Niczyja - Rozdział I

Robiłam wszystko by zwrócić na siebie uwagę rodziców. W pomysłach przechodziłam sama siebie, jeździłam motorem bez prawa jazdy, skakałam na bungee, wspinaczka górska na najbardziej niebezpieczne szczyty, zadawałam się z najbardziej niebezpiecznymi typami w mieście. Kiedy wymyśliłam sobie tatuaż kolibra na stopie i kwiatu paproci na ramieniu po prostu zapłacił komu trzeba. Ojciec miał firmę zajmująca się obróbką metali szlachetnych, jednym słowem byliśmy bogaci. Moi rodzice przepadali nieraz na całe dnie zapominając o moim istnieniu, kiedyś podrzucali mnie rodzinie, ale zdążyli się ze wszystkimi pokłócić. Dlatego przez pięć lat z rzędu byli zmuszeni zabierać mnie ze sobą na swoje wakacje, co w efekcie, ani mi ,ani im nie sprawiało przyjemności, gubili mnie przy każdej możliwej okazji. Nie robili tego celowo, po prostu zapominali, że mają dziecko, którego trzeba pilnować, nie winiłam ich za to, jeśli jesteś świadkiem czegoś dziwnego od dzieciństwa to staje się dla ciebie normalne. Dwa lata temu powiedziałam veto i oznajmiłam, że nigdzie więcej z nimi nie wyjadę, odtąd zostawałam w domu z naszą gospodynią Małgorzatą. Byli jeszcze Adam i Janek, ale na razie nie chcę o nich myśleć, to bardzo piękna i wzruszająca historia, one prawie nigdy nie kończą się happy endem, tak było i w tym przypadku.

* * *

W ostatniej chwili zdążyłam na autobus i zajęłam jedno z wielu pustych miejsc, kiedy siadałam zakręciło mi się w głowie i przed oczami stanął mi przerażający widok. Byłam w różowym płaszczu, wszędzie było ciemno, strasznie bolały mnie nogi, ktoś za mną szedł, nie widziałam go, ale wiedziałam, że tam jest, chciał mnie zabić, chciał zabrać to co mam w torbie.

Tylko co to było?

Nie mogłam sobie przypomnieć, przez umysł przelatywały mi zamglone wspomnienia, chciałam dowiedzieć się co takiego staram się ukryć. Wiedziałam, że jest to bardzo cenne, jakaś wiadomość, nie... to było...

- Wszystko w porządku? - ktoś klęczał nade mną.

Rozejrzałam się zdezorientowana, musiałam się przewrócić. Autobus stanął, wszyscy pasażerowie przyglądali mi się z niepokojem, przy pomocy młodej kobiety udało mi się wstać.

- Wszystko w porządku - zapewniłam słabo - zapomniałam zjeść dzisiaj śniadania.

- Proszę - wyciągnęła z torebki kanapkę - zawsze mam przy sobie coś do jedzenia.

- Dziękuję - tak naprawdę wcale nie byłam głodna, wiedziałam, że dzisiaj nic już nie przełknę.

Pasażerowie uwierzyli w moja bajeczkę, że zasłabłam z głodu i autobus ruszył, gdy tylko usiadłam na siedzeniu i zajęłam się kanapką. W głowie cały czas miałam dziwną wizję, nawiedzały mnie od czasu wypadku, po prostu zwariowałam, to było najgorsze stracić rozum i mieć tego świadomość.

Odetchnęłam z ulgą, kiedy wysiadłam na pętli i poszłam prosto do naszej luksusowej willi. Stąd czekała mnie jeszcze piętnastominutowa wędrówka, akurat miałam czas by nerwowy rumieniec znikł z mojej twarzy i bym na dobre się uspokoiła. Nie chciałam znowu trafić do wariatkowa, spędziłam tam trzy miesiące, do grudnia. Wypuścili mnie kilka dni przed Bożym Narodzeniem i przepisali jakieś tabletki, których i tak nie brałam, bo nie pamiętałam po nich ile jest dwa dodać dwa. Jednak nikomu o tym nie powiedziałam, niech myślą, że ozdrowiałam, mydliłam im oczy, że wszystko ze mną w porządku, a rodzice gorąco pragnęli w to wierzyć.

Zatopiona w ponurym rozmyślaniu doszłam do willi, która nie różniła się niczym od tysiąca innych. Kremowa, ogromna, z marmurową podłogą i pozłacanymi schodami, całość prezentowała się wspaniale.

Dziś był 28 sierpnia, jutro moje urodziny, o których moi rodzice na pewno zapomną. W holu powitały mnie liczne bukiety róż, wszyscy (służba nie rodzice) krzątali się po domu. Wolałam nie pytać o co w tym wszystkim chodzi i czym prędzej uciekłam do siebie do pokoju.

Tutaj miałam wszystko co było mi potrzebne do szczęścia, miałam ogromne łóżko z różowym baldachimem, niewiele mniejsze biurko, sporą garderobę i bardzo, bardzo dużo książek. Ściany w pokoju były pomalowane na beżowo, jedna z nich była mocno fioletowa. Westchnęłam ciężko i poszłam do łazienki, chciałam jak najszybciej znaleźć się w łóżku i zapomnieć o tym wszystkim. Nie chciałam pamiętać o tym, że tu mieszkam, o wydarzeniach sprzed roku, kiedy straciłam jedyną osobę , którą kochałam.

Po długiej kąpieli, z przyjemnością wtuliłam głowę w poduszkę, zacisnęłam mocno powieki i zaczęłam liczyć barany.

Zasnęłam.

Zobaczyłam płonącą łódź, nie wahałam się, ani chwili wskoczyłam do wody. Wiedziałam, że są tam Adam z Jankiem, musiałam im pomóc. Płynęłam najszybciej jak potrafiłam, woda zalewała mi usta, nie mogłam przestać, nie mogłam się poddać.

Udało mi się, parę metrów przede mną byli chłopcy, Adam podtrzymywał brata.

- Weź go - polecił mi - będę tuż za wami.

Posłuchałam, był dobrym pływakiem, wiedziałam, że mu się uda. Razem z Jankiem dopłynęliśmy do brzegu, chłopcy nic nie było, był tylko przerażony. Mijały minuty a Adama nigdzie nie było. Kazałam chłopcu zostać na brzegu a sama wskoczyłam do wody, unosiła go, nie ruszał się, modliłam się bym zdołała go uratować. Wyciągnęłam go na plażę i sprawdziłam czy oddycha, nie, przypomniałam sobie co mówili w szkole o pierwszej pomocy, pięć wdechów ratowniczych.

- Biegnij po pomoc - rozkazałam Jankowi a sama zaczęłam robić masaż serca.

Po półgodzinie przyjechała karetka, wiedziałam, że Adam nie żyje, ale póki nie usłyszałam tego od lekarza łudziłam się, że uda mi się go uratować. Coś we mnie pękło, młody lekarz przytulił mnie do siebie i kojąco głaskał po twarzy.

Janka też zabrali do szpitala, siedziałam przy nim przez dwa tygodnie praktycznie nie wypuszczając jego dłoni. Nie wiem kto kogo pocieszał, ja jego, czy on mnie, mieliśmy tylko siebie, tylko my się rozumieliśmy. Moi rodzice ani razu nie przyjechali ze mną do szpitala, wtedy pierwszy raz poczułam, że ich nie kocham. Nie potrzebowałam ich by być szczęśliwą, ani oni mnie, żyliśmy obok siebie.

Usiadłam gwałtownie na łóżku, była 5.15 jak na mnie to późna pora, zazwyczaj spałam do 4.30. Wstałam jak najszybciej by pozbyć się resztek wspomnień z głowy. Zdecydowałam się na czarną lekką sukienkę i płaskie baleriny, przy moim 1,80 w szpilkach wyglądałam jak olbrzym. Czarne kręcone włosy puściłam luźno i pomalowałam się lekko by ukryć fioletowe sińce, jedyny dowód na to jak mało spałam. Plusem wczesnego wstawania było to, że miałam na wszystko bardzo dużo czasu, lekko zbiegłam po schodach i wyszłam na wczesny spacer. Robiłam tak od roku, by zabić czas zanim ktokolwiek w domu wstanie, jednak nigdy nie chodziłam w tą samą stronę dwa razy z rzędu.

Dzisiaj wybrałam spacer nad morze, uwielbiałam patrzeć na wzburzone fale, wyciszały mnie, napełniały spokojem. Napawałam się tym widokiem, brakowałoby mi go gdziekolwiek bym była. Najgorsze było to, że nie mogłam zostać tutaj na zawsze, musiałam wrócić do mojego bogatego życia .

Wróciłam do domu i poszłam wprost do kuchni, czułam piękne zapachy, które się stamtąd wydobywały, znaczyło to, że Małgorzata już wstała i przyszykowała śniadanie. Moi rodzice jeszcze, albo już spali, pewnie nie zamierzali dzisiaj w ogóle wstawać. Super. Urodziny pełną parą, nie ma co. Małgorzata złożyła mi życzenia i poszła robić pranie, wspaniale.

Jednak największe zaskoczenie czekało mnie po południu, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi.

Małgorzata pobiegła do drzwi, dlaczego była taka podekscytowana, ciekawa wyjrzałam, ale tak bym nie została zauważona.

Na progu stało dwoje młodych ludzi, mogli mieć góra trzydzieści lat. Kobieta miała czekoladowe włosy opadające swobodnie, miodowe, ciepłe oczy i serdeczny uśmiech, mężczyzna miał blond włosy, miodowe oczy i lekki uśmiech.

- Jesteśmy za wcześnie? - zapytała.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Marika 17.02.2017
    Zaczyna się ciekawie i tajemniczo!
  • Stern 17.02.2017
    Czekam na więcej. Na razie jest całkiem okej :)
  • DarthNatala 7 miesięcy temu
    Wiem że to twoje stare opowiadanie ale chciałam zobaczyć co to. Nie było mnie na opowi z 3 lata prawie i sobie przeglądam. Myślę że dam szanse i przeczytam potem więcej :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania