Cuiavia. 0036. Gniazdo Raroga
Robert pchnął drzwi i stanął w progu. Śmierdziało potem i mokrą gliną, która zalegała na klepisku, w kątach, na ścianach. Agnieszka zaglądała mu przez ramię.
— Mściwoju… z kim stoczyłeś tu bitwę? — parsknęła.
Zerknął na nią spod brwi. — Po tylu próbach sama byś garnkami w ściany waliła.
Na półce stały równo ułożone naczynia o cienkich, gładkich ściankach. Cicho gwizdnęła. — Nie wierzę… Ty to zrobiłeś?
Chciała podejść bliżej, nogi rozjechały się jej na glinie, poderwała ręce w górę.
— Oj!
Robert chwycił ją w pasie i przyciągnął do siebie.
— No pięknie… — Oparła się o niego.
Sięgnął po jedno z naczyń. Mściwój zasłonił je dłonią.
— Jeszcze mokre — mruknął. — Paluchy zostawisz. Poprawiać będę musiał.
— Piękna robota. — Pochyliła się. — Skąd te kształty? Podpatrzyłeś gdzieś?
Otarł dłonie o uda. Odwrócił się ku kołu.
— Przyszło samo. Matka lepiła inaczej. Wałki jeden na drugim, potem zacierała palcami złączenia. Gar rósł powoli. Gruby, ciężki. Ledwo wyciągała go z ognia.
Pochylił się, kopnął dolne koło. Blat ruszył.
— Koło podpowiada, gdzie dłoń przyłożyć. Glina pnie się pod palcami, jakby ją Wiły głaskały.
Cofnął dłoń. Rozejrzał się. — Lepiej nie mówić takich rzeczy przy robocie. Nie miałem pojęcia, że ziemia da się tak urobić.
Przeciągnęła palcem nad jednym z dzbanków. Uśmiechnęła się. — Mściwoju, ale z ciebie bajarz.
— Czas na próbny wypał — powiedział Robert. — Niech doschną. Przygotujemy piec.
— Jeśli wypał się uda, będziesz znaczył swoje wyroby — podjęła Agnieszka. — Niech wszyscy wiedzą, że to twoje. Wybierz własny znak. Wydrapiesz go albo zrobimy pieczęć do mokrej gliny.
Ścisnął koszulę.
— Rezy duszę wiążą — wyrzucił z siebie. — To zaproszenie Licha w progi.
Podeszła bliżej. Położyła dłoń na jego napiętym ramieniu.
— Kawałek drewna. Odcisk. Nic poza tym.
— Nie. — Cofnął się o krok. — To wołanie.
— A niech wołają, ale kupców. Kto kupi garnek, zobaczy znak i wróci po następny. W dalekich stronach zapytają: „Gdzie ten, co mu Wiły garnki lepią?”.
Przełknął ślinę. Wargi mu drgnęły.
— Bez znaku nie odróżnią twoich od cudzych — dodała ciszej.
Robert prychnął.
— Zaraz usłyszysz, że twoje miski leczą zęby, byleś pił z nich o świcie.
Zwęziła powieki.
— Śmiej się. A potem sam będziesz je na targ woził.
Trącił garncarza łokciem.
— Ma rację. Chcesz lepić dla sąsiadów za garść kaszy czy dla kupców za sól?
Mściwój wyprostował plecy. Wygładził koszulę. Spojrzał w stronę rodzinnej chaty.
* * *
Przystanęli przy skarpie. Robert wyrył linie na zboczu.
— Tu damy drewno. Tędy z paleniska pociągnie gorące powietrze pod garnki. Ustawimy je wyżej, na glinianym ruszcie.
Mściwój pochylił się nad rysunkiem.
— Ogień pod ziemią?
— Tak.
Robert zdrapał kijem wierzchnią ziemię. Pod nią odsłoniła się zbita glina. Mściwój odłupał kawałek i zgniótł go w palcach.
— Nie siądzie nam na łby? Ziemia nie lubi, gdy się jej bebechy rusza.
— Tu jest twardo. Nie wybierzemy dużo. Potem wyłożymy gliną i wypalimy.
Ścięli darń przy krawędzi i wybrali spod niej pierwsze bryły. Glina odchodziła ciężkimi kawałkami. Robert odgarniał urobek na bok.
Mściwój stanął przy ścianie, żeby przeciąć korzeń.
Uderzył toporem. Ostrze odskoczyło, trzonek zawibrował mu boleśnie w dłoniach. Przy następnym zamachu utkwiło w drewnie.
Zaparł się, szarpnął. Korzeń pękł z trzaskiem. Z miejsca po nim posypał się suchy piach. Strużka gwałtownie rozszerzyła się. Bryła gliny oderwała się od krawędzi i zwaliła go na plecy. Piach zasypał mu głowę i pierś. Leżał bez ruchu.
— Mściwoju!
Robert dopadł do osypiska i odrzucił piach z jego twarzy. Mściwój zacharczał, na oślep drapiąc powietrze. Robert chwycił go pod pachy i wywlókł spod osuwiska.
Mściwój wypluł piach i nabrał powietrza. Otworzył jedno oko. Drugie zalepiała krew z rozciętego czoła.
— Cały jesteś?
Sięgnął do twarzy.
— Nie trzyj! Chodź, przemyjemy w rzece.
— Myślałem… że Zmora mnie dosiadła… — Splunął. — Że wciąga do nory.
* * *
— Dobrze, że jesteś! — Ostry głos Dobrej zatrzymał Agnieszkę w progu. — No wejdź! Zobacz, coście narobili tym swoim toczydłem!
Oparła dłonie na biodrach. Stała pośród naczyń.
— Całą chałupę mi zawalił. Nie ma gdzie stopy postawić!
Do izby wszedł Stanimir, przyciskał do piersi świeżo wytoczone miski. Uśmiechał się szeroko.
— A ty znowu?! Jeszcze więcej tego znosisz?! Wynoś mi to natychmiast z chałupy! Masz gumno — tam sobie trzymaj!
— Trzeba trochę drewna zmarnować, zanim...
— Jakie „zanim”?! Masz taczki do zrobienia! Gospodarze ziarno dali, a ty się garami bawisz! Zabieraj to wszystko, bo ci zaraz na łbie porozbijam!
Agnieszka wzięła od niego miskę. Przeciągnęła palcem po krawędzi. — Gładka. Ani drzazgi. Ile weźmiesz za cztery?
Stanimir zamrugał. — No co ty... — mruknął. — Dziewanno, przecież my... razem.
— Jedną kurę?
— No co ty! Przestań...
— Dwie?
— Stanimirze... — odezwała się Dobra.
— Trzy? Pół stada oddaję, ale dorzuć kubki i łyżki.
Stanimir machnął ręką. — Bierz wszystko! Narobiliście się przy tym toczydle, zbudowaliście je, a teraz wpychasz zapłatę. Bierz, co chcesz!
Dobra przenosiła spojrzenie od naczyń do przyjaciółki.
— Myślisz... — ściszyła głos — że ludzie oddadzą kurę za miski? Drewna u nas pod dostatkiem.
Agnieszka uniosła naczynie i z impetem cisnęła nim o klepisko. Drewno huknęło i potoczyło się pod ścianę.
— Widzisz? Tego garncarz nie da. To sprzedacie.
Podniosła miskę, dobrała trzy podobne i cztery łyżki. Wyszła.
Dobra odetchnęła ciężko.
— Dziatki! — wrzasnęła. — Brać gary i między sąsiady! Obaczym, kto da jadło za drewno!
Dzieci spojrzały na matkę, potem na ojca. Zgarnęły naczynia w lniane płachty i powlokły się ku wyjściu.
* * *
Zapach polewki uderzył ich już przed obejściem. W misie parowała gęsta strawa z jesiotrem, obok leżał bochen.
Agnieszka sięgnęła po łyżki, ale widząc czerwony ślad na czole Mściwoja, uniosła brwi. Podeszła i odsunęła mu włosy znad rozcięcia.
— Zmora go dopadła — zaśmiał się Robert.
Gniewko znieruchomiał i odruchowo schował kciuk w garść, zerkając niespokojnie ku rzece. Robert potargał mu czuprynę, chłopiec wypuścił wstrzymywane powietrze.
Agnieszka uśmiechnęła się kącikiem ust i rozdała łyżki. Potem sięgnęła po nowe miski. Robert przyjął swoją od razu. Mściwój i Gniewko zatrzymali wyciągnięte ręce w pół ruchu.
Spojrzeli po sobie. Potem na nią.
— Chorzy my? — odezwał się Mściwój. — Czym zawinilim, że razem jeść nie będziem? Jednośmy jeszcze czy już nie?
Trzymała przed nimi naczynia. Spuściła wzrok. — Chciałam tylko… żeby każdy dostał swoją.
— Przy stole nie ma „swoje”. Jest nasze. — Cofnął dłoń.
Gniewko ścisnął mocniej łyżkę.
Robert odchrząknął. — Chciała dobrze. Spójrz na chleb, jeden, dla wszystkich.
Mściwój nie podniósł głowy.
— Nikt nie jest lepszy ani gorszy — powiedział Robert. — Każdy dostaje własną. Ja, Agnieszka, wy. Równo.
— Gdybym chciała was odsunąć, jadłabym z Robertem z jednej. Sama też będę jadła z własnej.
— Nawet wy…
Sięgnęła po chochlę, a drugą ręką podsunęła mu miskę. Wziął ją i podstawił do napełnienia.
— Wasza chata. Wasze obyczaje. — Nie patrzył im w oczy.
Kiedy oni nabierali, on też. Kiedy odłożyli łyżki, zrobił to samo.
Wrócili do jamy z pełnymi brzuchami.
— Patrz. Pół roboty z głowy. — Mściwój wskazał obsypaną wyrwę. — Jama już jest.
Robert ściągał łopatą pozostały nawis, a Mściwój odsuwał spadającą ziemię. Dopiero gdy nad wykopem nie zostało nic wiszącego, zabrali się do wybierania dna.
Robert wyrzucał piach. — Zrobimy sklepienie. Wytniemy żerdzie. Na nie pójdzie glina.
Mściwój spojrzał na ściany.
— Żerdzie w ogniu pójdą.
— Dlatego glina musi wyschnąć i utrzymać się bez nich, zanim rozpalimy na dobre. Potem ją wypalimy.
— Wypalimy… — powtórzył Mściwój. — Byle nas wcześniej nie pochowała.
Pod piachem trafili na mokrą glinę. Oblepiała łopatę; musieli strząsać ją po każdym wbiciu. W urobku błysnął długi miodowy kształt. Potem kolejne.
Mściwój padł na kolana. — Patrz, co ziemia kryje. — Chwycił znalezisko. Otarł o koszulę.
— Kości starej ziemi — szepnął. — Tędy Weles dno z morza wyrywał.
Ostrożnie ułożył je na darni.
Jama rosła. Kiedy Mściwój stanął na dnie, brzeg wykopu sięgał mu do kolan.
Wybrali kanał prowadzący do paleniska. Pośrodku komory ulepili niski, szeroki słupek.
Wzdłuż brzegów wbili giętkie żerdzie. Wygięli je nad środkiem i związali. Obkładali szkielet gliną, wciskając ją w szpary. Kopuła zamknęła się nad jamą. U dołu zostawili wlot paleniska, wyżej z boku otwór na garnki, szeroki na barki Mściwoja. U szczytu kopuły jaśniał dymnik. Robert wytarł dłonie o spodnie i przyjrzał się im. Skóra była szorstka, pociemniała od ziemi. Żadnych nowych pęcherzy.
— Wyróbmy glinę. Jutro wylepimy środek na gładko.
* * *
Nazajutrz świat skurczył się do wilgotnej jamy. Mściwój wpełzł do środka. Przesłonił wejście. Słabe światło wpadało tylko przez dymnik. — Duszno tu... Jajo Raroga mógłbym wysiedzieć — sapnął.
Na zewnątrz docierał tylko stłumiony pomruk.
Robert podawał porcje gliny przez otwór. Mściwój ledwo widział własne dłonie. Pot szczypał go w oczy. Oddychał coraz szybciej. Dociskał glinę do ścian i rozcierał złączenia. Przy szerszym ruchu łokieć zahaczał o świeżo nałożoną warstwę.
Zamienili się miejscami. Glina wchodziła pod paznokcie, oblepiała łokcie i kolana.
— Więcej! — krzyknął ku wejściu.
Wygładzali glinę, pilnując, by kanał ogniowy był równy. Bardziej rzeźbili niż murowali.
Wyszli z pieca. Ruszt formowali przez boczne wejście. Na słupku i na brzegach jamy oparli żerdzie. Przepletli je cieńszymi gałęziami i oblepili gliną wymieszaną z piaskiem. Dokładali jej, aż drewno zniknęło pod grubą warstwą.
Robert przebijał żerdzią otwory między gałęziami. Mściwój wygładzał wierzch,
— Na tym ustawimy garnki. — Robert wskazał gotowy ruszt. — Ogień pójdzie pod spodem.
— Bez tych dziur nie wypalimy? Matka paliła w ognisku, potem zostawiała w żarze.
— Przez nie gorący dym przejdzie do garnków, potem wyjdzie górą. — Strzepnął glinę z palców. — Garnki powinny być czyste i dzwoniące.
— Ściany jeszcze obsypiemy, muszą być grube. — Robert poklepał mokrą kopułę. — Inaczej ciepło ucieknie.
Oś taczki zgrzytała, piach chrupał pod kołem.
Robert kopał i dowoził ziemię, Mściwój obsypywał nią boki. Nasyp rósł od podstawy. Ubijali ziemię. Ramiona im drżały. Na koniec obłożyli go płatami darni.
Wiatr znad drogi przyniósł śmiech — cienki, dźwięczny. Mściwój odwrócił głowę. Stał, słuchając. Glina zasychała mu na palcach.
Robert przeciągnął się, aż trzasnęło mu w plecach. Cofnął się o krok i z uśmiechem obejrzał piec.
Przerwa na posiłek była krótka. Dawniej przy wspólnej misie Mściwój wyczekiwał na swoją kolej, śledząc rytm cudzych rąk. Teraz pochłaniał parującą strawę, byle szybciej zapchać żołądek i wrócić do roboty. W ciszy niosło się tylko siorbanie i skrobanie łyżek o dno.
* * *
Zastawili boczne wejście gałęziami i zalepili szczeliny.
Robert wsunął do paleniska garść suchej trawy i kilka cienkich gałązek. Przyłożył żar, dmuchnął. Dym zakłębił się przy wlocie, potem cofnął na zewnątrz.
— Na dymnik patrz.
Mściwój odsunął się od pieca. Górą uniosła się cienka smuga.
Robert przestał dmuchać. Płomień nie zgasł, pochylił się w głąb kanału. — Ciągnie — odetchnął.
Mściwój wrócił do wlotu i przykucnął. — Sam go wciąga… — Obejrzał się na smugę nad dymnikiem. — A ty już nie dmuchasz.
— Przed garnkami wypalimy go pustego. Powoli.
Skończyli. Wlekli stopy nad rzekę. Glina zasychała na skórze i sztywniała na ubraniach. Rozebrali się i weszli w nurt. Syknęli. Zimna woda sięgnęła im do pasa. Mściwój nabierał wody w dłonie i oblewał rozgrzaną pierś.
— Wyglądam jak garnek. — Robert zanurzył się. — Muszę to z siebie zmyć, zanim mnie wypalisz.
— Stałbyś się Rarogiem. — Chlapnął go w twarz.
— Gdybyś tak szybko lepił glinę, jak łykasz strawę, piec stałby już rano! — Robert zmrużył oczy w blasku zachodzącego słońca. — No, garncarzu. Coś mi się zdaje, że ty przy tej robocie nie tylko o glinie dumasz.
Mściwój zaczął zapamiętale płukać włosy. — Myślę o ogniu — rzucił w stronę nurtu.
— Ogień? Widziałem, gdzie cię ciągnie. Kto tam czeka?
— Tyle powiem: drugiej takiej w całym opolu nie znajdziesz. Choćbyś przetrząsnął wszystkie sioła, nie zobaczysz takiego lica. — Jęknął, trącony pod żebra. Nogi rozjechały mu się na grząskim dnie.
— Ejże, chłopie... Moja Agnieszka jedyna tu ognistowłosa. Ty mi się w niej nie podkochuj. Łapy przy sobie, bo cię w tym piecu na amen zamuruję.
Mściwój prychnął, prostując się w nurcie. — No co ty! Oszalałeś od roboty? Twoja… zacna jest, nic nie mówię, ale ja o innej! Najpierw gary, potem chata — ciągnął, patrząc w dal. — A wtedy białowłosa stanie na moim progu. Zobaczysz.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania