Niczyja - Rozdział IX

Między mną a Marią zapanowała ciężka cisza, dziewczyna zastanawiała się nad tym co jej powiedziałam.

- To szaleństwo - drgnęłam, kiedy się odezwała - coś takiego nie istnieje.

- Istnieje - odpowiedziałam z przekonaniem. - Na początku sama w to nie wierzyłam, ale teraz... - przyjrzałam się jej uważnie. Co mogło zwabić do niej Wojciecha? - To ten naszyjnik?

Dotknęła go niespokojnie, teraz miałam pewność, że to o niego chodziło.

- Chodź ze mną - poprosiłam cicho - razem cos wymyślimy.

- Mam ci zaufać?! - wstając strąciła filiżankę. - A może to ty chcesz mnie zabić?! I tak zginę, co mi za różnica jak?! - po jej twarzy płynęły łzy.

- Nie zginiesz - obiecałam - musisz mi zaufać.

- Nie - pokręciła głową - nie muszę. Daj mi spokój, nie chcę,ani twojej pomocy, ani twojej walniętej rodzinki.

Porwała torebkę i wybiegła z kawiarni, wbrew tego co mówiła ruszyłam za nią. Miałam złe przeczucie, zaraz coś się wydarzy, wciągnęłam ją na chodnik, zanim potrąciła ją granatowa ciężarówka.

- Teraz mi ufasz? - zapytałam łapiąc oddech.

Dziewczyna pokiwała słabo głową, widziałam jak bardzo jest przerażona.

- Poczekamy... - ktoś popchnął mnie na mur i kazał Marii wsiadać do samochodu, trzymał mnie póki dziewczyna nie zamknęła drzwi.

- Zostawcie ją w spokoju - warknął na mnie.

W wisielczym nastroju wróciłam do kawiarni po moją kurtkę i torbę, na stoliku pod filiżanką leżała złożona na pół kartka.

Niezły refleks.

G

Rozejrzałam się po pomieszczeniu, nikogo tu już nie było, zgięłam karteczkę i ukryłam ją w kieszeni spodni.

 

- Musimy ukryć Marię - wuj przechadzał się po pokoju.

Starałam się skupić na nim uwagę, ale utrudniał mi to fakt, że Edmund bawił się moimi włosami, lecz kiedy tylko mężczyzna spojrzał się w naszym kierunku, puszczał moje włosy i patrzył na niego z miną niewiniątka.

- Myślę, że to zły pomysł - wszyscy spojrzeli na mnie zaskoczeni - skoro widzę, kiedy grozi jej niebezpieczeństwo wystarczy, że będziemy jej pilnować. Gdyby nagle zniknęła wzbudziłaby podejrzenia u innych.

- Nie paruje ci mózg od tak rzadko wykonywanej czynności? - zażartował Olek.

- Ja ją przynajmniej wykonuję - odcięłam się, rzucił we mnie poduszką, którą Edmund w porę złapał.

- Dobry pomysł - zawyrokował wuj, wszyscy na powrót skupili na nim uwagę. - Wojciech nie będzie niczego podejrzewał, pomyśli, że nie spodziewamy się ataku z jego strony.

- Ale po co Maria miałaby spędzać z nami czas? - powątpiewała Alicja. - Ma nas za dziwaków.

- Wariatów - poprawiłam ją uprzejmie.

- Musi mieć dla kogo - podsunęła Jagoda - tu przychodzić. Najlepiej do... - spojrzała znacząco na Edmunda.

- A może niech przychodzi do Olka? - obruszył się tamten.

Jagoda syknęła ostrzegawczo, zapowiadała się niezła awantura.

- Niedźwiedzie jej nie kręcą - zaopanowałam ponuro.

Maciej parsknął śmiechem, spoważniał widząc spojrzenie Aleksandra.

- Będziesz po prostu miły - podniosłam głowę do góry, by widzieć twarz Edmunda. - Zainteresujesz się, kiedy będzie smutna, pomożesz w historii - skrzywiłam się teatralnie - mówiła, że nienawidzi historii, w tym będziesz dobry, niektóre wydarzenia widziałeś osobiście.

Widziałam, że go udobruchałam, jego twarz nie była wykrzywiona grymasem złości, zmarszczki zniknęły.

- Miły - nachylił się do mnie - i nic więcej.

- Za więcej cię zabiję - wyszeptałam do jego ucha, uśmiechnął się w odpowiedzi.

 

- Anna na pewno się zgodzi - zaćwierkotała Alicja do naszego wychowawcy. - Jest po prostu nieśmiała.

Ruszyłam żwawym krokiem w ich stronę, wolałam się nie domyślać co ona wymyśliła.

- Powiedz, że się zgadzasz - poprosił wychowawca.

- Zgadzam - uśmiechnęłam się - a na co?

- Ala ci wytłumaczy - nauczyciel odwrócił się i czym prędzej uciekł.

Spojrzałam wyczekująco na dziewczynę, skuliła się pod moim wzrokiem.

- Zagrasz na skrzypcach na balu wiosennym - powiedziała nie patrząc na mnie.

- Nie chcę iść na bal - jęknęłam żałośnie - nienawidzę takich imprez.

- Szwagiel powiedział, że bal potrwa do północy, masz grać od dwudziestej do dwudziestej drugiej, to tylko dwie godziny.

- Tylko? - prychnęłam, jak dla mnie to o dwie za dużo. - Mogę wiedzieć po co to zrobiłaś?

- Maria jest zaangażowana w przygotowania , będziesz ją miała na oku - uśmiechnęła się. - To będzie twój dyżur.

- Twój dyżur? - Edmund objął mnie w pasie.

Przylgnęłam do niego, kiedyś nie lubiłam publicznie okazywać czułości, ale te czasy odeszły w niepamięć.

- Mam grać na balu - jęknęłam żałośnie - nienawidzę bali.

- Szkoda... - westchnął ciężko. - Chciałem cię zaprosić.

- Tak?

- Ale skoro...

- Pokocham bale - pocałowałam go i pobiegłam za Alką na lekcje.

 

Kiedy wracałam do domu spotkałam Wojciecha, mężczyzna najwyraźniej na mnie czekał. Przypomniałam sobie, że na dnie torby mam stary gaz pieprzowy, ukradkiem włożyłam tam rękę.

- Anulko - rozpłynął się w uśmiechu - gdzie twoja wataha? Znudziłaś się im? - podszedł do mnie przyciskając mnie do muru. - Może chcesz spróbować ze mną?

- Nie - uśmiechnęłam się z trudem - chyba nie skorzystam.

- Jesteś pewna? - ścisnął mnie za szyję.

Nie mogłam oddychać, zapomniałam o obronie i modliłam się tylko o to bym przeżyła.

- Dalej jesteś taka harda?

- Zostaw ją- rozkazał ktoś cicho.

Opadłam na ziemię i gwałtownie zaczerpnęłam powietrza, Wojciech odskoczył ode mnie jak oparzony.

- Wybacz Gerard - powiedział ze skruchą - nie wiedziałem, że jest twoja.

- To już wiesz - warknął tamten.

Wojciech skinął głową i umknął czym prędzej w ciemną uliczkę. Mężczyzna pomógł mi wstać, cały czas unikałam patrzenia mu w oczy.

- Dziękuję - powiedziałam tylko i chciałam go wyminąć.

Zastąpił mi drogę.

- Nie powinnaś wracać sama - zanegował - odwiozę cię.

- Nie trzeba - krok w bok, powtórzył mój ruch.

- Podziękowałam ci - powiedziałam wrogo.- Czemu nie dasz mi spokoju?

- Nie chcę znów cię ratować - uśmiechnął się złośliwie.

- Nie będziesz musiał...

- Nie będę musiał - przerwał mi - cię ratować, jeśli pojedziesz ze mną - mówiąc to wepchnął mnie do samochodu.

- Wypuść mnie - nacisnęłam klamkę.

Mężczyzna obszedł samochód i usiadł za kierownicą, z zadowoleniem odpalił silnik.

- Gdzie mnie wieziesz?

- Do mojego zamczyska by tam cię pożreć - zaśmiał się złowrogo.

Mnie nie było do śmiechu, odnalazłam w torbie opakowanie gazu pieprzowego, musiałam jak najszybciej uciec od tego wariata.

- Zatrzymaj się - zamachałam mu przed oczami buteleczką - albo zużyję na ciebie całe opakowanie.

- Nie odważysz się - powiedział już nie tak pewny siebie - lepiej siedź cicho.

Wściekłam się i gdy tylko się do mnie odwrócił psiknęłam mu gazem w oczy. Mężczyzna skręcił gwałtownie kierownicą i auto wpadło do rowu, uderzyłam się głową o szybę, krew spływała po mojej twarzy. Gerardowi nic się nie stało, w przeciwieństwie do mnie on zapiął pasy, cały czas pocierał oczy.

Drzwi w końcu się odblokowały i czym prędzej wybiegłam na zewnątrz, miałam nadzieję, że stąd trafię bez problemu do domu. Wszyscy zamrą z wrażenia, kiedy zobaczą mnie w takim stanie, okręciłam się dookoła, byłam na jakimś pustkowiu, dookoła mnie były pola i nic więcej. go, Zaczęłam iść w przeciwnym kierunku do tego, w którym jechaliśmy, wątpiłam by tam miał być mój dom.

Gerard zaczął iść za mną po omacku, zataczał się i pocierał cały czas oczy, nie wyglądał już tak hardo jak jeszcze parę minut temu, roześmiałam się w duchu, dobrze mu tak.

- Ty, żmijo - powiedział, kiedy mnie dogonił - popatrz co mi zrobiłaś.

- Nie zbliżaj się, bo poprawię to co zaczęłam - wyciągnęłam w jego stronę pieprz.

-Wariatka -obraził mnie znowu - i pomyśleć, że ktoś kiedyś napisał, że jesteś mi przeznaczona.

- Ja?! - parsknęłam śmiechem. - Tobie?! Przeznaczona?! Nigdy w życiu! Po moim trupie! - przerwałam by nabrać powietrza. - Nie poświęciłabym tobie nawet minuty, ty, ty porywaczu!

- Porywaczu?! - naskoczył na mnie. - A kto cię uratował przed Wojciechem?!

- Jest sto razy lepszy od ciebie! -wydarłam się na całe gardło.

- Tak uważasz?

- Tak!

- Świetnie - wzruszył ramionami - następnym razem nie będę mu przeszkadzać.

- Świetnie.

Stanęliśmy do siebie plecami , chłopak z kimś sms-ował, uśmiechał się przy tym zadowolony, widocznie oczy przestały go boleć. Pewnie to jakaś zdesperowana biedaczka, kto normalny umówiłby się z tym szaleńcem? Kiedy nie patrzył przyjrzałam mu się uważnie, miał kruczoczarne loki, wyraźnie zarysowaną szczękę i niesamowicie niebieskie oczy, prawie szmaragdowe, ich blask został przyćmiony przez łzy i zaczerwienienie, usta były długie, wąskie.

Chwila? Tutaj jest zasięg?

Wyciągnęłam telefon i czym prędzej zadzwoniłam do cioci.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania