Poprzednie częściKroniki Elorien - Prolog

Kroniki Elorien - Rozdział 22

Namiot dowódców od rana pozostawał jednym z najspokojniejszych miejsc w całym obozie, choć było to spokoju raczej pozornego niż rzeczywistego. Na dużym stole leżała rozłożona mapa północnej części Elorii, przyciśnięta na rogach kamieniami, aby wiatr nie porwał pergaminu. W kilku miejscach zaznaczono czerwonym atramentem ostatnie położenia cienistej smoczycy, a między nimi poprowadzono przerywane linie przedstawiające przypuszczalny kierunek jej przemieszczania się. Obok mapy znajdowały się raporty zwiadowców, niektóre jeszcze wilgotne od porannej rosy, oraz kilka kawałków pergaminu opisujących znalezione ślady. Zheron stał nad stołem z rękami opartymi o jego krawędź i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w mapę, podczas gdy Venegas siedział po drugiej stronie i obracał w palcach jeden z raportów. Ja tym razem od razu przybrałem ludzką postać i stałem nieco z boku. Nadal dziwnie czułem się w sytuacji, w której nie musiałem udawać muchy, ale trzeba też przyznać, że rozmowa w ludzkiej postaci miała jedną ogromną zaletę: nie musiałem latać między kartkami, żeby przeczytać, co ktoś właśnie położył na stole.

– Ostatni raport jest zaledwie sprzed dwóch godzin – powiedział Zheron. – Zwiadowca widział ślady na północno-zachodnim zboczu. Według jego opisu były świeże.

Venegas podniósł wzrok znad pergaminu.

– Jak świeże?

– Kilka godzin. Może mniej.

– To oznacza, że jest bliżej, niż zakładaliśmy.

Benjamin pochylił się nad mapą.

– Z ostatnich trzech raportów można coś wyczytać. Wcześniej jej trasa była chaotyczna. Wchodziła w las, zawracała, przemieszczała się na wschód, potem znowu na zachód. Teraz wszystkie ślady przesuwają się w jednym kierunku. Powoli, ale konsekwentnie.

Przez chwilę nikt się nie odezwał. Venegas położył raport na stole i spojrzał na mapę z jeszcze większą uwagą.

– Czyli jest na naszym tropie.

Venegas westchnął i oparł się wygodniej o krzesło. Zheron uśmiechnął się lekko, ale po chwili jego twarz znowu spoważniała.

– Musimy wiedzieć, gdzie ona jest teraz. Nie gdzie była kilka godzin temu. Teraz.

Venegas przytaknął – Zwiadowcy są już w terenie.

– Ale oni jej nie zobaczą w nocy – przypomniał Zheron – A nawet w dzień może być za późno, jeśli schowa się w lesie.

– Właśnie dlatego pomyślałem o czymś innym.

Poczułem, że obaj magowie patrzą teraz na mnie.

– Nie podoba mi się ten wzrok – powiedział.

Venegas uśmiechnął się.

– Nie wiem, czy ci się spodoba, ale twoje umiejętności mogą nam się teraz bardzo przydać.

Znacząco westchnąłem. Zheron odsunął jeden z raportów i wskazał palcem na mapę.

– Potrzebujemy kogoś, kto będzie mógł obserwować smoczycę z bliska. Nie zwiadowcę. Nie maga. Kogoś, kogo trudno będzie zauważyć.

Spojrzałem na nich z niedowierzaniem.

– Nie.

– Jeszcze nawet nie powiedziałem, o co chodzi.

– Nie musiałeś.

Venegas parsknął śmiechem.

– Benjaminie, jesteś muchą.

– Doskonale zdaję sobie z tego sprawę.

– A zatem możesz polecieć tam, gdzie człowiek nie miałby najmniejszej szansy się dostać. Możesz usiąść na drzewie kilka metrów od niej i obserwować. Możesz sprawdzić, dokąd się kieruje, czy zatrzymuje się na dłużej, czy reaguje na coś konkretnego.

– I co dokładnie mam zrobić, kiedy ją znajdę?

– Obserwować – odpowiedział Zheron.

– Tylko?

– Tylko.

– Nie mam jej śledzić z bliska?

– Nie.

– Nie próbować zwrócić jej uwagi?

– Absolutnie nie.

– Nie lądować jej na głowie?

Venegas uniósł brew.

– Szczególnie nie na głowie.

– Dobrze. To przynajmniej rozsądne.

Zheron wskazał na kilka punktów na mapie.

– Zwiadowcy podejrzewają, że smoczyca przemieszcza się teraz wzdłuż tych zboczy. Jeśli polecisz na północny zachód, powinieneś przeciąć jej prawdopodobny szlak. Gdy ją znajdziesz, nie podejmujesz żadnego ryzyka. Chcemy wiedzieć, dokąd zmierza. Jeżeli zatrzyma się gdzieś na dłużej, zapamiętaj miejsce. Jeżeli zacznie kierować się w stronę obozu, wracasz natychmiast.

– A jeśli mnie zauważy?

Zapadła krótka cisza.

– Wtedy – powiedział Venegas – wykorzystujesz swoją największą przewagę.

– Czyli?

– Jesteś muchą.

– Dziękuję. Niezwykle cenna rada.

– Proszę bardzo.

Zheron pokręcił głową, ale również się uśmiechnął.

– Pamiętaj tylko, że jesteś dla nas znacznie cenniejszy żywy niż martwy. Nie próbuj być bohaterem.

– Nigdy nie próbowałem.

– To dobrze.

– Zazwyczaj przypadkiem nim zostawałem.

Tym razem nawet Zheron się roześmiał, choć krótko. Atmosfera w namiocie na moment stała się lżejsza, lecz wszyscy wiedzieli, że zadanie jest poważne. Znałem już mniej więcej teren, a jako mucha nie potrzebowałem dróg ani ścieżek. Wystarczyło mi niebo, drzewa i własna cierpliwość.

– Dobrze – powiedziałem w końcu. – Polecę.

Venegas skinął głową.

– I Benjaminie?

– Tak?

– Jeżeli jakimś cudem zobaczysz w okolicy Astratusa, też wracaj. Nie próbuj za nim lecieć.

Benjamin spojrzał na niego poważnie.

– Aż tak głupi nie jestem.

Kilka chwil później zniknąłem za wejściem do namiotu. Na zewnątrz rozejrzałem się jeszcze raz, upewniłem, że nikt poza wtajemniczonymi nie zwraca na mnie szczególnej uwagi, a następnie przemieniłem się. Człowiek zniknął, a na ziemię spadła niewielka mucha. Poderwałem się w powietrze i ruszyłem ponad obozem, kierując się w stronę gór.

Wyleciałem z obozu z miną człowieka, który właśnie został wysłany na samobójczą misję, choć w moim przypadku należałoby raczej powiedzieć: z miną muchy, która właśnie została wysłana na samobójczą misję. Problem polegał na tym, że muchy nie mają szczególnie szerokiego wyboru min. Mogę co najwyżej odpowiednio poruszyć głową, a i to wygląda bardziej jak przypadkowe kręcenie się w powietrzu niż wyraz powagi. Niemniej jednak w mojej głowie wyglądało to niezwykle dostojnie. Ostatni raz spojrzałem na obóz, który z góry przypominał mi teraz małą, chaotyczną plamę namiotów rozrzuconych po kamiennym płaskowyżu. Widziałem ludzi przemieszczających się między stanowiskami, błyski zaklęć, żołnierzy patrolujących obrzeża i świetliste bariery Luxery, które z tej wysokości wyglądały jak cienka pajęczyna rozciągnięta nad ziemią. Potem wzbiłem się wyżej i zostawiłem ich za sobą. Nie pierwszy raz opuszczałem obóz w ten sposób, ale chyba pierwszy raz miałem świadomość, że tym razem naprawdę nie będę za nikim podążał. Nie było sześciu młodych magów, którzy przypadkiem wpadliby na jakieś kłopoty. Nie było Zherona, który po wszystkim zrobiłby tę swoją minę człowieka zastanawiającego się, dlaczego właściwie pozwolił młodzieży podejmować decyzje. Nie było Venegasa. Byłem tylko ja, góry, wiatr i perspektywa spotkania z jednym z najpotężniejszych stworzeń, jakie kiedykolwiek chodziły po tym kontynencie. Cudowny sposób na rozpoczęcie dnia.

Góry Srebrzyste z góry wyglądały zupełnie inaczej niż z poziomu człowieka. Przez setki lat zdążyłem nauczyć się, że krajobraz zmienia się zależnie od tego, czym właściwie się na niego patrzy. Z ziemi góry wydają się ogromnymi ścianami skał, które trzeba mozolnie omijać, wspinać się po nich albo przeklinać, kiedy kolejny raz okazuje się, że ścieżka kończy się kilkadziesiąt metrów przed miejscem, do którego człowiek chciał dotrzeć. Z wysokości kilku metrów wszystko stawało się bardziej uporządkowane. Grzbiety układały się w długie, poszarpane linie, doliny przecinały zbocza niczym głębokie rysy, a lasy wyglądały jak ciemnozielone plamy wciśnięte pomiędzy skały. Znalazłem się nad pierwszym z większych grzbietów i pozwoliłem, by wiatr mnie porwał. Lot muchy ma tę ogromną zaletę, że człowiek nie musi specjalnie zastanawiać się nad kierunkiem. Wystarczy znaleźć odpowiedni prąd powietrza i pozwolić mu wykonać większość pracy. Oczywiście istnieje też wada. Człowiek może być zmęczony, ale przynajmniej wie, że jest zmęczony. Mucha po prostu zaczyna latać coraz gorzej. To niezwykle filozoficzne doświadczenie. Przez chwilę byłem stworzeniem szybującym nad majestatycznymi górami, a chwilę później byłem małym owadem walczącym z podmuchem, który postanowił wysłać mnie prosto na skałę. Majestat natury ma swoje granice.

Im dalej leciałem, tym bardziej krajobraz stawał się surowy. Las gęstniał w dolinach, ale na zboczach pojawiały się coraz większe połacie nagiej skały. W kilku miejscach dostrzegłem ślady dawnych osuwisk. Całe fragmenty zboczy wyglądały, jakby ktoś kiedyś przesunął je gigantyczną dłonią. Nad jednym z takich miejsc zatrzymałem się na moment, zawisając w powietrzu. W dole znajdowała się wąska dolina, przez którą wiła się cienka, srebrzysta wstęga strumienia. Przez kilka sekund obserwowałem wodę. Potem przypomniałem sobie, że mam misję, a nie wycieczkę krajoznawczą. Ruszyłem dalej.

Kiedy minąłem kolejny grzbiet, zacząłem szukać pierwszych oznak obecności smoczycy. Zwiadowcy wskazali mi obszar, w którym widziano jej ślady, ale z góry nie było to takie proste, jak mogłoby się wydawać. Oczywiście, gdyby cienista smoczyca miała zwyczaj zostawiać po sobie wielkie tablice z napisem „TĘDY PRZECHODZIŁAM”, moja praca byłaby znacznie łatwiejsza. Niestety nie miała. Zamiast tego musiałem wypatrywać rzeczy znacznie subtelniejszych. Czarnej mazi. Połamanych drzew. Miejsc, w których ziemia była nienaturalnie ubita. Śladów ognia. Wszystkiego, co nie pasowało do spokojnego krajobrazu gór. Zacząłem więc zataczać szerokie kręgi nad kolejnymi dolinami, schodząc niżej, kiedy coś przyciągnęło moją uwagę, i ponownie wznosząc się, kiedy okazywało się zwykłym cieniem albo kamieniem.

Po pewnym czasie zauważyłem coś, co mogło być tym, czego szukałem. Na północnym zboczu, między drzewami, znajdował się niewielki obszar pozbawiony roślinności. Ziemia była ciemniejsza niż w pozostałej części lasu, a kilka drzew leżało powalonych. Zatrzymałem się nad nim i zacząłem powoli obniżać lot. Im bliżej byłem, tym wyraźniej widziałem czarne smugi ciągnące się po ziemi. Zatrzymałem się na jednym z gałęzi i przyjrzałem się im. Nie było wątpliwości. To była ta sama czarna substancja, o której pisali zwiadowcy. Nie wiedziałem, czym dokładnie była. I, szczerze mówiąc, nie miałem najmniejszej ochoty się dowiadywać poprzez bezpośredni kontakt. Po kilkuset latach życia człowiek zaczyna doceniać prostą zasadę: jeżeli coś jest czarne, lepkie i zostało zostawione przez ogromnego smoka skażonego czarną magią, najlepiej tego nie dotykać. To jedna z tych zasad, które powinny być zapisane na pierwszej stronie każdego podręcznika dla początkujących poszukiwaczy przygód.

Ruszyłem dalej wzdłuż śladów. Z bliska można było dostrzec, że smoczyca rzeczywiście przemieszczała się przez las. Nie szła żadną wyraźną ścieżką. Czasem przebijała się przez drzewa, łamiąc je, czasem schodziła w dół zbocza, a czasem najwyraźniej zatrzymywała się na dłużej. W kilku miejscach ziemia była tak mocno ubita, że nie rosła tam nawet trawa. Znalazłem również kilka wypalonych fragmentów lasu, choć ogień nie wyglądał na zwykły. Drzewa były osmalone niemal całkowicie, a popiół miał dziwnie ciemny odcień. Przypomniałem sobie raport zwiadowcy. Smoczyca zaczęła być agresywna. Zniszczyła wieżyczkę. Nie atakowała jeszcze ludzi, ale coraz mniej przypominała stworzenie, które po prostu czegoś szuka. Wyglądała raczej jak stworzenie, które zaczyna tracić cierpliwość.

To była myśl, która szczególnie mi się nie spodobała.

Bo przecież cała nasza nadzieja opierała się na tym, że smoczyca szuka Demonka. Jeżeli go znajdzie, być może po prostu zabierze swoje młode i odejdzie. Oczywiście „po prostu” było w tym zdaniu słowem bardzo optymistycznym. Mówimy przecież o cienistym smoku. Stworzeniu skażonym czarną magią, wystarczająco potężnym, by przełamywać bariery całej Krainy Demonów. Ale nawet wtedy istniała szansa, że macierzyńskie uczucia okażą się silniejsze od wszystkiego innego. Problem polegał na tym, że Demonek już nie żył. A ja wiedziałem, kto go zabił. I wiedziałem, że smoczyca prawdopodobnie też już to wyczuwała.

Leciałem więc dalej, coraz bardziej świadomy, że tym razem nie szukam zwykłego potwora. Byłem na tropie matki, która szukała swojego dziecka. I choć przez całe życie nauczyłem się patrzeć na świat z pewnym dystansem, nagle poczułem coś, czego zdecydowanie wolałem nie czuć. Współczucie. Być może nawet żal. Demon pozostawał demonem, ale gdzieś pod całą tą czarną magią, ogromem, siłą i przerażającą historią nadal mogła istnieć istota, która po prostu szukała swojego potomstwa. Nie wiedziała jeszcze, że kiedy je znajdzie, nie znajdzie nic.

Zatrzymałem się na chwilę nad jednym z najwyższych drzew i spojrzałem w stronę dalszych gór. Słońce zaczynało przesuwać się coraz wyżej. Cienie między skałami stawały się krótsze, a las powoli rozświetlał się złotawym światłem. Przez chwilę wszystko wyglądało spokojnie. Nawet zbyt spokojnie.

I właśnie wtedy zobaczyłem coś na zboczu po drugiej stronie doliny. Najpierw pomyślałem, że to cień chmury. Potem, że może grupa skał. Następnie zobaczyłem ruch. Powolny. Ciężki. Zbyt duży, by należał do jakiegokolwiek stworzenia, które chciałbym spotkać bez przygotowania.

Zamarłem w powietrzu. A właściwie, jeśli ktoś kiedyś zastanawiał się, czy mucha potrafi zamarznąć w powietrzu ze strachu, odpowiedź brzmi: potrafi. I wygląda to bardzo podobnie do zwykłego zawisania, tylko z dużo większą ilością wewnętrznych przekleństw. Nie wiedziałem jeszcze, czy właśnie znalazłem smoczycę. Ale bardzo, bardzo mocno podejrzewałem, że tak.

Przez kilka kolejnych sekund nie poruszyłem ani jednym skrzydłem. Patrzyłem na poruszający się kształt po drugiej stronie doliny i próbowałem przekonać samego siebie, że istnieje jakieś rozsądne wyjaśnienie tego, co widzę. Może była to skała, która w jakiś sposób postanowiła zmienić położenie. Może ogromne drzewo przewróciło się akurat w taki sposób, że zaczęło iść pod górę. Może nawet kilku wyjątkowo głupich olbrzymów urządziło sobie spacer po zboczu. Jak widać, człowiek — nawet człowiek mający ponad osiemset lat — potrafi wymyślić zadziwiająco wiele absurdalnych wyjaśnień, zanim dopuści do siebie to najbardziej oczywiste. W końcu jednak poruszający się kształt wyszedł spomiędzy drzew i wszystkie moje nadzieje na pomyłkę umarły. To była ona. Cienista smoczyca.

Z bliska, a właściwie z perspektywy muchy znajdującej się kilkadziesiąt metrów nad nią, była jeszcze większa, niż sobie wyobrażałem. Wcześniej słyszałem opisy. Czytałem raporty. Widziałem rysunki wykonane przez zwiadowców, choć większość z nich przypominała raczej dzieła człowieka, który zobaczył smoka przez trzy sekundy i później próbował odtworzyć go z pamięci. Żaden jednak opis nie przygotował mnie na rzeczywistość. Jej ciało było długie i potężne, ale jednocześnie niezwykle smukłe jak na stworzenie tej wielkości. Nie przypominała klasycznych smoków, które przedstawiano na starych gobelinach jako ogromne, ciężkie bestie o grubych łapach i szerokich brzuchach. Jej sylwetka była bardziej przypominająca drapieżnika stworzonego do szybkiego przemieszczania się. Długi tors przechodził w potężny kark, a następnie w głowę, która poruszała się nieustannie, jakby nawet podczas marszu analizowała otoczenie. Ogon ciągnął się za nią przez ziemię niczym ogromny, czarny bicz, od czasu do czasu uderzając w skały albo zgarniając z drogi mniejsze drzewa.

Najbardziej uderzająca była jednak jej skóra. Nie była po prostu czarna. Czerń byłaby zbyt prostym określeniem. Jej łuski miały kolor czegoś pomiędzy głębokim fioletem, grafitem i absolutnym mrokiem. W pełnym świetle niektóre z nich odbijały promienie słońca delikatnym, zimnym połyskiem, ale wystarczyło, że znalazła się w cieniu drzewa, aby niemal całkowicie zniknęła. Nie chodziło nawet o to, że była dobrze zakamuflowana. Cienie wokół niej zachowywały się po prostu inaczej. Jakby światło miało problem z określeniem, gdzie kończy się jej ciało, a zaczyna otoczenie. W kilku miejscach łuski były pęknięte albo pokryte bliznami. Niektóre fragmenty skóry wyglądały, jakby dawno temu zostały przypalone od środka. Spomiędzy łusek sączyła się miejscami czarna substancja, dokładnie taka sama jak ta, którą znajdowaliśmy wcześniej na jej szlaku.

I wtedy zrozumiałem, dlaczego zwiadowcy nazwali ją cienistą smoczycą. Cień dosłownie zdawał się przylegać do jej ciała. Nie był to zwyczajny cień rzucany przez słońce. Oczywiście również taki istniał, ale pod nim znajdowała się jeszcze druga warstwa mroku, nieregularna i ruchoma. Przesuwała się po łuskach, czasami spływała z karku na przednie łapy, czasami oplatała ogon, a czasami wyglądała, jakby unosiła się kilka centymetrów nad skórą. Nie potrafiłem określić, czy była częścią jej ciała, efektem skażenia czarną magią, czy może czymś zupełnie innym. Widziałem przez wieki wiele dziwnych rzeczy, ale ten widok zdecydowanie trafiał do kategorii „nie próbuj dotykać”.

Jej cztery łapy były długie i muskularne. Każda kończyła się potężnymi szponami, które przy każdym kroku wbijały się w ziemię. Niektóre miały długość mojego ludzkiego przedramienia, co z punktu widzenia muchy było argumentem wystarczającym, by zdecydowanie nie zbliżać się do podłoża. Kiedy przechodziła po kamienistym zboczu, pazury zgrzytały o skały, zostawiając na nich głębokie rysy. Nie poruszała się jednak ciężko. Wręcz przeciwnie. Jej ruchy były zaskakująco płynne. Każdy krok wyglądał na dokładnie przemyślany. Nawet kiedy schodziła po stromym zboczu, zachowywała równowagę z łatwością stworzenia, które urodziło się właśnie po to, aby poruszać się po górach.

Skrzydła miała ogromne. Złożone wzdłuż boków niemal całkowicie zakrywały część tułowia. Błony były ciemne, niemal czarne, ale kiedy przechodziło przez nie światło, można było dostrzec subtelne, fioletowe refleksy. Nie wyglądały zdrowo. W kilku miejscach znajdowały się postrzępione fragmenty, jakby skrzydła zostały kiedyś poważnie uszkodzone. Mimo to były potężne. Nawet złożone sprawiały wrażenie, jakby zajmowały połowę szerokości ścieżki, którą właśnie przemierzała. Kiedy wiatr poruszył jedną z błon, usłyszałem nawet z tej odległości głuchy, ciężki trzepot. Nie chciałem sobie wyobrażać, jaki dźwięk wydawały, kiedy naprawdę zaczynała latać.

Jej szyję pokrywały nieco większe łuski, układające się w coś przypominającego naturalną zbroję. Z tyłu głowy wyrastały dwa długie, zakrzywione rogi, które przechodziły w niemal idealną czerń. Pomiędzy nimi znajdowały się mniejsze wyrostki, tworzące coś w rodzaju korony. Nie była to oczywiście korona w sensie dosłownym, ale patrząc na nią, trudno było oprzeć się temu skojarzeniu. Na karku znajdował się rząd ostrych kolców, który ciągnął się aż do połowy grzbietu. Niektóre były złamane, inne wygięte. W kilku miejscach widać było świeże pęknięcia.

Jej głowa była zdecydowanie najgorszą częścią całego obrazu. Była wydłużona, ale nie przesadnie smukła. Szczęki miała potężne, a pomiędzy nimi znajdowały się długie, nierówne zęby. Niektóre były połamane. Inne wyglądały na świeżo wyrośnięte. Z nozdrzy przy każdym wydechu wydobywała się delikatna czarna mgła. Nie była to para. Powietrze wokół jej pyska po prostu ciemniało, jakby coś niewidzialnego mieszało się z każdym oddechem. Kiedy otworzyła paszczę, zobaczyłem język i głęboką czerń gardła. Przez moment dostrzegłem tam nawet delikatny, fioletowy blask, który zniknął, gdy zamknęła szczęki.

Ale najbardziej zapamiętałem jej oczy. Były ogromne, osadzone głęboko po bokach głowy i miały kolor bardzo ciemnego fioletu. W samym środku każdego znajdowała się cienka, pionowa źrenica. Nie świeciły jak oczy niektórych magicznych stworzeń. Nie potrzebowały tego. Ich spojrzenie samo w sobie było wystarczająco niepokojące. Co chwilę poruszały się, przesuwając z jednego miejsca na drugie. Drzewa. Skały. Niebo. Ziemia. Kolejne drzewa. Jakby próbowała odnaleźć coś konkretnego, ale nie wiedziała dokładnie, gdzie tego szukać.

Nie chodziła bez celu. Nie przemierzała gór przypadkowo. Zatrzymywała się przy każdym większym skupisku zapachów, przy każdej jaskini, przy każdej naturalnej wnęce. W pewnym momencie zeszła nawet ze ścieżki i wcisnęła głowę pomiędzy dwa ogromne głazy, jakby próbowała wyczuć coś ukrytego pod ziemią. Potem gwałtownie odsunęła się i wydała z siebie niski pomruk. Nie był to jeszcze ryk. Bardziej dźwięk frustracji, głęboki i wibrujący, który przeszedł przez całą dolinę.

Drzewa wokół niej lekko zadrżały. Znalazłem się wtedy zdecydowanie za blisko. Nie miałem pojęcia, czy smoki widzą muchy. Podejrzewałem, że tak. W końcu były magicznymi, inteligentnymi stworzeniami, a nie szczególnie głupimi krowami. Mimo wszystko liczyłem na to, że ogrom stworzenia będzie działał na moją korzyść. Jeżeli patrzy się na cały świat z perspektywy smoka, pojedyncza mucha prawdopodobnie nie jest najważniejszym elementem krajobrazu. Przynajmniej bardzo chciałem w to wierzyć.

Przysiadłem więc na spodzie liścia, pozostając całkowicie nieruchomy. Smoczyca przeszła kilka metrów dalej. Jej ogon przesunął się pomiędzy drzewami. Zatrzymała się. Podniosła głowę. Przez chwilę patrzyła dokładnie w moją stronę.

Przez kilka długich chwil smoczyca pozostawała zupełnie nieruchoma. Wpatrywała się w dolinę, jakby próbowała odczytać z niej coś, czego ja, mimo całego mojego doświadczenia, nie potrafiłem dostrzec. Jej głowa poruszała się powoli, niemal niezauważalnie, raz w jedną, raz w drugą stronę. Potem jednak stało się coś, co natychmiast zwróciło moją uwagę. Uniosła pysk i zaczęła węszyć. Nie było to zwyczajne badanie powietrza. Wciągnęła je głęboko, a następnie przez chwilę trwała bez ruchu, jakby analizowała każdą cząsteczkę, która dostała się do jej nozdrzy. Po chwili zrobiła to ponownie. Tym razem gwałtowniej. Jej nozdrza rozszerzyły się, a głowa skierowała się dokładnie w moją stronę. Wtedy po raz pierwszy od momentu, kiedy ją zobaczyłem, poczułem coś bardzo nieprzyjemnego. Oczywiście, można powiedzieć, że jako mucha nie powinienem mieć szczególnie wyrafinowanego systemu ostrzegawczego. Natura wyposażyła mnie przecież w oczy, skrzydła i wyjątkowo irytujące brzęczenie, a nie w zdolność przewidywania śmierci. Przez ponad osiemset lat nauczyłem się jednak rozpoznawać momenty, w których rozsądny człowiek powinien natychmiast przestać zadawać pytania i zacząć uciekać. Ten właśnie należał do takich momentów. Smoczyca zrobiła krok w moim kierunku. Potem następny. Z każdym kolejnym coraz wyraźniej miałem wrażenie, że nie obserwuje już okolicy. Obserwuje mnie. A właściwie nie mnie. Coś, co było we mnie.

Zacząłem nerwowo rozważać wszystkie możliwości. Przecież znajdowałem się w bezpiecznej odległości. Byłem maleńki. Nie wykonywałem gwałtownych ruchów. Nie miałem nawet najmniejszego powodu sądzić, że mogła mnie zobaczyć. Smoki są potężne, ale nie są wszechwiedzące. A jednak jej zachowanie stawało się coraz bardziej jednoznaczne. Znowu wciągnęła powietrze, tym razem tak głęboko, że aż uniosły się drobiny pyłu leżące między kamieniami. Jej nozdrza drgnęły. Potem jeszcze raz. I nagle przyszła mi do głowy myśl, której zdecydowanie nie chciałem mieć. Demonek. Od kilku dni znajdowałem się w jego pobliżu. Widziałem go z bliska. Przelatywałem nad jego klatką, przesiadywałem przy wartownikach, obserwowałem go, kiedy Filius próbował się nim zajmować. A później... później wszystko zakończyło się w sposób, którego nie chciałem sobie nawet przypominać. Astratus twierdził, że smoczyca jest jego matką. A teraz stała przede mną, po tygodniach poszukiwań, po przemierzeniu ogromnych terenów, i nagle zaczynała reagować na moje pojawienie się tak, jakby coś w moim zapachu powiedziało jej, że znalazła właściwy trop. Czy naprawdę zapach Demonka mógł osiąść na mnie? Nawet w tej postaci? Nie miałem pojęcia. I, szczerze mówiąc, nie zamierzałem przeprowadzać eksperymentu, żeby się przekonać.

Smoczyca zatrzymała się jeszcze na moment. Jej łeb był teraz skierowany prosto w moją stronę. Zobaczyłem, jak jej oczy zwężają się, a potem nagle wydarzyło się coś jeszcze bardziej niepokojącego. Zniknęło z niej wcześniejsze osłabienie. Przez ostatnie dni widziałem w raportach, że była niespokojna, chaotyczna, że przemieszczała się bez wyraźnego celu, a nawet że w pewnych momentach wydawała się zmęczona. Tutaj również sprawiała wrażenie stworzenia wyczerpanego długą wędrówką. Teraz jednak jakby ktoś nagle podłączył ją do źródła energii. Jej skrzydła napięły się. Pazury wbiły się w ziemię. Ciało wyprostowało się, a czarna łuska zdawała się jeszcze mocniej pochłaniać światło. W jej sylwetce pojawiła się nagle ogromna siła. Nie było już w niej tej dziwnej bezradności, którą dostrzegałem wcześniej. Była decyzja. I była pewność. Smoczyca właśnie znalazła trop.

Nie czekałem na dalszy ciąg przedstawienia. Oderwałem się od skały i wzbiłem wyżej, chcąc zwiększyć dystans. I wtedy smoczyca również się poruszyła. Najpierw zrobiła gwałtowny krok, potem drugi, a następnie rozpostarła skrzydła. Przez chwilę wyglądała jak fragment samej góry, który nagle postanowił wzbić się w powietrze. Skrzydła były ogromne, znacznie większe, niż wydawało mi się z ziemi. Ich błony nie przypominały jednak delikatnej skóry zwyczajnego stworzenia. Były ciemne, niemal całkowicie czarne, poprzecinane nieregularnymi pasmami czegoś, co przypominało fioletowe żyłki światła. Kiedy rozłożyła je na całą szerokość, cień padł na kamienie pod nią. A potem uderzyła nimi raz.

Powietrze eksplodowało ruchem. Drobne kamienie potoczyły się po ziemi, pył uniósł się w górę, a ja zostałem niemal wyrzucony z własnego toru lotu. Drugie uderzenie skrzydeł wyniosło ją już ponad skały. Trzecie sprawiło, że znalazła się na wysokości, na której mogła swobodnie nabrać prędkości. I wtedy zrozumiałem coś jeszcze. Ona nie leciała przed siebie przypadkowo. Kierowała się dokładnie w stronę obozu.

W stronę nas wszystkich.

Przez moment zawisłem w powietrzu, patrząc za nią. Mogłem oczywiście wrócić do swojej jaskini, przybrać ludzką postać i udawać, że niczego nie widziałem. Byłby to nawet bardzo rozsądny plan, gdyby nie fakt, że w obozie znajdowali się moi potencjalni współpracownicy, sześciu młodych magów, Zheron, Venegas, Luxera, Flavius i cała reszta ludzi, którzy mieli właśnie zostać odwiedzeni przez coś, co było wystarczająco potężne, by zniszczyć starą wieżę obserwacyjną. Poza tym, skoro to ja sprowadziłem na nich tę wiadomość, powinienem przynajmniej mieć przyzwoitość ostrzec ich przed jej przybyciem. Odpowiedzialność to bardzo nieprzyjemna rzecz. Szczególnie kiedy posiada się skrzydła wielkości ziarenka grochu i próbuje się ścigać smoka.

Ruszyłem więc za nią. W pierwszej chwili wydawało mi się, że dystans między nami będzie się powiększał w absurdalnym tempie. Smoczyca była przecież stworzona do lotu. Ja byłem muchą. Różnica technologiczna między nami była mniej więcej taka jak między rydwanem a kamieniem. Na szczęście nie musiałem jej doganiać. Wystarczyło utrzymać ją w zasięgu wzroku. Leciała nisko nad górskimi zboczami, czasami przelatując między skalnymi występami, czasami wzbijając się wyżej. Jej ogromne skrzydła poruszały się rytmicznie, ale każde uderzenie dawało jej potężny skok do przodu. Nie przypominała teraz stworzenia szukającego drogi. Wyglądała jak ktoś, kto wreszcie ją odnalazł.

I właśnie to było najbardziej przerażające. Przez cały czas zastanawiałem się, co właściwie zamierza zrobić. Astratus powiedział, że kontrolował smoczycę. Powiedział też, że teraz oddaje ją nam. Czy naprawdę przestał mieć nad nią wpływ? Czy może jego słowa były kolejną częścią gry? Czy smoczyca leciała do obozu, bo wyczuła Demonka, czy dlatego, że Astratus skierował ją właśnie tam? A może jedno i drugie? Najgorsze było to, że nie znałem odpowiedzi na żadne z tych pytań. Wiedziałem tylko, że właśnie leciałem za cienistym smokiem, który kierował się w stronę obozu pełnego ludzi.

Im bliżej była płaskowyżu, tym bardziej przyspieszała. Zaczęła przelatywać nad lasem, a jej cień przesuwał się po koronach drzew niczym ogromna plama nocy. Ptaki uciekały przed nią w popłochu. Mniejsze stworzenia znikały między krzakami. Nawet drzewa wydawały się nagle zbyt ciche. A ja, lecąc za nią, zacząłem już wyobrażać sobie minę Zherona, kiedy zobaczy smoczycę nad obozem. Prawdopodobnie najpierw będzie spokojny. Potem bardzo skupiony. Następnie wyda kilka rozkazów. A na końcu zacznie przeklinać. Venegas zapewne zachowa większy spokój. Luxera przygotuje bariery. Flavius zacznie rozstawiać źródła. Młodzi magowie... cóż, oni będą musieli nauczyć się bardzo szybko, czym różni się trening przeciwko magicznym stworzeniom od prawdziwej walki ze smokiem.

A ja musiałem tam dotrzeć pierwszy. Przyspieszyłem więc, ile tylko mogłem. Oczywiście „przyspieszyłem” w przypadku muchy oznaczało mniej więcej tyle, że zacząłem machać skrzydłami z desperacją zamiast z rozsądkiem. Smoczyca jednak była już coraz bliżej płaskowyżu. Z tej wysokości mogłem dostrzec pierwsze ślady obozu między formacjami skalnymi. Maleńkie punkty namiotów. Ruch ludzi. Migoczące bariery. Wszystko wyglądało spokojnie. Zbyt spokojnie.

Smoczyca przelatywała właśnie nad ostatnim pasmem drzew, kiedy wydała z siebie niski, przeciągły dźwięk. Nie był to ryk. Jeszcze nie. Bardziej przypominał głębokie wezwanie, które przeszło przez powietrze i zatrzęsło liśćmi. Odpowiedzi oczywiście nie było. Ale ona chyba jej nie potrzebowała. Znalazła kierunek. Znalazła zapach. Znalazła coś, czego szukała od tak dawna.

A ja po raz pierwszy od bardzo dawna naprawdę żałowałem, że jestem tak dobrym obserwatorem. Bo właśnie miałem być świadkiem spotkania matki z miejscem, w którym zginęło jej dziecko.

Nie zdążyłem. I chyba, po głębszym zastanowieniu, powinienem uznać to za jedną z tych sytuacji, w których los łaskawie postanowił uratować mnie przed konsekwencjami własnej ciekawości. Byłem już niemal nad skrajem płaskowyżu, kiedy nagle przede mną rozbłysło światło. Nie jedno. Nie dwa. Cała seria błysków przecięła powietrze tak gwałtownie, że przez moment straciłem orientację. Kolejne bariery aktywowały się niemal jednocześnie, tworząc przed obozem kaskadę świetlistych ścian. Powietrze zatrzęsło się od energii magicznej, a ja, będąc zaledwie małą muchą lecącą prosto w środek tego widowiska, mogłem tylko z wdzięcznością stwierdzić, że nie zdążyłem znaleźć się bliżej. Gdybym leciał kilka sekund szybciej, prawdopodobnie oślepłbym, a nawet nie wiedziałem, czy mucha może oślepnąć. Uznałem więc, że nie jest to dobry moment na prowadzenie badań naukowych.

Smoczyca znalazła się dokładnie nad pierwszą linią obrony, kiedy magia uderzyła w nią po raz pierwszy. Nie był to jeden potężny pocisk, lecz fala energii, która rozlała się po całym niebie. Światło odbiło się od jej czarnych łusek, a na moment cała jej sylwetka została obrysowana jasną poświatą. Smoczyca gwałtownie skręciła. Drugie zaklęcie przemknęło tuż obok jej skrzydła. Trzecie eksplodowało przed nią, tworząc krótką ścianę blasku. Nie próbowała jej przebijać. Nie tym razem. Zamiast tego odruchowo cofnęła się w powietrzu, zatrzepotała ogromnymi skrzydłami i zmieniła kierunek. Z dołu odpowiedziała jej kolejna seria błysków. Cały płaskowyż na kilka sekund zamienił się w pulsującą, oślepiającą konstrukcję światła.

Dopiero wtedy zorientowałem się, że to wszystko było przygotowane. A skoro było przygotowane, zaczęło mi świtać, co właściwie się wydarzyło. Zheron i Venegas nie byli przecież głupcami. Od kilku dni wiedzieli, że smoczyca podąża za jakimś tropem. Wiedzieli też, że Demonek znajdował się w obozie, a później już nie. Wiedzieli wreszcie, że ja miałem z nim kontakt. Jeżeli doszli do tego samego wniosku co ja, mogli przewidzieć, że smoczyca wyczuje jego zapach właśnie na mnie. I najwyraźniej przewidzieli to bardzo dokładnie. Nie czekali więc, aż smoczyca pojawi się nad obozem i dopiero wtedy zaczną zastanawiać się, co zrobić. Przygotowali zasadzkę.

Bardzo dobrą zasadzkę, muszę przyznać. Szkoda tylko, że przynętą byłem ja. W gruncie rzeczy powinienem czuć się nawet trochę doceniony. Przez całe moje długie życie nie spodziewałem się, że pewnego dnia zostanę strategicznym elementem planu wojskowego. Co prawda liczyłem raczej na rolę tajnego obserwatora, ewentualnie niezwykle sprytnego szpiega. Nie przewidywałem natomiast, że moje zadanie będzie polegało na lataniu w stronę smoka, który może mnie wyczuć, a następnie sprowadzeniu go prosto pod przygotowane zaklęcia. Każdy ma jednak swoje pięć minut. Moje właśnie trwały.

Smoczyca tymczasem wyraźnie nie rozumiała, co się dzieje. Jej lot stał się chaotyczny. Raz próbowała zbliżyć się do obozu, za każdym razem jednak napotykała kolejną warstwę magicznej obrony. Niektóre zaklęcia były niewidoczne, dopóki ich nie dotknęła. Inne pojawiały się jako świetliste łuki, które przecinały jej drogę. Jeszcze inne rozbłyskiwały pod nią, zmuszając ją do gwałtownego skrętu. Nie były to ataki mające ją zabić. Raczej ostrzeżenia. Próba utrzymania jej na dystans. I chyba właśnie dlatego działały. Smoczyca nie znała tych zaklęć. Nie wiedziała, ilu magów znajduje się pod nią ani jak silna jest obrona. Zamiast ryzykować, wycofała się.

Poleciała w kierunku pobliskiej góry. Jej ogromna sylwetka szybko oddaliła się od płaskowyżu, aż w końcu wylądowała na szerokiej skalnej półce. Uderzenie jej łap o ziemię wzbiło chmurę pyłu. Skrzydła jeszcze przez chwilę pozostawały rozpostarte, jakby była gotowa do kolejnego lotu, ale po kilku sekundach powoli je złożyła. Przez moment siedziała nieruchomo. Patrzyła na obóz.

A ja patrzyłem na nią. Z tej odległości wyglądała niemal nierzeczywiście. Ogromna, czarna sylwetka na tle skał, nieruchoma niczym posąg. Tylko jej oczy zdradzały, że w środku cały czas coś się dzieje. Poruszały się, śledząc płaskowyż, bariery, ludzi. Potem jej głowa obróciła się w moją stronę.

Zamarłem. Nie wiedziałem, czy nadal mnie wyczuwa. Nie chciałem się przekonywać. Zatrzymałem się więc w powietrzu, tak daleko od niej, jak tylko mogłem, i przez kilka sekund nie wykonałem żadnego ruchu.

Smoczyca również się nie poruszyła. Minęła chwila. Druga. Trzecia. A potem uniosła głowę. Jej gardło zaczęło się poruszać.

Nie był to dźwięk, który można było pomylić z rykiem zwyczajnego zwierzęcia. Najpierw pojawiło się głębokie, niemal niesłyszalne dudnienie. Czułem je bardziej niż słyszałem. Przeszło przez skały, powietrze i moje maleńkie ciało. Potem dźwięk narastał. Smoczyca otworzyła paszczę i z jej wnętrza wydobył się przeciągły, potężny ryk. Demoniczny.

Nie był tylko głośny. Był przesiąknięty czymś, czego nie potrafię dobrze opisać. Wściekłością, bólem i desperacją jednocześnie. Głos odbił się od gór, a potem wrócił z wielu stron, tworząc złudzenie, jakby całe pasmo Srebrzystych nagle odpowiedziało na jej wezwanie. Ptaki poderwały się z lasu. Kamienie osypały się ze zboczy. W obozie zobaczyłem magów zastygających na moment w bezruchu.

Ryk trwał długo. Za długo. A kiedy wreszcie ucichł, przez chwilę panowała cisza tak głęboka, że aż nienaturalna. Smoczyca nadal patrzyła na obóz. A potem znowu wzbiła się w powietrze.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania