Niczyja 2 - Rozdział VIII

Moje mieszkanie przeszło gruntowy remont, co kosztowało mnie i Maję zdecydowanie za dużo.

Przechodziłam akurat uliczką pełną małych sklepików, gdy zobaczyłam dziewczynkę. Nie było by to nic dziwnego, gdyby nie to w co była ubrana. Wiatr rozwiewał jej czerwoną pelerynę, ciemne włosy zasłaniały twarz. Dziewczynka zmierzała w kierunku starego lasu. Bogu dzięki, byłam po zajęciach i miałam mnóstwo wolnego czasu. Czerwony Kapturek mnie nie widział, co było dużym plusem. W lesie panował półmrok, uważałam by nie potknąć się o korzenie. Dziewczynka nuciła jakąś piosenkę, nie obawiała się tego, co może ją spotkać. Drżałam na całym ciele, ja bałam się za nią. Kątem oka zobaczyłam postać, która się do nas zbliżała. Wilk powiedział coś do niej, co wprawiło ją w dobry humor. Nie zbliżałam się do nich, by nie zdradzić swojej obecności. W pewnym momencie wilk zniknął, przerażona próbowałam dojrzeć go w gęstwinie. Nie usłyszałam, gdy ktoś zaszedł mnie od tyłu, miał śmierdzący oddech.

- Kogo my tu mamy? – wycharczał mi do ucha. – Ładna… to ci niespodzianka…

Zaczął dotykać moje udo, kopnęłam go wściekła, ale napastnik szarpnął mnie za włosy. Próbowałam się wyrywać, ale zadawałam ból jedynie sobie. Powoli zaczynało brakować mi sił, nie wiedziałam, co robić. Mężczyzna ciągnął mnie w głąb lasu, chwytałam się gałęzi, lecz i to mi nie pomagało. Zeszliśmy w dół zbocza, wyrywałam się, próbowałam walczyć.

- Los się do mnie uśmiechnął – sapnął – pulchna, wysoka, w sam raz.

Uderzył mnie w pośladek, podskoczyłam i znów próbowałam się wyrwać. Jedyne co tym zyskałam to cios wymierzony w policzek. Osunęłam się na ziemię przykładając dłoń do twarzy.

Przyjrzałam się mężczyźnie, był stary, żylasty i zarośnięty, miał podarte ubranie. Wrzasnęłam, gdy w jego lewej ręce zobaczyłam siekierę.

- Zostaw ją – Gerard pojawił się znikąd i pojawił starca.

Ukochany przyciągnął mnie do siebie i wyprowadził z groty. Drżałam na całym ciele, zbierało mi się na płacz, ale wiedziałam, że nie mogę zostawić dziewczynki.

- Nie będę – Gerard zacisnął szczęki – pytał co ty tutaj robisz, po prostu grzecznie pójdziesz do mojego samochodu i tam na mnie zaczekasz.

Potrząsnęłam głową i zaparłam się nogami.

- Muszę pomóc tamtej dziewczynce – głos wciąż mi drżał.

- Ja po nią pójdę – powiedział twardo. – Ty znów sprowadzisz kłopoty.

Założyłam ręce na piersi.

- I tak tam przyjdę – uniosłam brodę do góry.

Mężczyzna schylił się i wziął mnie na ręce, na twarzy miał łobuzerski uśmiech.

- A teraz? – zapytał .

- Będę krzyczeć – zapowiedziałam. – Proszę – dodałam błagalnie.

Gerard pocałował mnie mocno, usta bolały mnie od jego dotyku. Ukochany z westchnieniem postawił mnie na ziemi.

- Idziesz za mną – polecił – i czekasz przed chatką.

Chciałam zaprotestować, ale przerwał mi ruchem dłoni.

- Albo to, albo wracasz do samochodu.

- Zgoda – powiedziałam szybko.

Gerard dobrze orientował się w terenie, nie miał problemu z odnalezieniem drogi do domu babci. Widziałam jak bardzo jest skupiony, nigdy by się do tego nie przyznał, ale on też odczuwał strach. Ostrożnie przeprowadzał mnie przez strumienie i kamieniste drogi, zachowywał się jak prawdziwy bohater.

Na skraju lasu stała mała, chyląca się chatka, najgorsze było to, że nie dochodziły z niej żadne odgłosy. Dookoła panowała cisza jak makiem zasiał, to też nie wróżyło niczego dobrego. Gerard poprowadził mnie do grubego pnia, w jego prawej ręce pojawiła się fuzja. Spojrzał na nią tak samo zaskoczony jak i ja.

- Zostań tu – powiedziały jego usta.

Widziałam jak gwałtownie zbladł na twarzy, obrócił się szybko bym nie mogła na niego patrzeć. Drzwi skrzypnęły przeraźliwie, gdy je uchylił, wstrzymałam oddech ze strachu. Jedyny odgłos, który to łomotanie mojego przerażonego serca. Nasłuchiwałam krzyków, jęków, hałasu, a nic takiego się nie wydarzyło. Minuty ciągnęły się jak długie godziny, nikt nie wychodził z chatki. Słońce wyszło zza chmur świecąc mi prosto w oczy, wściekła sama nie wiem na co osłoniłam je ręką. Podskoczyłam, gdy trzasnęła łamana gałąź, to tylko sarna uciekła w popłochu, ona też wyczuła zagrożenie. Kątem oka zauważyłam jak ktoś zasłania zasłony w chatce. Dlaczego?

Chciałam pobiec do domu, ale drzwi otworzyły się i wyszedł mój ukochany. Niewiele myśląc pobiegłam do niego i uwiesiłam się jego szyi. Ręce miał zakrwawione, może dlatego nie odpowiedział na mój uścisk?

- Wszystko w porządku? – upewniłam się.

Skinął głową i odsunął się ode mnie.

- Muszę umyć ręce – wyminął mnie.

Poszłam za nim, mężczyzna zszedł po stromym zboczu, do małego strumyka. Szorował dłonie tak długa aż te stały się czerwone. Powstrzymałam go łagodnie i ukryłam jego ręce w swoich. Moje myśli wypełniły złe przeczucia, coś było nie tak.

- Wystarczy – pocałowałam go w obydwie dłonie. – Już dobrze, wracajmy do miasta.

Wstał i pozwolił mi wyprowadzić się z lasu. W moim wykonaniu nie było to takie proste, a Gerard milczał jak zaklęty. Wreszcie udało mi się wyjść na parking, gdzie zatrzymywali się wszyscy spacerowicze. Nie wiem jakim cudem udało mi się wydobyć od niego informację, czy przyjechał samochodem. On sam nie był tego taki pewien. Nie wiedziałam, co się z nim dzieje, miałam nadzieję, że szybko mu to przejdzie.

- Ja poprowadzę – wyjęłam mu kluczyki z ręki.

Nie protestował, a liczyłam chociaż na ciężkie westchnienie. Mężczyzna nie odzywał się przez całą drogę powrotną, patrzył niewidzącym wzrokiem przed siebie. Otworzyłam jego mieszkanie kluczami znalezionymi, w którejś z jego kieszeni. Radek na dywanie układał puzzle z nianią.

- Może pani już iść – uśmiechnęłam się do niej.

Dobrze mnie znała, więc nie miała wątpliwości, że zajmę się chłopcem. Nie pytała, dlaczego Gerard jest taki „niemrawy”.

Natomiast ja cały czas zastanawiałam się, co wydarzyło się w chatce.

Radek był dziś tak samo żywy jak zawsze i do tego gadał jak najęty. Ukochany widząc, że i tak nie zauważy jego nieobecności, poszedł się położyć. Z tego co znalazłam w ich lodówce ugotowałam zupę pomidorową. Chłopiec zajadał się nią tak, że aż uszy mu się trzęsły.

Koło siedemnastej wstał Gerard, oczy błyszczały mu dziwnie, pocałował syna w czubek głowy.

- Ania – Radek pociągnął mnie za rękaw – poukładasz ze mną puzzle?

Skinęłam głową i poszłam z nim na dywan, za wszelką cenę starałam się odgonić nachodzące mnie złe myśli. A co jeśli…

Układaliśmy puzzle do wieczora, narzeczony przyglądał nam się z boku.

- Czas do mycia – przerwał w pewnym momencie.

- Tato… - jęknął Radek – jeszcze pięć minut…

- Nie – Gerard podrzucił go. – Do mycia.

Zblazowany chłopiec poczłapał do łazienki. Byłam pewna, że zaraz wydarzy się coś strasznego.

- Ania – ukochany usiadł obok mnie na dywanie – myślę, że…

Bałam się tego co zaraz usłyszę. Mężczyzna pogładził mnie po policzku.

- …pospieszyliśmy się z tym ślubem…

Przełknęłam gulę, która rosła mi w gardle.

- Dlaczego? – opanowałam się. – Chodzi o dzisiaj?

- Nie – uśmiechnął się lekko. –Nie widzisz w jak wielu sprawach się nie zgadzamy? Może musimy dorosnąć do życia ze sobą?

Oczy zaszły mi łzami, nie mogłam oddychać.

- Ania – odgarnął mi włosy z twarzy – wiesz, że cię kocham. Mamy czas, jeszcze sto lat przed nami.

Wszystko wróciło, Adam, Edmund, a teraz Gerard. Mroczki pojawiły mi się przed oczami, nie wiedziałam co robić, czułam tylko złość.

Mówił mi o stu latach… Dobre sobie, nie miałam ochoty zostawać tu, ani minuty dłużej.

- Nie rozstajemy się…

- Zamknij się! – przerwałam mu. – Nie chcę ciebie słuchać, ani ciebie widzieć! Mam ciebie dość! Mam tego wszystkiego dość! Rozumiesz to?! Ja chcę odrobiny miłości, poczucia bezpieczeństwa, a nie wiecznej karuzeli!

W korytarzu wpadłam na chłopca, musiał wszystko słyszeć, widział moje zapłakane oczy.

-Nie idź – przytulił się do mnie – zostań ze mną.

-Przepraszam – szepnęłam do niego i oswobodziłam się.

Trzasnęłam drzwiami, łzy ciekły mi po policzkach, chciałam być jak najdalej stąd. Wsiadłam do pierwszego lepszego autobusu, nie mam pojęcia jak znalazłam się w domu. Maja zamarła, gdy mnie zobaczyła.

- Gerard?

- Gerard – usiadłam na kanapie.

Dziewczyna przytuliła mnie do siebie, a ja jej wszystko opowiedziałam. Płakała razem ze mną.

- Idiota – prychnęła z pogardą. – Nie wie, co traci.

- Pójdę się położyć – po drodze zrzuciłam buty i płaszcz.

Wieczorem musiałam uporać się z telefonem od cioci. Chciała koniecznie wiedzieć, czy u mnie wszystko w porządku. Wypytywała mnie czemu jestem taka smutna i czy coś się stało, udało mi się ją okłamać, że miałam zły dzień na uczelni.

Zasnęłam po północy zalana łzami, nie chciałam ich, po prostu płynęły.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Katrina 20.08.2017
    Wszystkie wątki baśniowe oparte są na Baśniach braci Grimm.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania