Poprzednie częściNiczyja - Rozdział I  Niczyja - Rozdział II  

Niczyja - Rozdział III

Rozległo się pukanie do drzwi i do pokoju weszła ciocia, uśmiechała się słabo.

- Nie chcesz zobaczyć mojego prezentu? - dotknęła mojego ramienia. - Wszystko w porządku?

- Jak może być w porządku skoro moi rodzice mnie nie chcą? - mój głos się załamał.

- Nie płacz - przytuliła mnie - wszystko będzie dobrze.

Łzy popłynęły po mojej twarzy, jednak odsunęłam się od cioci, jak mogła mówić, że wszystko będzie dobrze skoro mój świat się walił?

Szczeniak polizał mnie po ręce, chciał mojej uwagi, wzięłam go na ręce i podeszłam do okna, podobało mu się siedzenie na szerokim, wyłożonym poduszkami parapecie.

- Chciałabym zostać sama - powiedziałam cicho.

Nie chciałam jej urazić, po prostu nie mogłam wytrzymać, tego wszystkiego, nie potrafiłam dzielić się tym co czuję z innymi. Nienawidziłam momentów, kiedy ktoś widział moje łzy, a to zdarzyło się dzisiaj zdecydowanie za dużo razy.

- Położę ci tutaj prezent - uśmiechnęła się ciepło, teraz prawie uwierzyłam w jej troskę. - Mam nadzieję, że ci się spodoba.

Poczekałam aż usłyszę trzaśnięcie drzwi i wtedy na dobre się rozpłakałam, jak oni mogli mi to zrobić? Nie wymagałam od nich uwagi, nawet miłości, a oni twierdzili, że są zmęczenie? Czym? Swoją wieczną nieobecnością? Nie mogli poczekać jednego roku? Czy to dla nich aż tak długo?

Przez te siedemnaście lat nie zrobili dla mnie niczego, oprócz dawania na wszystko pieniędzy, ten raz mogliby się przemęczyć.

Kiedy zmogło mnie zmęczenie po prostu położyłam się na łóżko wtulona w szczeniaka, musiałam wymyślić mu imię.

Spałam spokojnie, jak zawsze przyśnił mi się Adam, ale tym razem jego widok nie zrobił na mnie większego wrażenia, miałam za dużo na głowie.

Obudziłam się o 4.30, pies leniwie przeciągnął się obok mojej głowy.

- Czas wstawać - szepnęłam do niego, w odpowiedzi radośnie zamachał ogonkiem. - Musimy nadać ci imię, może... Fan Fan Tulipan? - pocałowałam go w nos. - Kiedyś obejrzałam ten film z mamą, miałam wtedy czternaście lat, to był najpiękniejszy dzień w moim życiu. Tego dnia pomyślałam sobie, że może tak już zostanie, byłam taka szczęśliwa, siedziałyśmy na kanapie i jadłyśmy popcorn. Byłam taka głupia, myślałam, że to chyba jest.... - zamyśliłam się na chwilę - miłość. Ale następnego dnia mama wyjechała i wszystko wróciło do normy, wtedy na moim sercu pojawiło się pierwsza rysa, z czasem przerodziła się w pęknięcie, później w szczelinę, a teraz to ziejąca pustką przepaść.

Umyłam się, przebrałam i byłam gotowa na nasz pierwszy spacer, z pudełka w holu wyciągnęłam szelki i smycz, po paru próbach udało mi się je założyć. Byłam z siebie dumna, mała rzecz, a cieszy, pomyślałam ze śmiechem.

Tulipan podrygiwał niecierpliwie, czym prędzej wyprowadziłam go na dwór, na zewnątrz było pochmurnie i duszno, zanosiło się na burzę.

- Chcesz zobaczyć morze? - chyba zwariowałam, gadałam do psa.

W odpowiedzi kichnął donośnie, jago czarna głowa wyglądała jakby była w hełmie. Tulipan nie umiał chodzić na smyczy i cały czas się przewracał, ale jakoś doszliśmy na plażę. Dziś morze było wzburzone, fale z hukiem rozbijały się o brzeg. Bałam się puścić psa wolno, dlatego chodziłam za nim tam gdzie chciał i kto tu kogo wyprowadzał.

Po godzinie wróciliśmy do domu, dochodziła szósta, pewnie wszyscy jeszcze spali, nie zamierzałam siedzieć sama w pokoju, albo w pustej bibliotece. Ściągnęłam Tulipanowi szelki, a sama położyłam się w hamaku, o tak, to było to, zamknęłam oczy i starałam się nie myśleć o tym wszystkim.

Niespodziewanie zaczęło kręcić mi się w głowie, było mi niedobrze, miałam wrażenie, że ktoś mnie goni, otaczała mnie mgła, byłam nad morzem , tak mi się wydawało, bo słyszałam szum wody. Błagałam o pomoc, wokół mnie była tylko ta przeraźliwa mgła. Nic nie widziałam, nie mogłam oddychać. Ktoś nade mną stanął, miał wojskowe, ciężkie buty, pochylił się nade mną i... chciałam zobaczyć jego twarz, ale jej nie miał .Nie miał twarzy...

- Anna! Anna! - ktoś potrząsnął mną za ramiona.

Wuj stał nade mną i przyglądał mi się zatroskany, musiałam się powstrzymać, by nie krzyknąć na jego widok.

- Co widziałaś? - zapytał mnie wprost.

Popatrzyłam się na niego zdziwiona, ale odważyłam się opowiedzieć mu o tym co widziałam. Najlepsze było to, że miałam wrażenie jak gdyby mi wierzył.

- Ale to niemożliwe bym zobaczyła coś takiego -zaprzeczyłam sama sobie. - Ludzie tego nie potrafią, nie mogą... to nie jest....

Dopiero teraz zauważyłam, że zaczął padać deszcz, gdzieś dalej uderzył piorun.

- Wejdźmy do środka - wuj pomógł mi wstać, musiałam spaść z hamaka.

Często mi się zdarzało coś takiego, raz na lekcji wbiłam sobie ołówek w udo aż do krwi , koleżanka z ławki mnie "wybudziła".

Usiedliśmy w jadalni, rzadko kiedy ktoś tutaj zaglądał, nie jadaliśmy wspólnych posiłków, kiedy byłam sama najczęściej jadałam w ogrodzie.

- Niektórzy ludzie - zaczął swoją opowieść - których spotka coś strasznego, otrzymują dar, potrafią coś wyczuć, albo na kogoś wpłynąć.

- To niemożliwie - powątpiewałam - to sprzeczne z nauką chrześcijańską, Bóg nie dał ludziom żadnych super mocy.

- Nie rozumiesz - uśmiechnął się cierpko - to nie moc, to wyostrzone zmysły, nie jesteśmy inni od ludzi. Jedyna różnica to to, że żyjemy dłużej.

- O ile? - podniosłam podejrzliwie brew.

- Dożywamy średnio stu trzydziestu lat - odpowiedział szybko - przestajemy się starzec w chwili, kiedy otrzymujemy swój dar.

- Skąd to wszystko wiesz?

Spojrzał na mnie znacząco, sam coś takiego potrafił.

- A....

- Też - odpowiedział na pytanie, którego nie potrafiłam wypowiedzieć.- Mamy pięcioro adoptowanych dzieci, tak właściwie to oni nas odnaleźli. Alicja wystarczy, że kogoś dotknie a już wie o nim wszystko, Maciej potrafi zapanować nad twoimi uczuciami, jest narzeczonym Ali. Jagoda widzi drogę ucieczki, Aleksander jest silny i porywczy, jak pewnie zauważyłaś doskonale do siebie pasują. Edmund jest bardzo szybki i zwinny, w walce nie ma sobie równych - zerknął na mnie. - Umiem przewidzieć kolejny ruch przeciwnika, Elwira ma w sobie tyle matczynej miłości...

Zapanowała dziwna cisza, starałam się to wszystko poukładać, to nie było normalne, oni są chyba jeszcze większymi wariatami niż ja. Super. Rozległy się kroki na schodach i do jadalni weszła ciocia, zadała mężowi nieme pytanie, na co odpowiedział skinieniem głowy.

- Chyba pójdę do siebie - wstałam sztywno, kolana się pode mną uginały.

- Poczekaj - poprosiła ciocia - musisz nam powiedzieć, czy chcesz z nami zamieszkać.

Byłam pewna, że źle usłyszałam, to nie mogła być prawda, nie mogła.

- Ania?

- Ale... - tylko tyle byłam w stanie z siebie wykrztusić.

- Nie? - patrzyli na mnie zaniepokojeni, teraz na pewno wezmą mnie za wariatkę.

- Tak - zdołałam wreszcie to powiedzieć.

Mogli być wariatami, nie dbałam o to.

Ciocia przytuliła mnie do siebie mocno i nie wypuszczała przez dłuższą chwilę.

- Nie chciałbym wam przerywać - odezwał się wuj - ale jutro z rana zaczynam dyżur i najpóźniej o czternastej musimy wyjechać.

Kobieta z ociąganiem wypuściła mnie z objęć.

- I tak musimy poczekać na Maćka - zauważyła.

- Wolę mieć pewność, że zdążycie się spakować - uśmiechnął się złośliwie.

Ciocia wywróciła oczami i wyminęła męża ciągnąc mnie za rękę. Zaczynało mi się coraz bardziej podobać to, że tak często mnie przytulała lub brała za rękę, u niej było to takie naturalne.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania