Tosia - Rozdział VI

Jasne kosmyki muskały mnie po twarzy a niebieskie oczy przyglądały się z intensywnością. Gdyby ktoś nas teraz zobaczył mógłby sobie Bóg wie, co pomyśleć. Ciężar ciała strażnika sprawiał, że coraz ciężej mi się oddychało.

- Złaź ze mnie – sapnęłam z trudem.

Mężczyzna z łatwością podciągnął mnie na nogi, jedną ręką chwytając za nadgarstki.

- Powinnaś popracować nad taktyką – pociągnął mnie za siebie. – Jest typowo babska.

- Jestem babą - warknęłam obrażona.

Zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów i uśmiechnął łobuzersko.

- Pod tą warstwą błota trudno stwierdzić.

Aż sapnęłam z oburzenia, co za cham ,a on na początku wydawał mi się ucieleśnieniem rycerskości.

- Powiesz mi, gdzie mnie zabierasz?

Kiedy nie odpowiadał zaczęłam zapierać się o ziemię nogami, choć wiedziałam, że to i tak bez sensu. Mężczyzna nieubłagalnie ciągnął mnie za sobą zaciskając usta w wąską linię.

- Jesteś dziecinna – mruknął w pewnym momencie i jak worek ziemniaków zarzucił mnie sobie na ramię.

Nie należałam do kobiet, którym podoba się noszenie w stylu jaskiniowca, na dodatek jego bark wbijał mi się boleśnie w brzuch i ogólnie telepało niemiłosiernie. Mimo to z satysfakcją zaczęłam wycierać dłonie o tył jego jakże drogiego płaszcza. Mężczyzna najwyraźniej postanowił mnie ignorować przez resztę drogi pozostawiając mi czas do użalania się nad własnym marnym losem. W najlepszym wypadku czeka mnie zesłanie a w najgorszym pożegnam się z ziemskim padołem, w sumie, co za różnica i tak całe moje życie legło w gruzach. Ciotka nigdy nie wybaczy sobie czynów, których dokonała, z kolei Janek, no cóż mnie wiadomo czy w ogóle żyje, a jeżeli tak to czy uda mu się wrócić do normalności? Znając jego charakter nigdy nie wybaczy sobie tego, co się stało. Natomiast ja zostanę bez dachu nad głową, bez przyjaciół i bez perspektyw. Nawet nie zauważyłam, kiedy doszliśmy do niewielkiego parkingu, na którym stał zaparkowany stary jeep. Strażnik wrzucił mnie na miejsce pasażera i zajął miejsce za kierownicą. Z satysfakcją otarłam się o tapicerkę i tak sfatygowanego samochodu. Wiedziałam, że wszystko, to co robię jest dziecinne, ale nie mogłam się opanować. Bezceremonialnie zaczęłam grzebać mu w schowku w poszukiwaniu chusteczek, ale nie znalazłam ani ich, ani niczego ciekawego.

- Masz chusteczki? – przerwałam panującą ciszę.

Strażnik bez słowa podał mi nawet nie zaczęte opakowanie. Jak oszalała zaczęłam ścierać z siebie błoto, ale przede wszystkim złoty pył. Tarłam skórę tak mocno, aż cała zrobiła się czerwona.

- To i tak nie pomoże – mruknął strażnik.

Ignorując go zaczęłam wyglądać przez okno. Przez panującą wszędzie ciemność niczego nie mogłam dostrzec. Po dwudziestu minutach zatrzymaliśmy się przed dużym szklanym budynkiem. Mężczyzna zgasił silnik i wyciągnął mnie z samochodu, jak udało mi się zauważyć byliśmy przed Magicznym Ośrodkiem Posłuszeństwa i Porządku.

- Stasiu, ty jeszcze w pracy? – zawołał go ktoś ze stróżówki

Wyjrzał z niej starszy mężczyzna ubrany w granatowy mundur.

- Służba nie wybiera – uśmiechnął się ten w odpowiedzi.

Stróż przeniósł na mnie swoje spojrzenie.

- Za co zatrzymałeś tą młodą pannę?

Nienawidziłam jak ktoś tak o mnie mówił, czułam się tak jakbym była czyjąś własnością, którą można traktować z lekceważeniem.

- Niejedno ma za pazurkami – dostrzegłam w ciemności błysk białych zębów.

- Wygląda jak uosobienie niewinności – mężczyzna poświecił mi latarką w twarz. – Właściwie, czemu ona jest w błocie?

Stasiu, bo tak miał na imię mój oprawca, pociągnął mnie dalej.

- Później ci opowiem.

- Koniecznie – stróż uniósł palec –i ze szczegółami.

Strażnik poprowadził mnie przez szklane drzwi do przyjemnego pomalowanego na beżowo holu. Za biurkiem siedziała pochylona kobieto na oko po trzydziestce o ogniście rudych włosach upiętych w kok. Na sobie miała skromną czarną sukienkę i zieloną skórzaną ramoneskę, wszystko wieńczyły czerwone szpilki. Gdy nas zobaczyła podbiegła do nas i podekscytowana zaczęła podrygiwać.

- To ona? – przyjrzała mi się uważnie. – Jaka śliczna.

Czy oni wszyscy poszaleli? Gdzie ja jestem w miejscu kaźni czy na castingu na modelkę? Nie dane mi było o to zapytać, bo drzwi windy otworzyły się i wybiegła z niej młoda dziewczyna na oko w moim wieku z rozbieganym spojrzeniem i ze stosem papierów w ręce.

- To ona?! – krzyknęła na całe gardło. – Szybko, szybko – zaczęła nas zaganiać do windy papierami. – Szef jest wściekły.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania