Niczyja - Rozdział VIII

Opowiedziałam mu całą historię od momentu, kiedy zobaczyłam grupę mężczyzn i to, że idą za Marią.

- Musieli na nią polować - powiedział z wahaniem - otoczone miłością osoby są łakomym kąskiem.

"Łakomy kąsek"? Przecież to był człowiek, tak samo jak my, jak można tak o nich mówić.

- Nie uważamy siebie za ludzi - sprostował wuj widząc moja minę - niektórzy nazywają nas obdarzonymi a inni czarodziejami, jednak to nie znaczy, że nie możemy być zbawieni.

- Postępując tak jak oni sami sobie odbieramy tę możliwość.

- My nie jesteśmy tacy jak Wojciech - zauważył wuj.

- Na pewno? - natychmiast pożałowałam tych słów, nie zasłużył sobie na takie słowa. - Przepraszam, to wszystko jest...

- Rozumiem - mężczyzna uśmiechnął się lekko - i tak nie oskarżyłaś mnie o najgorszą rzecz.

- Kamień z serca - udałam, że ocieram pot z czoła - bałam się, że pójdę do piekła. Polowania są, przecież zabronione - przypomniała mi się rozmowa pierwszego wieczora w nowym miejscu. -Tak mówiła ciocia - dodałam widząc spojrzenie wuja.

- Mówiła ci o tym?

Ups, nie chciałam by ciocia miała przeze mnie nieprzyjemności, czemu nie umiem trzymać języka za zębami?

- Nie za wiele - próbowałam jej bronić - wymogłam to na niej, kiedy pierwszy raz ich spotkaliśmy, wtedy była z nimi jeszcze dziewczyna.

- Dominika - na twarzy wuja pojawił się grymas bólu.

- Dlaczego do nich przystała? - nie mogłam tego zrozumieć, kto normalny chciałby być z kimś takim?

- Jest z Wojciechem - sprostował - zakochała się w nim, a on poniekąd w niej, przy niej zachowywał się przyzwoicie, wydawało się, że zaprzestał ze starymi zwyczajami - wuj wzrok miał utkwiony w drodze. - Pewnego dnia zabił mojego przyjaciela, ostrzegłem przed nim Dominikę, ale nie chciała mnie słuchać, była zaślepiona. Uciekła z nim i potajemnie wzięła ślub, później okazało się jaki jest naprawdę, ale wtedy było już za późno.

- Za późno na co? - teraz już niczego nie rozumiałam.

- Musisz wszystko wiedzieć? - wuj zaśmiał się sucho, ale po chwili opowiadał dalej. - Nie może odejść, jest z nim złączona przez klątwę, która mówi, że jeśli Dominika zostawi Wojciecha on umrze. Ta, która rzuciła zaklęcie została odtrącona przez Wojciecha, to była zemsta.

W samochodzie zapanowała dziwna cisza, nie wiedziałam co powiedzieć, to było zbyt smutne by można było zobaczyć tam coś pozytywnego.

- Brzmi jak bajka.

Wuj nie odpowiedział, nerwowo zaciskał pięści na kierownicy, wiedziałam, że to był koniec rozmowy, tylko, że ja domyśliłam się kim była Dominika.

Auto zatrzymało się przed domem, odetchnęłam z ulgą, wolałam jak najszybciej uciec od zamyślonego wuja, zawsze był spokojny i w dobrym humorze. W salonie ciocia zasypała mnie pytaniami, a na koniec zamknęłam mnie w bardzo mocnym uścisku. Późnym wieczorem Edmund odprowadził mnie do pokoju, na "naradzie" w salonie zdecydowali, że na zmianę będą pilnować Marii, na wszelki wypadek jak to określili. Usiadłam na łóżku i poklepałam miejsce obok siebie, często spędzaliśmy tak czas, po prostu siedząc obok siebie, lub czytając książki w bibliotece, zbliżyliśmy się do siebie, rozumieliśmy się bez słów.

- Anka ... - odezwał się wreszcie - ostatnio... między nami coś się...

Wiedziałam, że kiedyś musiało dojść do tej rozmowy, ale dlaczego akurat dzisiaj?

- Musimy dziś o tym rozmawiać? - uśmiechnęłam się prowokująco. - Mamy na to jakieś sto lat.

- Daj mi skończyć - poprosił śmiejąc się cicho - chodzi o to, że ja... coś do ciebie... nie chciałbym cię ...

- Edmund - Jagoda weszła bez pukania do pokoju - dzisiaj ty pilnujesz tej dziewczyny.

 

Dni płynęły spokojnie, skończył się wrzesień, po nim październik i zaczął się listopad. Chłopcy na zmianę pilnowali Marii, dziewczyna niczego nie podejrzewała. Do czasu. Pewnego jesiennego popołudnia, kiedy z Alicją i Maćkiem wychodziłam ze szkoły zdarzył się wypadek. Gdyby nie Edmund sztylet pewnie trafiłby prosto w serce brunetki, nie wiedzieliśmy napastnika, nie miałam żadnego przeczucia, ani niczego takiego. Chłopak miał jeszcze lekcje, ale prawdopodobnie wybrał się na wagary i przybiegł do nas w przeciągu trzech sekund i zatrzymał ostrze. Przed szkołą nie było nikogo oprócz Marii, dziewczyna wpatrywała się w nas z szeroko otwartymi oczami.

- Niedobrze - odezwała się Alicja.

- Do samochodu - zarządził Edmund popychając nas przed sobą.

- Co teraz? - zapytałam, gdy chłopak odpalił silnik.

- Musimy nią tak pokierować, by zapomniała o całym zdarzeniu.

- A jeśli jej nie przekonamy? - byłam sceptycznie nastawiona.

- Wyjedziemy.

Super. Kolejna przeprowadzka, widać nigdzie nie miałam zagrzać miejsca.

W domu nikogo jeszcze nie było, ledwo weszłam do swojego pokoju a już zadzwonił mój telefon.

- Słucham?

- Anna - rozpoznałam głos Marii - możemy się spotkać?

- Spotkać? - zawahałam się. - W porządku, jutro o czternastej w Wiosennej kawiarni?

- W porządku - powtórzyła za mną - przyjdź sama.

Rozłączyła się.

Usiadłam na łóżku i wyjrzałam przez okno, to chyba nie był dobry pomysł. Tulipan wskoczył mi na kolana, był coraz większy i coraz cięższy, ze śmiechem podrapałam go za uszami, kiedy polizał mnie po twarzy. Oparłam się o poduszki i zamknęłam oczy, kiedy zaczął ogarniać mnie spokój zorientowałam się, że jest tutaj Maciej.

- Co cię trapi? - zapytał wprost.

- Umówiłam się z Marią - obserwowałam jego reakcję.

- To dobry pomysł - stwierdził po chwili - uważa cię za najbardziej godną zaufania, myśli, że ją zrozumiesz.

Zrozumiem ją? Czasami nie potrafiłam zrozumieć samej siebie, choć w sumie łatwiej pomóc komuś niż samemu sobie.

 

Goniło mnie kilkoro ludzi, byli tuż za mną. Niczego nie widziałam, na oślep schodziłam po drabinie, miałam bose stopy, na ulicy było szkło, czułam jak rozcina mi skórę. Nie przestawałam biec, wiedziałam, że musze uciekać, potknęłam się o coś , byłam w jakimś pomieszczeniu, płonęło. Zaczęłam krztusić się dymem przebiegłam przez nie i wybiegłam do ogrodu, to był dom, piękny zadbany, teraz się walił. Był mój. Czułam to, w ogrodzie była kryjówka, tam będę bezpieczna. Znów się o coś potknęłam i upadłam na coś twardego, szkielet, wrzasnęłam przerażająco, ktoś chwycił mnie za rękę.

- Maria, biegnij! - to był mój tata.

Udało nam się dojść do schronienia, zeszliśmy po drabinie i ojciec zatrzasnął klapę, Szymon wziął mnie w ramiona.

- Jesteś bezpieczna, już dobrze -gładził mnie po plecach.

Ocknęłam się w ogrodzie, był środek nocy, Tulipan trącał mnie po ręce. był zdenerwowany, coś go niepokoiło, tak samo jak mnie. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się bym przemieszczała, gdy miałam wizję.

- Ania? - Edmund stał tuż za mną, odskoczyłam przerażona. - Co ty tutaj robisz?

- Nie jestem pewna - rozejrzałam się po ogrodzie - Marii grozi niebezpieczeństwo.

- Chodź do środka - chłopak przytulił mnie do siebie.

- Jest - nie odsunęłam się , choć miałam na to ochotę.

Usiedliśmy w kuchni, w domu panowała cisza jak makiem zasiał. Opowiedziałam Edmundowi o tym co widziałam, chłopak słuchał w skupieniu.

- Nieźle - powiedział po chwili - jej rodzina musi mieć coś co nas przyciąga.

- To możliwe? - powątpiewałam - nie chce mi się w to wierzyć.

- W co? - zaspany wuj usiadł na krześle.

Kolejny raz opowiedziałam tą samą historię, później znów zapanowała cisza.

- Wracajmy do łóżek - zawyrokował wuj - jutro postanowimy co dalej.

- Ale... - chciałam zaprotestować.

- Dobranoc - słysząc ten ton przebiegły mnie dreszcze.

- Nie chcę być dzisiaj sama - powiedziałam leżąc w łóżku.

Chłopak wsunął się pod moją kołdrę i przytulił mnie mocno.

- Tak lepiej?

- Mhm...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Elena12 25.03.2017
    Ciekawe opowiadanie ;) 5

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania