Tosia - Rozdział XII

Nawet nie wiem, kiedy odpłynęłam, ale gdy się ocknęłam staliśmy na stacji benzynowej. Stasiek rozmawiał ze starszym mężczyzną przed wejściem do sklepu. Z tej odległości nie mogłam usłyszeć o czym rozmawiają, ale po chwili mężczyźni uścisnęli sobie dłonie i wyraźnie zadowoleni ruszyli do swoich samochodów.

- Wyspałaś się? – zagadnął wesoło wsiadając.

- Dosyć – uśmiechnęłam się spięta. – Prowadziłeś całą noc?

Tym razem to on uśmiechnął się lekko.

- Mam swoje sposoby na sen. Jesteś głodna?

W ręce trzymał dwa niewielkie pakunki i kubki z parującymi napojami.

- Jak wilk.

Od wczorajszego obiadu nie miałam nic w ustach i kiszki grały mi marsza. Stasiek podał mi drożdżówkę z dżemem i niesamowicie słodką herbatę. W milczeniu patrzył jak w zawrotnym tempie pochłaniam posiłek.

- Tamten uprzejmy, starszy pan wskazał nam drogę do obozu. Powinniśmy tam dotrzeć za godzinę.

- Już? – zakrztusiłam się przełykanym kęsem.

Nagle obleciał mnie strach. Po pierwsze nie wiedziałam, co mnie tam czeka, po drugie jak mam się zachowywać, a co najważniejsze jak traktować Staśka.

- Nie musisz się denerwować – zerknął na mnie przelotnie.

- A ty się nie boisz? – odwróciłam się tak, by lepiej go widzieć.

- Nie – roześmiał się gorzko. – Czuję się tak jakbym wracał do domu.

- Byłeś buntownikiem?! – spytałam z niedowierzaniem. – Ty?!

Roześmiał się głośno.

- Co cię tak dziwi? Nie pasuję na buntownika?

Przyjrzałam się jego twarzy, którą szpeciła duża blizna. Zjechałam wzrokiem na jego wyjątkowo dziś, podwinięte rękawy, jego całe przedramiona pokrywały naprawdę brzydkie blizny, przypominające te po poparzeniu.

-Nie – parsknęłam śmiechem. – Jesteś prawie, że święty.

Przyhamował tak gwałtownie, że prawie uderzyłam głową w deskę rozdzielczą.

- Dużo mi brakuje do świętości – zacisnął szczęki.

Przez chwilę panowało pełne napięcia milczenia. Nie miałam pojęcia, co go tak zdenerwowało to, co powiedziałam uznałabym raczej za komplement.

- Jak trafiłeś do obozu? – odważyłam się zapytać. – Ty o mnie wiesz nawet za dużo – powiedziałam, gdy spiorunował mnie wzrokiem.

Zacisnął tak mocno szczęki, aż myślałam, że połamie sobie zęby.

- Byłem bardzo młody i bardzo zagniewany, szczególnie na ojca – uśmiechnął się gorzko. – On przez całe życie wkładał mi do głowy te swoje ideały, słuchaj się władcy, nie wychylaj się, bądź posłuszny, ożeń się z odpowiednią dziewczyną. Miałem go dosyć – zerknął na mnie przelotnie. – Dlatego postanowiłem odejść, w dzień moich osiemnastych urodzin. Zostawiłem rodzicom list przy łóżku żeby mnie nie szukali– znów roześmiał się niewesoło. – Uciekłem razem z kolegą, chcieliśmy obalić monarchię – popukał się w czoło – idioci. Przyłączyliśmy się do niewielkiej grupy buntowników a raczej grupkę dzieciaków myślących, że zmienią świat. Od razu wpadła mi w oko ich przywódczyni, Róża – imię dziewczyny wypowiedział z żalem. – Kiedy ona mówiła wszyscy jej słuchali ja natomiast byłem najlepszym wojownikiem. Jak możesz się domyśleć szybko się w sobie zakochaliśmy i stanowiliśmy naprawdę zabójczą parę. Kochałem Różę całym sercem i myślałem, łudziłem się, że ona mnie także… - przerwał nagle. – Chyba jesteśmy na miejscu.

”Chyba” było dobrym określeniem. Staliśmy przed walącym się drewnianym płotem, a przez szpary w płocie widać było zaniedbane podwórko i jakąś walącą się szopę.

-Nie powinno tutaj kogoś być? – zapytałam niepewnie.

Stasiek zacisnął ręce na kierownicy tak mocno aż pobielały mu kłykcie, wyglądał tak jakby w skupieniu czegoś nasłuchiwał.

- Są tutaj, w szopie.

Jak dla mnie każde miejsce było lepsze od szopy, która nie wyglądała zbyt przytulnie. Poza tym obóz chyba nie działał od niedawna skoro władza się nim zainteresowała.

- Dlaczego mieszkają w szopie? – zapytałam niepewnie.

Mężczyzna spojrzał na mnie jak na wariatkę.

- To ty jesteś tu wiedźmą, zastanów się.

Patrzyłam to na niego, to na szopę a mój mózg pracował na najwyższych obrotach.

- Zaklęcie? – wyszeptałam z niedowierzaniem. – Ale to wymaga wielkiej mocy, by zamaskować jakieś miejsce.

- Szaraczki nie wzniecają buntu – powiedział Stasiek otwierając drzwi – pamiętaj o tym.

- Nie ma sprawy – mruknęłam wysiadając w ślad za nim.

Jakby ten dzień nie był dość pechowy to wlazłam w sam środek błota.

- Serio? – wskazałam na swoje buty i nogawki od spodni.

- Mogłabyś być nieco bardziej uważna – zauważył Stasiek podając mi rękę, której nie przyjęłam.

- Obejdzie się – mruknęłam wymijając go.

Podeszłam do płotu i oparłam o niego ręce, wyczułam moc tak silną, że prawie zwaliła mnie z nóg. Całe to miejsce aż śmierdziało od czarnej magii.

- Myślisz, że wyjdą nas przywitać? – przysunęłam się do Staśka.

- Nie sądzę – chwycił mnie za łokieć, kiedy się potknęłam o własne nogi. – Patrz pod nogi.

- Nie jesteś dziś zbyt miłym towarzyszem – poskarżyłam się.

Stasiek zmarszczył brwi.

- Ciszej, oni nas słyszą – rozejrzał się dookoła.

- Nie obchodzi mnie to - wygarnęłam mu – jeżeli o mnie chodzi, to może słyszeć mnie nawet święty Mikołaj!

- Tośka! – Stasiek przyciągnął mnie do siebie. – Uspokój się, znów robisz sceny.

Zaczął grać w moją grę, czy rzeczywiście go denerwowałam? Mam nadzieję, że to pierwsze.

- Przestań mnie ciągle uspokajać! – próbowałam mu się wyrwać. – W kółko mnie uspokajasz, uciszasz i krytykujesz, mam tego dość – tym razem mnie puścił.

Odwróciłam się do niego tyłem i udałam, że ocieram łzy.

- I dlaczego nikogo tu nie ma?! – machnęłam ręką.

W myślach wypowiedziałam zaklęcie demaskujące. Było tak trudne, że bałam się, iż coś może mi nie wyjść. Co prawda uczyli nas tego w akademii, ale moją specjalnością były zioła a nie zaklęcia. Poszło mi zadziwiająco łatwo, stara szopa i zaniedbane podwórko zniknęło a w ich miejsce pojawiło się wiele parterowych domków i jeden większy budynek. Jak się okazuje mieliśmy sporą widownię. Na środku schludnie przystrzyżonego podwórka stała dziewczyna z rozdziawioną buzią i naręczem prania. Pod dużym dębem siedziała spora grupka nastolatków, którzy wskazywali na nas palcami i szeptali coś do siebie. Kiedy tak staliśmy i przyglądaliśmy się sobie nawzajem otoczyła nas grupa centaurów, wywoływali tak piorunujące wrażenie, że nieświadomie zbliżyłam się do Staśka. Mężczyzna opiekuńczo objął mnie ramieniem i zaczął gładzić po plecach, nawet jeśli z jego strony było to udawane to i tak podziałało na mnie uspokajająco. Centaurów było czterech, wszyscy mieli ciemne włosy i ostre rysy twarzy. Nieświadomie zaczęłam przyglądać się ich torsom, które były bardzo dobrze zbudowane. Jedyne, co mi się w nich nie podobało to końskie zady i wycelowane w nas włócznię.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania