Poprzednie częściNiczyja - Rozdział I  

Niczyja - Rozdział II

- Nie, nie -zaprzeczyła gospodyni - ale za wcześnie na co?

Para uśmiechnęła się niepewnie.

- Podobna Anna kończy dzisiaj siedemnaście lat - kobieta była zdziwiona.

- Anny? - Małgorzata kompromitowała się. - A, Anny! Kto państwa zaprosił? - kontynuowała przesłuchanie.

- Moja siostra - uśmiechnęła się Elwira.

Gospodyni klasnęła w ręce.

- Proszę za mną.

Usiadłam na krześle udając, że czytam książkę, nie chciałam zostać przyłapaną na podsłuchiwaniu, to przecież źle by o mnie świadczyło, usłyszałam w głowie głos matki. Słyszałam kroki, które niosły się po ogromnym korytarzu, kilka minut później cała trójka stanęła w progu pokoju, myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi.

- Ania? - kobieta w paru susach znalazła się przy mnie i zamknęła w stalowym uścisku. - Jak wyrosłaś, pamiętasz mnie w ogóle? Uwielbiałam tu przyjeżdżać zanim nie pokłóciłam się z twoją matką.

Odsunęłam się od niej trochę, zachowywała się jak wariatka, szukając ratunku spojrzałam na Małgorzatę, kobieta wzruszyła bezradnie ramionami.

- Musisz mnie pamiętać - upierała się - to ze mną oblałaś ten drogi obraz, to była farba, chyba czarna...

- Fioletowa - poprawiłam ją - jego twórcą był Lucas Cranach Starszy.

Rodzice byli wściekli, za karę musiałam przesiedzieć cały dzień w mokrej piwnicy, gdy wieczorem Małgorzata mnie wypuściła byłam przerażona i przemarznięta, był wtedy listopad. Skończyło się na tym, że kolejne dwa tygodnie przeleżałam w łóżku, gospodyni doglądała mnie dniem i nocą, mama wyjechała wtedy do Belgii, a tata pracował całe dnie.

- Widzisz - pochwaliła mnie - pamiętasz mnie.

Uśmiechnęłam się w duchu, lepiej pamiętałam karę niż szaloną ciotkę.

- Pamiętasz jak chodziłyśmy razem nad morze - wspominała dalej - był tam taki chłopiec, nie pamiętam jak miał na imię...

- Adam - powiedziałam odruchowo.

- Właśnie - skinęła głową - zawsze brałaś dla niego jedzenie, był z ubogiej rodziny. Byliście najlepszymi przyjaciółmi, spędzałabyś na plaży cały dzień, gdybym ci na to pozwoliła. Adam chwalił się, że jak będzie pełnoletni zabierze cię w podróż po całym świecie - uśmiechnęła się do mnie niepewnie. - Przyjaźnicie się jeszcze?

Małgorzata próbowała ostrzec kobietę, ale nie przyniosło to skutku, bała się, że zaraz wybuchnę, kiedy tylko ktoś wspominał przy mnie jego imię tak to się zwykle kończyło.

- Adam utonął w zeszłym roku - powiedziałam opanowanym głosem - na moich oczach. Nie pomogłam mu.

- Przestań - skarciła mnie cicho gospodyni - uratowałaś Janka, bez ciebie chłopak nie miałby szans. Adam nie pozwoliłby sobie pomóc, wiedząc, że jego brat jest w niebezpieczeństwie - przerwała by zaczerpnąć powietrza. - Poza tym wskoczyłaś do niego z powrotem do morza, wyciągnęłaś go.

- Wyciągnęłam ciało, nie Adama - wstałam gwałtownie, odpychając ciotkę i wybiegając z pokoju.

W łóżku schowałam głowę pod kołdrę, tutaj byłam bezpieczna, nikt mnie nie oceniał, łzy popłynęły po mojej twarzy. Nie mogłam usunąć z pamięci widoku jego sinych ust, zamkniętych oczu,braku oddechu, to nie był mój Adam. Kochany, który zawsze wiedział co robić, przy nim nigdy nie byłam smutna, przy nim byłam tylko sobą. Z pod poduszki wyciągnęłam nasze wspólne zdjęcie, byliśmy wtedy na plaży, w trójkę urządziliśmy sobie ognisko. Uwielbiałam na nie patrzeć, ja w koszuli w kratę i ogrodniczkach, dwunastoletni Janek o włosach w kolorze lnu i Adam... Był w błękitnej podkoszulce opinającej jego mięśnie, ciemne włosy opadały mu swobodnie na ramiona. Na tym zdjęciu patrzył na mnie z taką miłością... chciałabym być teraz z nim gdziekolwiek jest. Miesiąc po jego śmierci chciałam się zabić, podcięłam sobie żyły, znalazł mnie sąsiad, chciał pożyczyć wiertarkę, której i tak nie mieliśmy. Uratował mi życie, po tym zdarzeniu rodzice mieli pretekst by zamknąć mnie w szpitalu dla psychicznie chorych.

Podskoczyłam, kiedy ktoś zapukał do drzwi.

- Mogę? - ciocia uniosła kołdrę. - Przepraszam, nie powinnam mówić o wszystkim skoro nie widziałyśmy się dziesięć lat.

Widząc, że nie zamierzam wychodzić z łóżka sama położyła się obok i wzięła mnie za rękę. Znowu ten dotyk.

- Musiało być ci ciężko - powiedziała cicho - rodzice się tobą zajęli?

Wybuchłam gromkim śmiechem. Oni mieliby się mną zająć?

Opowiedziałam jej o tym wszystkim co się wydarzyło, przysłuchiwała mi się z rosnącym przerażeniem.

- Kochanie, kto był wtedy z tobą? - zapytała mnie.

- Małgorzata, Janek , jego rodzice...

- A twoi?

- Nie było ich wtedy w kraju - powiedziałam jakby to było coś oczywistego.

- Podziwiam cię za to, że to wytrzymałaś - przytuliła mnie do siebie.

Musiała mnie cały czas przytulać? Przecież już nie płaczę, nie mówiłam niczego przykrego, przynajmniej nie dla niej.

- Nie wytrzymałam - zauważyłam - po drodze zwariowałam i chciałam się zabić.

Pokazałam jej blizny, które zostawiła żyletka, dotknęła je delikatnie palcami, nie lubiłam ich nikomu pokazywać, tak samo jak siniaków, które zostały mi po ratowaniu Janka, chłopiec próbował zostać na powierzchni topiąc mnie. Nie miałam zamiaru kiedykolwiek mu o tym przypominać, nie zrobił tego celowo.

 

***

Wieczorem wrócili moi rodzice, mieli ze sobą wielkie pudło, prawdopodobnie dla mnie.

- Wszystkiego najlepszego, Anno - wręczała mi je i poklepała po ramieniu. Ot co, koniec matczynej miłości.

- Dziękuję - powiedziałam z wahaniem stawiając pudełku na stoliku.

Najgorsze było to, że się ruszało. Rozpakowałam je i moim oczom ukazała się mała włochata kulka, merdająca ogonkiem.

- To nowofundlandczyk - powiedziała z dumą w głosie.

Super, będzie ogromny będę miała towarzysza na spacery.

- Wow, myślałam, że nie lubicie psów - ilekroć prosiłam o psa spotykałam się z odmową.

Rodzice spojrzeli na siebie i mama odchrząknęła znacząco.

- Z Albertem jesteśmy bardzo zmęczeni - mówiła monotonnym głosem, jakby rzeczywiście była zmęczona. - Musimy wypocząć, dlatego nie możemy czekać aż Anna skończy osiemnaście lat, wyjedziemy teraz, dziś w nocy - zrobiła znaczącą przerwę. - Dlatego, mamy do was prośbę, może propozycję, byście zajęli się naszą Anną, oczywiście będziemy płacić za jej utrzymanie.

W pokoju zapanowała dziwna cisza, nie mogłam uwierzyć, że rodzice chcą mnie zostawić, podrzucić jak kukułcze jajko. Wzięłam psa i wbiegłam po schodach do swojego pokoju, chciałam być sama. Nie mogłam spojrzeć rodzicom w twarz, nie po tym co powiedzieli.

 

.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • BeerAfterShow 21.02.2017
    Chyba nawet porzucenie nie jest warte smutku kiedy dostaje się szczeniaka :p
    5 :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania