereśnie, jak to czereśnie ciężko się im oprzeć :)
    Miło mi bardzo, że zajrzałaś i podzieliłaś się spostrzeżeniami :)
    Pozdrawiam serdecznie :)
  • betti 2 miesiące temu
    To jest bardzo dobra historia, ślicznie snujesz te wątki, zaciekawiasz cały czas. Super!
  • Maurycy Lesniewski 2 miesiące temu
    Dziękuję bardzo Betti :)
  • betti 2 miesiące temu
    Maurycy Lesniewski Ty mi nie dziękuj, to ja dziękuję Tobie - za przyjemność czytania.

    Pozdrawiam.
  • Maurycy Lesniewski 2 miesiące temu
    betti :)
  • jolka_ka 2 miesiące temu
    Przyjdę tu jutro.
    :)
  • Maurycy Lesniewski 2 miesiące temu
    Będę czekał :)
  • Aisak 2 miesiące temu
    Ten moment trzeba celebrować.
    Więc jak przystało na córę Mojżeszową podelektuję się w Szabas.
  • Aisak 2 miesiące temu
    Nie wytrzymałam i przeczytałam.
    Trzymasz czytelnika w niepewności fenomenalnie dozując kolejne wydarzenia.

    Cisza przed burzą...
  • Maurycy Lesniewski 2 miesiące temu
    Niecierpliwa Ajsi :)))
    Dzięki, że niewytrzymałaś,i super komentarz jeszcze napisałaś :)
  • jolka_ka 2 miesiące temu
    Maurycy! Przeczytałam Twoją historię z dużym zaciekawieniem. Lubię taką stylistykę i taki język. Sama coś próbowałam w ten deseń pisać, ale na razie utknęło :)
    *"Spokojne i urokliwe pomimo zniszczeń miasteczko sprawiało wrażenie wymarłego (...)" - pomimo zniszczeń jest tu chyba wtrąceniem więc oddzieliłabym przecinkami.
    *"Ślady na końskim grzbiecie oraz na policzku dziecka pomijając rozmiar, były identyczne" - Tu taka sama sytuacja jak wyżej.
    Niektóre zdania są przydługie i trochę niezrozumiałe, ale ogólnie bardzo na plus. Cieszę się, że przeczytałam wszystko ;))
    Będzie więcej?
    Pozdrawiam, 5!
  • Maurycy Lesniewski 2 miesiące temu
    Przeczytałaś całość? No, no :)
    Może powinnaś wrócić do tego zrzuconego swojego opowiadanie, może warto? :)
    Dzięki za komentarz i sugestie, zaraz to obczaje. No, a moje długaśne zdania to powiem, że i tak tu są już stonowane, ale pewnie masz rację.
    Dzięki za wizytę i komentarz :)
  • jolka_ka 2 miesiące temu
    Maurycy Lesniewski Wrócę, jak znajdę na to wenę :D
    Tak wszystko sobie z rana łyknęłam. Super, że i proza i poezja u Ciebie :)
  • Maurycy Lesniewski 2 miesiące temu
    jolka_ka czasem jak pomysł odleży, efekty mogą być zadziwiające, trzeba tylko zacząć, a wena sama Cie znajdzie :)
  • Justyska 2 miesiące temu
    Witaj Maurycy, są takie książki przez które przypala się obiad, przestaje rozmawiać z rodziną i czyta się je do późnej nocy, aż oczy same klapną. Jeśli ta historia byłaby w formie książki to pewnie musiałabym kupić nowe garnki:) Mówię całkiem poważnie.
    A co do tej części to wkurza mnie tu Polecki tą pewnością, że już nie ma po kogo jechać..eh.
    Rozumiem, że w weekend będzie kolejna część?
    Pozdrówka i bierz się za pisanie. Nie wiem czy są błędy, za dobrze się czytało:)
  • Maurycy Lesniewski 2 miesiące temu
    Hej Justysia :)
    Polecki ma te swoje wizje, jak dotąd nigdy się nie pomylił, więc dlatego jest pewny, albo prawie... chyba:)
    No no, to martwię się o Twoje garnki :)
    Bardzo mi miło, że tak fajnie odbierasz to opowiadanie. Mam kilka części do przodu napisane, ale obróbka, ktoś mi pomaga to doprowadzić do ładu i składu, trwa dość długo, bo bardzo miła osoba robi mi korekty w wolnym czasie, także wiesz:)
    Po malutku jakoś to będzie się pojawiać :)
    Dzięki bardzo za komentarz :)
  • Keraj 2 miesiące temu
    Czereśnie łakocie którym nie można się oprzeć 5
  • Maurycy Lesniewski 2 miesiące temu
    Ano :)
    Dzięki Keraj za wizytę:)
  • MarBe 2 miesiące temu
    Ciekawie opisałeś podróż na wozie ciągniętym przez konia i nie zapomniałeś o mówieniu woźnicy do konia.
    pozdrawiam i czekam na kolejne odcinki.
  • Maurycy Lesniewski 2 miesiące temu
    Rozmowa woźnicy i konia to podstawa dobrych relacji ????
  • Maurycy Lesniewski 2 miesiące temu
    Miała być uśmiechnięta gęba :)
  • wersjaZwrotna 2 miesiące temu
    Fajne dla oka. Super.
  • Maurycy Lesniewski 2 miesiące temu
    Dzięki bardzo!!!
  • kalaallisut 2 miesiące temu
    I tym miłym akcentem idę spać:) Bardzo miło się czytało, początek malowniczy, jest też fajna gwara i kłućta się - mimo gwary nie powinno być przez "ó" ale to dosłownie szczegół. I te szczekanie z pestek lepiej niż plucie - wywołał uśmiech. Pozdrawiam i dobranoc
  • Maurycy Lesniewski 2 miesiące temu
    Dzięki kalaallisut za komentarz i wyłapanie tego błędu :)
    Pozdrawiam :)
  • pasja 2 miesiące temu
    Witam
    Niby ten Józef dobry chłop i ojciec dla Zbyszka, a jakiś taki niepozbierany. Wiem, że wojna i walka o byt zostawiła w ludziach blizny, ale w końcu powinien traktować syna inaczej. Znowu przewija się wątek matki jej śmierci i znowu chłopiec obwinia ojca. Czy jest jakaś tajemnica?
    Dalej nie wiemy co z tymi dwoma, a Polecki się opieprza.

    Pozdrawiam i miłej nocki
  • Maurycy Lesniewski 2 miesiące temu
    Witaj Pasjo:)
    W każdym strzępie informacji może kryć się ziarno prawdy... I jak to w Twoich komentarzach, znowu zadajesz właściwe pytania:)
    Dziękuję bardzo za wizytę:)
    Pozdrawiam serdecznie :)
  • jolka_ka 2 miesiące temu
    Puk, puk.
    Kiedy ciąg dalszy?
  • Maurycy Lesniewski 2 miesiące temu
    A Ty to czytasz? :)
    No ten... pisze się w bólach :)
  • betti 2 miesiące temu
    Maurycy Lesniewski weź coś przeciwbólowego i dawaj ciąg dalszy, bo ile mozna czekać...
  • jolka_ka 2 miesiące temu
    Maurycy Lesniewski Czytasz ;)
  • Maurycy Lesniewski 2 miesiące temu
    betti właśnie piszę trzecią cześć na przód, tylko wiesz, ze szlifowaniem trochę mi schodzi...
    Cierpliwości Betti :)
  • Maurycy Lesniewski 2 miesiące temu
    jolka_ka no to miło wiedzieć :)
  • betti 2 miesiące temu
    Maurycy cierpliwość nie jest moją mocną stroną...
  • Maurycy Lesniewski 2 miesiące temu
    betti i to nas łączy :)
  • Ritha miesiąc temu
    „Taki plan obmyślili na wypadek, jeśli któreś z nich miałoby problemy z poruszaniem się” – pomyślałeś o wszystkim, widać, ze się wczuwasz, git

    „Karosrokaty koń” – heh, ciekawe określenie :D

    „– Nie pamiętasz?! To przecież twoja mama! – W głosie dziewczynki zabrzmiało niemiłe powątpiewanie. – Nie wiesz, jak chodziła ubrana? A może, to nie jest twoja mama tylko jakaś pani?
    – To moja mama! Ty… Ty głupia… Ty!” – heh urocze (gupia dziewczynka, zraniła go :/)

    „– Sam jesteś głupi! – Urażona Walczakówna nie pozwoliła chłopcu się wytłumaczyć” – wcale nie! To ona jest głupia! :D Bez taktu dziewuszysko.

    „– Nie jestem…! – zaprotestował głośno” – dokładnie! Nie jest.

    Ok, uspokajam się i wracam do lektury.

    „Zbyszek nie pamięta, jak była ubrana jego matka, bo ją Niemcy zamordowali, jak był mały” – ten też taktem nei grzeszy

    Nie no, dialogi są świetne, aż się człek ma ochotę włączyć.

    „– Co jest ?! – Józef swoim” – bez spacji po „jest”

    „Tam są i gałęzie aż się pod nimi uginają, proszę pana! – Dziewczynka była bardzo podekscytowana” – no dobrze, może nie jest tak całkiem głupia, w zasadzie też jest deczko urocza. Ale tylko deczko! :D

    na której wisiała tabliczka z informacją: „Nie ma min” – spoko tabliczka

    Ciekawą rzecz Zbyszek powiedział…

    „ – Chcemy! – Wypluła cztery pestki jedną po drugiej niczym karabin maszynowy i zeskoczyła z wozu. – Umiesz tak?! – zapytała, wyzywająco spoglądając na Zbyszka.” – heh, nie no, urocza część :)

    Jak nic nieodrodna marylowa córka.” - kropka za cudzysłów

    „– Eee, i tak już nie pomożemy tru... – Józef wypalił bez zastanowienia” – dzizas xD

    Super, Mauryc, urocza część :)
  • Maurycy Lesniewski miesiąc temu
    Hej Ritha :)
    Bardzo mi miło, że tak ciepło odbierasz tę część i w ogóle całe opowiadanie:)
    Każde słowo komentarza, którym zwracasz uwagę na minusy ale i na plusy, są na wagę złota.
    Utwierdzasz Moryca w przekonaniu, jak oczywiście rownież inni odwiedzający mnie tutaj, że warto brnąc z tym koksem dalej.
    Bardzo dzięki za wizytę i komentarz.
  • Canulas 3 tygodnie temu
    Noo, wody trochę upłynąć zdążyło, alem jest.
    Tylko jedna duperelka.

    "– A gdzie one? Te czereśnie, bo nie widzę – spytał Józef, rozglądając się wokół." - uciekł znak zapytania z końca.


    Jak zwykle zajebiaszcza, mega dopracowana, archaizacja.
    Nie było mnie kawał czasu, a ponowne wejście w klimat, to kwestia kilku zdań. Poleci naszkicowany drobiazgowo. Niejednoznaczny. Mający swoje wewnętrzne demony. Syn jego widać, że jednak się ojca boi. Ta mała, śmieszna.
    Karawana jedzie dalej.
  • Maurycy Lesniewski 3 tygodnie temu
    Woda sobie płynie pomalutku :)
    Faktycznie zapytajnika gdzieś wcięło. Trza to zbadać :)
    Dzięki Canie za wizytę i za komentarz, bardzo doceniam.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania