Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Fuzja – Część II (13)

19.

Kabina windy cuchnęła moczem. Na ścianach i podłodze wyświetlała się cała historia palenia i kiepowania w tym miejscu, chociaż zakaz wisiał aż za bardzo na widoku.

Dagmara spojrzała w pełne ciemnych plam, mętne lustro. Portret Doriana, pomyślała, każdy, kto tu spojrzy, zobaczy, jaki jest. Ledwo widziała swoje zniekształcone odbicie – żarówka, nie dość że słaba, przygasała na każdym piętrze.

Oparła się o ścianę. Zimny laminat dawał pozory ulgi. Przycisnęła „Stop” i osunęła się na pięty.

„Nikt tą windą już nie pojedzie. A ja tu zostanę. Wrosnę stopami w podłogę, zamiast ciała będzie tylko pokrzywione odbicie. To będzie mój grób i jednocześnie piekło”.

Każda komórka ciała rozszarpywała się od środka, każda myśl implodowała, zostawiając gorzki, śmierdzący ściek. Nie było już Anny. Opowiedziała o tym jakaś starsza kobieta, którą Dagmara widziała pierwszy raz w życiu – Krystyna, sąsiadka Bieleników z piętra niżej. Zaprosiła Dagę do siebie, ugościła czerwoną herbatą i makową struclą, a kiedy zaczęła opowiadać, dziewczyna nie wiedziała, czy słyszy fakty czy brednie starzejącego się umysłu. Dopiero teraz, w cuchnącej, obrzydliwej windzie, wszystko zaczęło nabierać znamion nieodwracalnej prawdy.

Krystyna mówiła strasznie dużo. Zanim przeszła do konkretów, opowiedziała o Bielenikach chyba wszystko: kiedy się tu wprowadzili, kiedy ojciec Anny ożenił się z jej mamą, Zofią; kiedy urodziły im się dzieci. Potem było sporo o tym, że Krzysztof wybudował za miastem dom do którego przenieśli się pięć lat temu, a mieszkanie zostało puste. Dopiero w tamtym roku przyjechał tu z jakimś takim młodym i chudym, co gadał z ruskim akcentem, a kilka dni później zjawiła się ekipa remontowa, bo Bielenik kupił mieszkanie obok swojego i zaczął je przebudowywać. Tu Krystyna przybrała ton osoby okrutnie cierpiącej, ponieważ remont był długi i nieznośnie hałaśliwy. I do tego ten ciągły kurz wszędzie, nie można było okien otworzyć, bo od razu na meblach robiło się siwo. Później przyjechała inna ekipa, prawie wszyscy mówili po rosyjsku – to było jeszcze gorsze. Kobieta prawie nie wychodziła, bojąc się, że kiedy jej nie będzie, ktoś się włamie i dokona kradzieży. „W końcu to Ruscy!” powiedziała z przekonaniem. Daga kompletnie nie wiedziała, na czym dokładnie polegał problem z „Ruskimi”, ale uznała, że najbezpieczniej będzie starszej pani przytaknąć. Słuchała grzecznie dalej. A było czego. „Ruscy” znosili kilometry kabli, mnóstwo pudełek z jakimś sprzętem, hałasowali nie gorzej od poprzedników, wiercili, kuli, śmierdzieli, kurzyli, palili smrodliwe papierosy, a po fajrancie urządzali sobie beztroskie picie do późnych godzin, które niezmiennie kończyło się śpiewaniem „tych ich komunistycznych szlagierów”. Tu Krystyna poczyniła dygresję na temat działalności „Ruskich” podczas ostatniej wojny, którą zakończyła (oczywiście nie wojnę, a dygresję) ostrzeżeniem: „Gdyby panią wtedy dorwały te sowieckie kacapy, miałaby pani potem stadko niechcianych Rosjaniątek. Oni bardzo lubieli, za przeproszeniem, dupczyć takie dziewczynki jak pani”. Dagmara poczuła się nieswojo. Zrobiło jej się zimno, ale wcale nie przez to, co mogliby jej zrobić Rosjanie w czasie wojny, lecz na skutek tego, w jaki sposób Krystyna o tym mówiła – jakaś tępa zawziętość i zaduch starej pleśni były w jej słowach.

Coraz mniej podobała jej się ta kobieta. Po Rosjanach przyszła kolej na drobiazgowe opisy Krzysztofa – ojca Anny, męża Zofii (przystojny, w typie Hiszpana, elokwentny, przemiły chociaż w poglądach stanowczy, a nawet zaciekły); następnie samej Zofii (zahukana, byle jak ubrana, namiętna palaczka, zawsze z papierosem, nudna, rozmawiała tylko o rzeczach banalnych). Na koniec dłuższa wypowiedź skupiła się na bracie Anny, Jakubie (cichutki, ładny blondynek, prawie dziewczęcy, słuchał pięknej muzyki, żadnego tam „hop-hopu”, raz włączył na telefonie „Planety” Holsta, innym razem dał Krystynie słuchawki i usłyszała arię z Lakmé, raz też było „Te Deum” Charpentiera – ach! jakie cudne; grzecznie mówił „dzień dobry”). W tym momencie Mara zaczęła lekko wymiękać. Strucla odrzucała ją samym zapachem, herbata wystygła, zaczęło się ściemniać, a Krystyna ani nie zamierzała kończyć, ani nie zmierzała do puenty. Zaczęła mówić o swojej niedawno zmarłej matce („odeszła dziesięć dni temu, ale ja się, proszę pani, spodziewałam, ja widziałam”), która mieszkała w starym budownictwie. „A tam teraz strach chodzić, taka dzicz się zbiera w bramie i na klatce schodowej.” Do matki pani Krystyny bardzo często pukali, chcieli drobne na alkohol, straszyli, że – jeśli ciągle będzie odmawiać – zepchnął ze schodów albo „drzwi ci podpalimy, stara ruro, tak, tak, pani Dagmaro kochana, tak mówili; taka tam dzicz. No, ale teraz mama moja już się nie boi, już ma spokój, a i ja już nie muszę tych bandytów oglądać”.

Po matce przyszła kolej na zachwyty nad Dagmarą („A bo pani taka delikatna, skromna, ale pięknie się pani śmieje, pozazdrościć takiego uśmiechu. I nie maluje się pani jak teraz te wszystkie matrioszki z rozpuszczonymi włosami. A włosy? Na pewno miękkie. Widziałam, że naturalny kolor”).

Propozycję następnej herbaty Daga odrzuciła. Mleka do strucli też nie chciała. Najchętniej już by sobie poszła, trudno, nic się o swojej ukochanej nie dowie, ale przyjedzie tu jutro, jak zwykle przed szkołą i może w końcu kogoś u Bieleników zastanie, a jeśli nie, wróci późnym popołudniem jak wczoraj i przedwczoraj.

Wtedy Krystyna spoważniała.

— Ja tak pani gadam i opowiadam, bo nie wiem, jak pani powiedzieć to najważniejsze, pani Dagmaro; to najgorsze, jak powiedzieć, nie wiem. Pani jest taka młodziutka, aż strach pomyśleć, jak to pani przyjmie, bo ja się aż cała trzęsę na samo wspomnienie. Ale dlatego panią na schodach zaczepiłam, bo widziałam tu panią wiele razy z Anną popołudniami, chyba ze szkoły wracałyście, uśmiechnięte, prawie jak zakochane. — Krystyna dziwnie spąsowiała. — Pani mi wybaczy, ja nic nie sugeruję. Po prostu panią zapamiętałam, te pani kocie oczy, i dlatego zaczepiłam, żeby powiedzieć... kochana Dagmaro, żeby pani powiedzieć... Boże drogi, przez usta mi to przejść nie chce... No ale muszę, bo Anny już... wśród nas... nie ma.

Daga znieruchomiała. Jakiś ciężar opadł na jej głowę. Zrobiło jej się zimno. Szybko nałożyła bluzę, którą wcześniej powiesiła sobie na oparciu krzesła, żeby otulało ją coś bezpiecznego.

— Dziś do południa było tu pełno policji, prokurator, doktorzy, trzy karetki — mówiła z przejęciem starsza pani. — Nie wyobraża pani sobie, jaka tragedia. Cała rodzina zamordowana, pani Dagmaro. Przeżył tylko Kuba, ale znaleźli go w... jak to się tak naukowo mówi...? W tej katatonii. Zmarł im w drodze do szpitala. Straszna tragedia.

Krystyna kręciła głową, zaszkliły jej się oczy. Podniosła do ust pomarańczową filiżankę z herbatą, ale zaraz ją odstawiła. Otarła oczy palcami.

Mara nie wierzyła w to, co usłyszała. Stare babsko musiało coś popierdolić. Coś się jej pojebało w głowie, mózg takich staroci jest całkiem gładki, normalni ludzie maja zwoje!

— Ja mam znajomego dzielnicowego, Paweł ma na imię, mówię do niego Pawełek, bo taki młody i bardzo sympatyczny. Przyjaźnili się z moim świętej pamięci mężem. Zawsze mnie to dziwiło, bo mój Władek tylko rok ode mnie był starszy, a ja już sporo po sześćdziesiątce. No i go tutaj przydybałam na schodach, znaczy oczywiście dzielnicowego, i od niego wszystko wiem. Dostali anonimowy telefon. Mieszkanie było zdemolowane. Znaleźli pamiętniki tego Jakuba, to znaczy policjanci znaleźli. Ręcznie pisane, około dwudziestu zeszytów, bardzo ich to zdziwiło. Znaleźli też walizkę, znaczy neseser, pełen, jak to Pawełek mówił, tych tam romów, czy jak to się nazywa. Pani na pewno wie, o czym mówię. Tam były setki filmów, wszystkie z Anną, jakieś przebieranki, jakieś sado, wie pani. Nie wiedzą, kto je robił, podejrzewają, że Kuba. W salonie znaleźli zresztą kamerę na statywie, ale Paweł nie wiedział, co nią było filmowane. Podejrzewa, że śmierć rodziców i siostry. Aż sam był tym wszystkim wstrząśnięty, ale nie mógł długo rozmawiać, ani dużo powiedzieć. Zresztą zaraz później przyszło do mnie dwóch, wie pani, tych śledczych. Wypytali mnie w tę i z powrotem, aż mi ciśnienie tak skoczyło, że myślałam już, że będę musiała zadzwonić po pogotowie. Nic mi nie chcieli wyjaśnić, tylko pytali. O Bieleników, o Kubę, o niego chyba najwięcej, ale ja go zawsze lubiłam, tym chętniej odpowiadałam. Zresztą wszystkich ich lubiłam... Boże mój kochany, jakie to się straszne rzeczy dzieją tuż za progiem. Nie do uwierzenia... Ale, kochana, co się dzieje? Strasznie pani pobladła.

Dagmara dotknęła policzków – były lodowate. Dopiero teraz poczuła, że drży. Gdy Krystyna mówiła, nie zwracała na to uwagi, chłonąc każde słowo i nie wierząc własnym uszom. Ktoś ich zabił? – tłukło jej się po głowie. – Po co ktoś miałby to robić? Dlaczego ktoś miałby zabić Annę? Dlaczego ta stara mnie oszukuje? Straszy mnie, poi herbatą o smaku i zapachu brudnej szmaty, i usiłuje nakarmić makowym syfem – czego chce ode mnie? Po co ja tu w ogóle weszłam?!

Podniosła się z krzesła. Zakręciło jej się w głowie.

— Proszę pani — zatroskała się Krystyna — czy na pewno wszystko jest w porządku?

Przytaknęła. Gardło miała suche, a język ołowiany. Serce łomotało. Wyjść stąd, wyjść w tej chwili! Uciekać! – wołało coś na tyłach poplątanych myśli, jej własny głos.

— Może pani jednak jakoś pomóc? — nie poddawała się kobieta.

— Nic mi nie jest. Dziękuję. Muszę już... Naprawdę.

— Oczywiście. Broń Boże nie zamierzałam być natrętna. Zdaję sobie sprawę, że to dla pani straszny szok. Byłyście sobie bliskie, prawda?

Coś strasznego było w tym pytaniu. Zupełnie, jakby w szkole, za źle napisaną kartkówkę, ktoś ucinał uczniom ręce, a potem pytał: „Ale teraz już się postaracie, prawda?”.

— Tak — odpowiedziała Daga, ledwo hamując się przed krzykiem. — Kocham Annę... Proszę pani. Do widzenia.

Wychodząc, słyszała, jak Krystyna szepcze do siebie, a być może ciągle do niej:

— Mój ty Boże, takie młode. Takie młode.

 

Kiedy czekała na windę, kobieta wychyliła się przed drzwi i powiedziała jeszcze:

— Niech się pani trzyma. Policja pewnie panią też przesłucha, pani jest nieletnia, więc pewnie przy rodzicach, a może w szkole, przy dyrekcji, ja nie wiem, ale całym sercem z panią jestem. Niech się pani trzyma i pamięta, że jest Pan Bóg. Jest, kochana. I on wspiera tych, co prawdziwie kochają. Niech pani pamięta...

Dziewczyna drgnęła. Jest pan Bóg? Krystyna powiedziała, że „jest pan Bóg”? To samo mówił dzisiaj ten śmierdziel w autobusie. A potem robił znak krzyża w powietrzu! Jakby rzucał klątwę!

Winda wyhamowała z klekotem, drzwi się rozsunęły, skrzypiąc jak stare zawiasy. Daga wsiadła. Chciała spojrzeć jeszcze raz na kobietę. Pomyślała, że jednak pośle jej choć cień ciepłego uśmiechu za to, że cały czas mówiła Anna, a nie Anka czy Andzia; że nie powiedziała jej wszystkiego na klatce, tylko zaprosiła obcą do domu i nieważne, że obawiała się czujnych uszu sąsiadek; i wreszcie za to, że potraktowała ją, zwykłą nastolatkę, z szacunkiem. Chciała, lecz się powstrzymała. Zblokowała ją myśl, że to jednak tylko wytwór geriatrycznie wygładzonego umysłu, stymulowanego sekciarskimi pierdoletami. Anna żyła, być może wyjechała, może ciężko zachorowała, może miała poważny wypadek, ale żyła na pewno. Wystarczy przecież pójść piętro wyżej i sprawdzić, czy mieszkanie jest zaplombowane, czy są policyjne taśmy jak w filmach, bo przecież powinny być. Nic prostszego.

Ale także coś najtrudniejszego.

Wsiadła do kabiny. Jutro w szkole wszystko się wyjaśni. Na pewno nie będzie policji, przesłuchań, wstydu i upokorzeń, akademii, delegacji na pogrzeb ze wszystkich klas, nie ma takiej możliwości.

Albo jeszcze inaczej. Dzisiaj obdzwonić trzeba wszystkie szpitale. No tak! Że też od razu na to nie wpadła. Najprostsze wyjścia zawsze są najmniej widoczne...

Ale skoro Anna miała wypadek, dlaczego nie ma Kuby? Gdzie są rodzice. W mieszkaniu zawsze ktoś był, gdzie więc wszyscy są teraz?

 

Siedziała na piętach i wyła cicho prze zaciśnięte zęby; nie potrafiła się powstrzymać. Cała była jednym rozdzierającym skowytem, jątrzącym bólem, ogniem, od którego pękały załzawione oczy. Bezwolnie wcisnęła guzik. Pudło windy drgnęło i ruszyło z mozołem w dół. Miała wrażenie, że zjeżdża sama podłoga, a ściany rozciągają się, zostawiając coraz wyżej i dalej słabnącą, zaplutą, znienawidzoną żarówkę. Pozostał smród szczyn i wstrętne ślady gaszonych gdzie popadnie papierosów – cała prawda o życiu. O jej życiu.

 

c.d.n.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 10

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Justyska 3 miesiące temu
    Dagmara! Tu jej rola wypadła znakomicie i ta rozmowa ze starszą panią świetna.
    Lecę dalej
  • Adam T 3 miesiące temu
    Daga łączy świat inny z tym właściwym. To ona musiała być dopełnieniem. To taka "final girl", gdyby, oczywiście, Fuzja była slasherem (choć po części trochę nim jest, ale musieliby ustalić znawcy gatunku).
  • Bożena Joanna 3 miesiące temu
    Jakbyśmy powrócili to punktu wyjścia. Ze znanych postaci pozostaje Dagmara, którą pamiętam z pierwszej części jako postać marginalną. Potem stała się osobą bliską Annie. Posiada jeden z zeszytów Kuby, pozostałe są w posiadaniu policji. Może to dzięki niej te zapiski ujrzą światło dzienne. Ale to tylko takie rozważania. Pozdrowienia!
  • Adam T 3 miesiące temu
    Ten zeszyt, to takie brakujące kartki z pamiętnika Laury Palmer ;) Za 25 lat wyjaśnię, co w nim było. Taki żarcik.
    Również pozdrawiam ;)
  • Keraj 3 miesiące temu
    Starsza babcia i problem z,,ruskimi " fajnie wkomponowany w opowiadanie.5
  • Adam T 3 miesiące temu
    Bardzo dziękuję, Keraj ;)
  • Maurycy Lesniewski 3 miesiące temu
    Dobra byłem.
    Świetnie kreujesz te swoje postacie,Kuba, Anka i teraz wydawałoby się poboczna Dagmara...
    Dobra lecę na końcówkę :)
  • pasja 3 miesiące temu
    Dzień dobry
    Taka sąsiadka w kamienicy to skarbnica wiedzy. A w dodatku jeszcze ma znajomości na policji. Dagmara przeżyła koszmar przy strucli, poznała losy rodziny od jej początków. Sąsiadka bardzo nie lubiła ruskich?
    Czy Dagmara jest tą fuzją, która połączy świat z horroru z tym rzeczywistym.
    Pozdrawiam serdecznie
  • Adam T 3 miesiące temu
    Witaj, pasjo. Dagmara jest łącznikiem, ale nie fuzją. Zresztą widziałem, że już skończyłaś, więc wiesz. Pytanie, na ile światy pokazane zdołały się przeniknąć. Zresztą bardzo prawdopodobne, źe wrócę do tytułu Obrazki z wystawy, on był bardziej niepokojący. Tak myślę.
  • Canulas 3 miesiące temu
    Helloł

    ".Jakiś ciężar opadł na jej głowę. Zrobiło jej się zimno." - dwa razy "jej" kapinkę rzuca się w oczy.

    " Coś się jej popierdoliło w głowie, mózg takich staroci jest całkiem gładki, normalni ludzie maja zwoje!" - mają

    "Coś strasznego było w tym pytaniu. Zupełnie, jakby w szkole, za źle napisaną kartkówkę, ktoś ucinał uczniom ręce, a potem pytał: „Ale teraz już się postaracie, prawda?”." - cudowny zapis.


    Z początku miałem wrażenie, że zmieniłeś coś z tą staruszką, że jest teraz bardziej odpychająca, bo zapamiętałem ją jako ciepłą, wrażliwą osobę. Później jednak faktycznie jej obraz uległ zmianie. Efekt woow może być tylko za pierwszym razem, a to mój drugi, więc już tej eksplozji nie ma, ale nadal uważam tekst (jak i serię) za wyśmienity.
    Zastanawia mnie jak połączysz trójkę. Mam wrażenie, że to ta część ze słynnym "zalewaniem ługiem", ale zobaczymy,
  • Adam T 3 miesiące temu
    Staruszka jest odpychająca oczami Dagmary, jaka jest naprawdę widać, kiedy sama zaczyna mówić. W starej wersji cały czas gadała (przez prawie 12 stron), tutaj zrobiłem pigułę, z całą masą dygresji na temat Dagi, żeby to ona była tematem tej części, nie starsza pani. Ta część, uważam, wyszła o niebo lepiej, niż stara wersja.
    Do trzeciej części droga daleka, oj daleka.
    Dzięki za oko wnikliwe.
    Pozdrawiam ;)
  • Canulas 3 miesiące temu
    Adam T, Kurde, a ja sam nie wiem. Może teraz, gdy upłynęła godzina się i przychylę, ale podczas czytania, to zabicie mi nie siadło.
    No ale cóż. Jeden woli ogórki, drugi ogrodnika córki.
    Fajnie, że potem ta kobieta jednak nabrała cech ludzkich. To akurat zacne.
  • Adam T 3 miesiące temu
    Can, a o jakie zabicie chodzi? Mówisz o wymordowaniu Bieleników?
    A, i do czego się przychylisz, bo do mne dziś chyba trzeba większymi literami.
    Miałem na myśli, pisząc że nowa wersja jest lepsza od starej, nie to, o czym ta część opowiada, tylko to, jak to robi. Tutaj to "jak" jest o wiele lepsze.
  • Canulas 3 miesiące temu
    Adam T Jezu jakaś dziwna autokorekta. Chodziło mi o zbicie. Zbicie w kupę. Spigułkowanie. Wolałem formę rozwlekłą, bo po tych wszystkich wcześniejszych ekscesach, dawała przestrzeń, by móc się wyciszyć. Jednak z perspektywy uplywajacych chwil uważam, że jest git.
  • Adam T 3 miesiące temu
    Acha, teraz jasne: zabicie/zbicie ;))
  • Elorence 3 miesiące temu
    Świetny zabieg.
    Dagmara zawsze byłą tą z boku, tą, która jako jedyna zachowywała resztki normalności i sprawia, że ten świat był w miarę rzeczywisty. I dzięki temu, to zakończenie ma sens i rozjaśniania niektóre aspekty w głowie.
    Podejrzenia spadły na Kubę. Chłopak nie dożył, nie dziwię się, jego psychika nie wytrzymała, ciało posłusznie się poddało. Po mieście rozejdą się plotki, które będą zmieniane codziennie po kilka razy. Wyjdą straszne, nieprawdziwe rzeczy. Jeszcze bardziej nierzeczywiste niż same wizje Kuby.
    Boże, teraz to już w ogóle przypomina mi się ten film.
    Straszne.
    Dobra, pora to zakończyć.
    Pozdrawiam :)
  • Adam T 3 miesiące temu
    Ostatnia część jest najkrótsza. I najsmutniejsza,
    POzdrawiam.
  • Ritha 3 tygodnie temu
    Heh, fajna relacja kobiety, okiem sąsiadki.
    Dagmara się pojawia znowu, no ciekawe…

    „Jakaś tępa zawziętość i Zaduch starej pleśni” – zaduch* z małej raczej, chyba, ze to jakaś nazwa własna, której nie kojarzę
    „Coraz mniej podobała jej się ta kobieta, a ta najwyraźniej się rozkręcała” – tutaj 2 x „ta” dość blisko siebie
    „Strucla odrzucała ja samym zapachem” – ją*

    „W tym momencie Mara zaczęła lekko wymiękać. Strucla odrzucała ja samym zapachem, herbata wystygła, zaczęło się ściemniać, a Krystyna ani nie zamierzała kończyć, ani nie zmierzała do puenty” – hahaha, taa, bywają takie sytuacje, dramat

    Obczaj cudzysłowy tutaj:
    „drzwi ci podpalimy, stara ruro”, tak, tak, pani Dagmaro kochana, tak mówili; taka tam dzicz. No, ale teraz mama moja już się nie boi, już ma spokój, a i ja już nie muszę tych bandytów oglądać”. – ten ostatni się zamyka, ale jakby się nie otwierał

    „W tej katatonii. Zmarł im w drodze do szpitala. Straszna tragedia” – cooooo?! Jak to zmarł?! :(((

    „Mara nie wierzyła w to, co usłyszała. Stare babsko musiało coś popierdolić. Coś się jej popierdoliło w głowie, mózg takich staroci jest całkiem gładki, normalni ludzie maja zwoje!” – ja pierniczę :D

    Kolejna wspaniała część, wchłonęłam jednym tchem, aż strach iść do ostatniej…
  • Adam T 3 tygodnie temu
    Masz rację w temacie uwag. Ze wszystkimi się zgadzam i już je załatwiłem. Nawet z lekką nawiązką. W starej wersji tego fragmentu był w zasadzie tylko monolog Krystyny, samej narracji i Dagmary prawie nie było. Tę wersję uważam za dużo bardziej udaną. Tu pokazałem dokładnie to, o co mi chodziło. Czy jest wspaniała, to nie wiem, ale dziękuję, jeśli tak myślisz. Ogromnie to miłe i budujące.
  • Ritha 3 tygodnie temu
    Adam T wszytko szczerze, jakby mi coś nie leżało, to bym pedziała :)
  • Adam T 3 tygodnie temu
    Ritha, za to dzięki podwujne ;)
  • TrzeciaRano 3 tygodnie temu
    Adam T "ó" :)
  • TrzeciaRano 3 tygodnie temu
    Adam T "ó" :)
  • Adam T 3 tygodnie temu
    TrzeciaRano, a nie, bo "u" ;)
  • TrzeciaRano 3 tygodnie temu
    Adam T Aha.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania