Tosia - Rozdział I

- Tośka, tu jest super! – Koralina klapnęła na kanapę obok mnie.

- Trochę za dużo ludzi! - próbowałam przekrzyczeć muzykę płynącą z głośników.

Tak o to studenci Akademii Muzycznej świętowali zakończenie studiów. Była to ostatnia noc wolności, pierwszego dnia lata miały przyjść przydziały do pracy, wszyscy oczekiwali tego dnia z niecierpliwością. Listy z CPP, czyli Centrali Przydziału Pracy pojawiały się tuż po zachodzie słońca wpadając przez kominy domów. Tradycją było, że całe rodziny spotykają się w domach absolwenta i oczekują na przydział, następnie przez całą noc świętują. Na imprezie, na którą wkręciła nas Koralina były elfy, wiedźmy, mieszańcy, orkowie, krasnoludy, wilkołaki, centaury, fauny, nimfy, rusałki, kto te dwie ostatnie wpuścił nie miałam pojęcia. Nigdy nie były studentkami Akademii i były raczej pogardzane przez inne magiczne stworzenia. Nie wątpliwie najgorzej z nas wszystkich miały fauny i centaury, do tej pory nie znaleziono zaklęcia, ani eliksiru, który potrafiłby ukryć rogi, kozie nogi lub końskie zady. Dlatego kozie nóżki, jak obraźliwie nazywano fauny pracowali głównie jako bibliotekarze w Akademii Magicznej lub archiwiści w MOPiP, czyli Magicznym Ośrodku Posłuszeństwa i Porządku, który był odpowiednikiem ludzkiej policji. Natomiast centaury pracowały głównie w armii i ich zadaniem była obrona istot magicznych, ich domu, oraz królów i królowych, których było sporo, ponieważ każda rasa miała swojego władcę. Teoretycznie MOPiP miał być bezstronny, jednak sprzyjał temu władcy, który miał więcej do zaoferowania. Zadaniem tej instytucji było ściganie przestępców i nieprzyjaciół istot magicznych . Osobiście miałam duże szanse zostać jednym z nich, gdyby tylko ktoś dowiedział się o mojej tajemnicy. Od pięciu lat ukrywałam w piwnicy bestię, czyli istotę magiczną zarażoną wirusem przeklętych w wyniku, którego traciła rozum w trakcie pełni i dopuszczała się przerażających czynów. Co miesiąc skuwałam własną ciocię łańcuchami i zamykałam za stalowymi drzwiami. Za czyn jakiego się dopuszczałam groziło od usunięcia z listy istot chronionych przez dożywocie do kary śmierci. Jeżeli monarchowie mieli dobry dzień karę śmierci zamieniali na zesłanie. Ponadto za przestępstwo takiej wagi niszczyło się dom i rekwirowało cały majątek winnego. Co miesiąc zastanawiałam się, czy nikt nie usłyszał hałasów dobiegających od nas z piwnicy i nie zawiadomił MOPIP –u.

-Znów o tym myślisz? – Koralina podała mi drinka.

Nienawidziłam alkoholu, po choćby łyku traciłam moce na bite dwa dni, a tak naprawdę płatały mi figle przez cały tydzień, tak więc bycie wiedźmą ma swoje wady. Koralina jako jedyna znała moją tajemnicę, jednak byłam pewna, że akurat jej mogę ufać, w końcu była moją przyjaciółką na śmierć i życie. By zostać przyjacielem na śmierć i życie trzeba było przejść przez dość nieprzyjemny rytuał, który obejmował wymienienie się krwią, zjedzenie zupy z ropuchy, którą trzeba samodzielnie przygotować i skok nad ogniskiem, to ostatnie było zdecydowanie najgorsze. Zdarzały się przypadki za wysokich płomieni tudzież za długich nóg.

-Napij się – nim zdążyłam się zorientować wlała we mnie cały kieliszek. –Gdyby coś się działo, Janek już dawno by dzwonił.

Janek nawiasem mówiąc był synem ciotki Anabell, na co dzień pracował w Warszawie jako architekt, ponieważ urodził się bez mocy, co zdarzało się niesłychanie rzadko. Krążyły plotki, że jest on nieślubnym synem, a jego ojciec jest zwykłym śmiertelnikiem. W świecie magicznych istot był bardziej pogardzany niż nimfy i rusałki, czyli był traktowany jak kompletne zero. Kiedy dzwoniłam do niego o siedemnastej mówił, że będzie najpóźniej za dwie godziny i mogę spokojnie wychodzić. Ciotka sama mnie wyganiała, mówiąc, że nie stanie się nic złego i że powinnam przestać się ciągle martwić. Mimo wszystko miałam złe przeczucia, miałam wyrzuty sumienia, że nie poczekałam na przyjazd Janka. Wracając do domu, może stać się milion rzeczy, może odpaść mu koło, zabraknąć benzyny,mieć stłuczkę.

-O, nie - Koralina jęknęła - Jacek, ona znowu się martwi.

Faun z zaczerwienionym nosem przykicał do naszej kanapy w kącie.

-Tośka, coś ty?! – wymamrotał.

Nim zdążyłam mrugnąć chwycił mnie za ręce i wyciągnął na środek parkietu. Trzeba mu przyznać, że tancerz był z niego wspaniały. Pewnie prowadził mnie pomiędzy parami, co rusz obracając aż zakręciło mi się w głowie. Nie wiem, kiedy w jego ręce znalazł się dzbanek z nektarem, który podał mi z figlarnym uśmiechem. Zrobiłam najgorszą rzecz jaką mogłam i upiłam zdecydowanie za duży łyk. Nagle jego oczy wydawały mi się takie śliczne i te długie rzęsy, a usta miał pełne o malinowym odcieniu. Bródka była starannie przystrzyżona, brązowe włosy kręciły się na końcówkach. Jak zaczarowana zbliżyłam usta do jego ust i…

-Tośka, czyś ty zwariowała? -ktoś szarpnął mnie za ramię. –Chcesz się całować z Jackiem Kopytkiem?

-Chcę –próbowałam ją wyminąć.

Jacuś tak słodko pachniał, chciałam móc z nim wirować. Jak on wysoko skakał wśród tłumu i tak cudownie beczał ze śmiechu. Siarczysty policzek pomógł mi otrzeźwieć, zamrugałam kilka razy i zdezorientowana rozejrzałam się dookoła.

-O, matko –gdyby nie Koralina klapnęłabym na tyłek.

–Janek do ciebie dzwoni – zmartwiona podała mi telefon.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Clariosis 2 miesiące temu
    Hm... wyszło bardzo słabo.
    Dostajemy tu tak wiele informacji o otaczającym świecie, że jako czytelnik zostałam tym wręcz przybita. Bardziej przypomina mi to łopatologiczny wykład, niż wstęp do opowiadania/powieści. Nie trzeba się tak spieszyć, wszystko, co zostało wyrzucone w tym rozdziale można spokojnie rozdzielić na kilka dłuższych scen, a nawet rozdziałów i stopniowo zaznajamiać odbiorcę z postaciami i przedstawionym światem. Nie trzeba tak pędzić, bo to jedynie odrzuca i zniechęca do czytania dalej - możliwe, że sięgnę po drugi rozdział, jeżeli takowy się pojawi, ale jedynie z czystej ciekawości, czy coś się poprawiło, bo nic innego w samym opowiadaniu mnie nie porwało. Jest po prostu jałowo i zbyt szybko.
    Pozdrawiam.
  • P.J.Otter 3 tygodnie temu
    Zacznę od tego, co powinno być najważniejsze - od pomysłu (dobry pomysł, nawet źle zrealizowany, da się zawsze naprawić/ulepszyć i co ważne, warto). W tym wstępie widać jego zalążek. Jest próba zbudowania własnego świata opartego na znanych fantastyce rasach, pojawiają się nazwy własne i zasady nim rządzące. Jest to niewątpliwym plusem. Na tym jednak plusy się kończą. Przede wszystkim forma przekazania informacji (a próbujesz przekazać ich naprawdę dużo w tak krótkim fragmencie) jest sztywna i monotonna. Zabrakło tutaj akcji, zabrakło jakiegoś pazura, elementu zaczepienia. Brzmi to bardziej jak techniczny wykład. Brakuje też równie ważnej rzeczy, co pomysł, brakuje jakiegoś ogólnego pytania, na które czytelnik chciałby poznać odwiedź. Błędy strony technicznej to przede wszystkim powtórzenia i używanie dywiz w dialogach, gdzie powinny być to pauzy lub półpauzy.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania