Tosia - Rozdział XXII

Drgnęłam kiedy Stasiek chwycił mnie mocno za rękę, zirytowana podążyłam za jego wzrokiem.W przeciwległym kącie karocy siedział podejrzany typ, mimo gorąca jakie tu panowało nie ściągnął kaptura, a na dłoniach dostrzegłam niebieskawe tatuaże przypominające wzory. Kiedy na mnie spojrzał zobaczyłam, że na twarzy ma takie same znaki. Uśmiechnął się do mnie tak jakbym była smakowitym kąskiem. Przerażona przysunęłam się jeszcze bardziej do Staśka, może i mnie denerwował, ale nie dałby zrobić mi krzywdy. Mężczyzna uparcie wpatrywał się w szybę, za którą było widać tylko mrok, niespodziewanie zawołał do woźnicy, na co tamten przeklinając zatrzymał konie. Kiedy tylko karoca zatrzymała się, wyciągnął mnie na peron.

- Co ty robisz? – syknęłam, gdy boleśnie złapał mnie za ramię.

- Cicho – pociągnął mnie na schody. – Odwróć się dyskretnie i zobacz, czy idą za nami.

- Kto? Ten typ z karocy? – serce podeszło mi do gardła.

Mężczyzna skinął sztywno głową. Udając, że odgarniam włosy, spojrzałam do tyłu. Szli za nami, zbir z karocy i jeszcze dwóch kolegów tak samo dobrze zbudowanych jak on sam.

- Aha – powiedziałam nad wyraz spokojnie – i jeszcze dwóch innych.

Zaklął tak szpetnie aż uszy bolały. Narzucił takie tempo, że prawie musiałam biec, by za nim nadążyć. Stasiek przepychał się przez tłum nie zważając na gniewne pomruki. Znaleźliśmy się znów w tunelu, którym mało kto przechodził, dlatego doskonale wiedziałam do kogo należą rozlegające się za nami odgłosy kroków.

- Po co wysiadaliśmy? – zapytałam z pretensją. – W karocy byliśmy przynajmniej bezpieczni.

- Bezpieczni? – spojrzał na mnie z góry. – Tam takich zbirów jak oni było dwa razy tyle.

Stasiek skręcił gwałtownie i zamknął za nami jakieś stare, skrzypiące drzwi.

- Właź – wprawnym ruchem ściągnął starą drabinę.

Postawiłam niepewny krok, drabina huśtała się niebezpiecznie.

- Jestem tuż za tobą.

Rzeczywiście głos Staśka rozbrzmiał tuż za mną. Kiedy byłam w połowie drogi, drzwi otworzyły się z hukiem.

- Szybciej!

Nie trzeba było mi dwa razy powtarzać, wchodziłam nie zważając na chyboczącą się drabinę. Chyba jeszcze nigdy nie wspinałam się tak szybko. Z trudem odepchnęłam właz blokujący wyjście, a jak tylko to zrobiłam to Stasiek wypchnął mnie na zewnątrz. Leżałam na mokrym i twardym bruku, patrząc jak latarnie rzucają światło na pustą ulicę. Słyszałam jak mężczyzna zamyka właz i po raz kolejny tego wieczoru przeklina. Pomógł mi wstać i znowu ruszył biegiem, ciągnął mnie za rękę przez wąskie uliczki. Kiedy podniosłam głowę do góry zobaczyłam wiszące flagi III Rzeszy. Nasze kroki niosły się echem po pustych ulicach, Stasiek w pewny momencie wciągnął mnie do bramy.

- Druga wojna? – wyszeptałam z niedowierzaniem. – Nie mogłeś wybrać innego miejsca?

Położył palec na ustach. Po ulicy przechodziło się dwóch Niemców, byli w pełnym umundurowaniu. Zachowywali się niezwykle głośno, towarzyszyły im młode kobiety, które wdzięczyły się i cały czas chichotały. Bogu dzięki przeszli obok nawet nie patrząc w naszą stronę. Podskoczyłam, gdy po chwili rozległ się strzał, krzyk i tuż przy naszych nogach przebiegł kot. Popatrzyliśmy się po sobie i rzuciliśmy do jednej z kamienic. Kiedy wbiegaliśmy po schodach drzwi do jednego z mieszkań otworzyły się i wyjrzała z nich kobieta na oko po trzydziestce.

- Tutaj, tutaj – przywołała nas ruchem ręki.

Nie było nad czym się zastanawiać, bo na dole już słychać było kroki. Nie wiem, kogo bardziej się bałam Niemców, czy tych zbirów z karocy. Weszliśmy do niewielkiego saloniku, w którym był bardzo przystojny mężczyzna. Miał ciemne gęste włosy i miłe niebieskie oczy, ana nasz widok uśmiechnął się grzecznie:

- Dobry wieczór

Cofnęłam się tak gwałtownie, że wpadłam na Staśka.

- Nie bójcie się – kobieta złapała mnie za rękę. – Tutaj nic wam nie grozi.

Nieufnie spojrzałam na nieznajomego i weszłam do pokoju.

- Jesteś wiedźmą - powiedziała to tak jakby była to najoczywistsza rzecz na świecie.

Na szczęście za mną była kanapa, bo z wrażenia usiadłam. Stasiek przyglądał się jej zmieszany nie mniej ode mnie.

- Skąd pani wie? Czy pani…

Otworzyłam szerzej oczy patrząc jak bez problemu tworzy kulę ognia i zgniata ją w palcach. Kobieta uśmiechnęła się do mnie zawadiacko.

- Bułka z masłem.

-Gienia, nie zgrywaj się – powiedział ciepłym barytonem mężczyzna.

Gienia uśmiechnęła się rozbrajająco i puściła do mnie oczko. Moment, Genowefa?

- Jak ma pan na imię? – zapytałam słabo.

Mężczyzna spojrzał na mnie zaskoczony.

- Wilhelm.

W oczach mi pociemniało.

- Czy macie dzieci?

Wprawiłam ich tych pytaniem w osłupienie, ale po chwili kobieta odpowiedziała.

- Tak, Henryka, śpi w pokoju obok.

- Tośka, o co ci chodzi? – Stasiek przyglądał mi się spod zmarszonych brwi.

Musiałam wziąć głębszy oddech, by wykrztusić to z siebie.

- Czy to możliwe byśmy jakimś cudem trafili do Łodzi?

Mężczyzna zastanawiał się przez dłuższą chwilę.

- Biegłem na oślep, nie zwracałem uwagi dokąd dokładnie. Powiesz wreszcie, o co ci chodzi?

- To prawdopodobnie moi pradziadkowie – przełknęłam gulę w gardle. – Wilhelm i Genowefa.

Następne częściTosia - Rozdział XXIII

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Vespera 3 tygodnie temu
    Oo, podróże w czasie, nieźle nieźle.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania