Tosia - Rozdział III

Drżącymi rękami uruchomiłam latarkę w telefonie, widok, który przed sobą ujrzałam napełnił mnie przerażeniem. Piwnica wyglądała jakby przetoczyło się przez nią tornado. Koce były porozrzucane po całym pomieszczeniu, a kraty w oknach powyginane. Z sufitu sterczały porozrywane kable, a na podłodze leżał roztrzaskany stary żyrandol. Patrząc na to wszystko nie byłam w stanie jasno myśleć. Nie pamiętałam jak znalazłam się w kuchni, drzwi do lodówki były wyrwane, po półkach ściekał mój ulubiony sok pomarańczowy a resztki pieczeni walały się po podłodze. Automatycznie postawiłam stół i usiadłam na jednym z krzeseł. Musiałam mieć jakiś plan, znaleźć ciotkę zanim wydarzy się tragedia, choć nie miałam pojęcia, co zrobię gdy ją zobaczę. Nie stanę z uniesionymi rękami i nie poproszę, by grzecznie wróciła do domu. Nigdy nie chciałam życia pełnego przygód i z pewnością nie czułam się bohaterką.

-Mamo? - nawet nie słyszałam jak Janek wszedł do domu.

Wyglądał jak kupka nieszczęścia, miał rozbitą głowę i złamaną rękę. Zazwyczaj schludnie zapięta koszula była wyświechtana i poplamiona krwią.

-Co ci się stało? –zerwałam się na równe nogi.

-Nie ma jej –załamany usiadł przy stole. –To wszystko moja wina –mówiąc to uderzył się w głowę. –To przeze mnie nie była zamknięta, gdyby nie ten przeklęty jeleń.

Podeszłam do niego i chwyciłam za zdrową rękę.

-Janek, musisz się uspokoić-przeczesałam mu włosy palcami. –To nie jest twoja wina, ani moja, to…

-Nie mów, że to jej wina! -przerwał mi gwałtownie. –Ona na mnie czekała, czekała aż przyjadę. A ja… -szloch tłumił jego słowa -Tośka, ja nie chciałem potrącić jakiegoś durnego jelenia i sam wpakowałem się na drzewo.

Kiedy go przytuliłam drżał w moich ramionach jak małe dziecko. Janek od zawsze taki był delikatny, wrażliwy, nigdy nie podnosił głosu, zawsze bronił słabszych. Koledzy śmiali się z niego, że jest jak baba, bo płakał na filmach przyrodniczych.

-Powinieneś się położyć –wiem jak niedorzecznie brzmiały moje słowa, ale nic innego nie przychodziło mi do głowy. –Jesteś ranny, byłeś w szpitalu?

Ciągając nosem pokiwał głową.

-Straciłem przytomność i obudziłem się w szpitalu –wyznał wstydliwie -jacyś turyści wezwali pomoc. Wypisałem się na własne żądanie.

Szlachetny jak zawsze, jednak nie powiedziałam tego na głos.

-Musimy ją znaleźć -zerwał się gwałtownie -zanim, zanim…

Obydwoje wiedzieliśmy, co miał na myśli, ale nie potrafiliśmy tego powiedzieć, nie teraz.

-Lepiej zostań w domu -powiedziałam bez przekonania. –Sama poszukam cioci.

Niczego bardziej się nie bałam jak szukania cioci w pojedynkę, szczególnie, że nie była sobą.

-Nie mogę zostać – powiedział poprawiając koszulę. –To moja mama czego by nie zrobiła i jaka by nie była.

W milczeniu skinęłam głową i wyciągnęłam do niego rękę.

-Znajdziemy ją – powiedziałam, by dodać i sobie i jemu otuchy.

Na zewnątrz znów poraziła mnie głucha cisza. Idąc trzymaliśmy się za ręce( dziecinne, ale bałam się jak nigdy w życiu) a nasze kroki niosły się echem po okolicy. Janek pomógł mi przejść przez wyrwę w płocie, która była tam od niepamiętnych czasów. Las był ciemny i nieprzyjazny, wydawało mi się, że za każdym krzakiem czyha niebezpieczeństwo. Stanęliśmy w skupieniu nasłuchując jakichkolwiek odgłosów, gdybym postarała się wystarczająco dobrze mogłabym ją znaleźć. Zamknęłam oczy i puściłam rękę Janka, nic nie powinno mnie teraz rozpraszać, skoncentrowałam się tylko na cioci. Przypomniałam sobie jej śmiech i to jak razem sprzątałyśmy dom i gotowałyśmy na przyjazd Janka. Ciotka Anabell zawsze po skończeniu prac robiła nam obydwu czekoladę i zasiadała do fortepianu, próbowała mnie nawet nauczyć grać, ale byłam oporną uczennicą. Normalne nie była taka wesoła, bywały dni, że zamykała się w swoim pokoju, albo wracała późno z pracy i nie zamieniałyśmy ze sobą słowa. I wreszcie ją znalazłam, czułam dokładnie to, co ona, nie było nic oprócz złości i potężnego głodu, żadnych ciepłych uczuć. Tylko pragnienie. Byłam tak głodna, że wgryzłabym się w pień stojącego obok drzewa. Do mojego nosa doleciał tak smakowity zapach, że aż ślinka napłynęła mi do ust. Otworzyłam oczy w momencie, gdy ciszę rozdarł przeraźliwy krzyk.

-To ona –powiedziałam patrząc smutno na Janka.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania