Niczyja - Rozdział X

- Marek powinien wrócić - powiedziała ciocia kolejny raz - i obejrzeć twoją głowę.

Stałam przed lustrem w łazience i przemywałam podłużną, płytką ranę.

- Nie trzeba - uspokoiłam ją - nic mi się nie dzieje.

- A co jeśli...

- Wtedy do niego zadzwonisz - spojrzałam na nią błagalnie.

- A jeśli zapyta mnie jak sobie radzimy?

Wuj z męską częścią naszej rodziny wyjechał na trzydniową wycieczkę w głąb Tatr, robili to przynajmniej raz w miesiącu, to taka ich tradycja.

- Powiesz mu prawdę - powiedziałam z przekonaniem - bo tak jest.

- A...

- Mówiłaś, że znasz rodziców Gerarda - przypomniałam jej naszą rozmowę - zadzwoń do nich i powiedz im żeby ich syn dał mi spokój. I nic nie mów Edmundowi - dodałam wychodząc z łazienki.

- To się źle skończy - powątpiewała ciocia.

- Zależy mi na Edmundzie, nie chcę go stracić.

W salonie Jagoda szeptała o czymś z Alicją.

- ... - musi jej powiedzieć... - przerwały zauważając mnie.

Ciocia postawiła przede mną tacę z jedzeniem, spojrzała na mnie srogo widząc moją minę. Poddałam się zrezygnowana i niechętnie zaczęłam jeść kanapki, kobieta siedziała naprzeciwko mnie w fotelu, i bacznie obserwowała każdy mój ruch, o 21 pozwoliła mi się oddalić.

- Kocham cię ciociu - przytuliłam ją by ją udobruchać. - Jesteś dla mnie jak mama.

Kobieta zamarła i przytuliła mnie do siebie bardzo mocno, podskoczyłyśmy, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi, Jagoda wprowadziła do pokoju przerażoną Marię.

- Potrzebuję pomocy - przez rozciętą wargę mówiła niewyraźnie, lewe oko było opuchnięte.

- Siadaj - ciocia uśmiechnęła się lekko - co się stało?

- Wojciech mnie znalazł - była spięta - pobił mnie, groził, że następnym razem mnie zabije.

- Zauważyłabym to - zaopanowałam - to niemożliwe.

Ciocia pokręciła głową.

- Jeśli cię dotknął, mógł zablokować twoją moc.

- Zablokować? - uniosłam brew. - Dobry jest.

Ledwie to powiedziałam, zaczęło mi się niesamowicie kręcić w głowie, ktoś tutaj biegł, dziesięciu ludzi, inni byli ukryci w lesie. Wojciech chciał nas przechytrzyć, ale mu się to nie udało.

- Idą tu - mówienie przychodziło mi z trudem - przynajmniej dziesięciu, reszta jest ukryta w lesie.

- Do samochodu - zadecydowała Jagoda, biorąc kluczyki do jeepa.

Wszystkie pobiegłyśmy do garażu, usiadłam z przodu biorąc na kolana Tulipana, był strasznie ciężki, ale nie zamierzałam spuszczać go z oka. Jagoda, Alicja i Maria wcisnęły się na tylne siedzenie, cioci cały czas nie było. Głowa pulsowała mi niemiłosiernie, ciocia weszła do garażu targając ze sobą jakąś dużą torbę.

- Dokąd jedziemy? - zapytała Maria, gry ruszyłyśmy.

- Jak najdalej stąd - odpowiedziała tylko kobieta.

 

Auto zatrzymało się przed wielkim zamkiem, otoczonym fosą , kiedy podjechałyśmy bliżej most zwodzony opuścił się jakby ktoś na nas czekał.

- Teraz powiesz nam, dokąd jedziemy? - powtórzyłam pytanie Marii.

- Nie spodoba ci się to - skuliła się pod moim spojrzeniem.

- Nie, nie, nie , nie, NIE!

Tulipan polizał mnie po twarzy, kręcąc się na moich kolanach.

- Zawróćmy, proszę - zaniosłam się szlochem - jeszcze zdążymy.

Ciocia roześmiała się głośno i poklepała mnie po kolanie.

- Zaczekamy tu na chłopców i postanowimy co dalej.

- Super - wywróciłam oczami - spotkam tu tego bufona?

- Niewykluczone.

W hallu przywitała nas kobieta w średnim wieku, brązowe włosy miała upięte w kok, czarna garsonka idealnie podkreślała jej figurę. Obok niej stał mężczyzna w garniturze, miał rude włosy i niebieskie oczy, na schodach stał Gerard w rozpiętej białej koszuli i zawiniętych rękawach, wyglądał całkiem ładnie. Całkiem ładnie? Tylko na tyle była mnie stać? Żenada. Czasami rzeczywiście jestem beznadziejna.

- Dziękuję, że zechcieliście dać nam schronienie - odezwała się ciocia.

-Kochanie - kobieta podeszła do nas - nie ma o czym mówić - ujęła mnie za dłonie. - Ty musisz być Anna, miło, że niedługo dołączysz do naszej rodziny.

- Słucham? - zapytaliśmy równocześnie z Gerardem . - Mowy nie ma.

Kobieta roześmiała się perliście i poprowadziła nas do dużego staroświecko urządzonego salonu, w kominku wesoło tańczył ogień.

- Siadajcie - poprosiła gospodyni - Gerard, przyprowadź Buźkę, może polubi się z kolegą.

Chłopak chętnie wyszedł z pokoju i po chwili wrócił z owczarkiem niemieckim. Tulipan wyrwał mi się i pognał za suczką, para przyjęła to ze śmiechem.

Ciocia opowiedziała o ostatnich wydarzeniach, para nie przerywała jej zasłuchana, kiedy napomknęła o moim darze, spojrzeli na mnie zaintrygowani, a później na swojego syna, natomiast on nieprzerwanie wyglądał przez okno.

 

 

Pokój, w którym miała spać do złudzenia przypominał ten w willi rodziców. Był pełen przepychu, ozdób, bogactw, starych mebli, ściany pomalowane były na niebiesko, pnącza wyrzeźbionych kwiatów pięły się po sam sufit, w małym kominku trzaskał ogień. Byłam taka zmęczona, a łóżko wyglądało tak kusząco...

Obudziłam się zlana potem, widziałam krew, wszędzie pełno krwi, moje ubranie lepiło się od niej, zalewało pościel, płynęła strumieniem po podłodze... po trawie... byłam w lesie, ktoś mnie atakował... zadawał mi ból ... krzyczałam, błagałam o litość...

Nic to nie dało. Umierałam.

Otworzyłam oczy, wszystko zniknęło, znów byłam w kopii Wersalu, ktoś zapukał do drzwi.

- Proszę - zawołałam nie wychodząc z łóżka ( byłam w samej bieliźnie).

Do pokoju wbiegł Tulipana, a zaraz za nim wsunął się Gerard, nie kryłam zdziwienia.

- Chciał wejść do środka - wytłumaczył - usłyszałem jego skomlenie, ty już pewnie spałaś.

- Tak, dziękuję - uśmiechnęłam się sucho - następnym razem będę go lepiej pilnować.

- Zatem dobranoc - ukłonił się dwornie - wyglądasz jak Królewna Śnieżka - roześmiał się i wyszedł.

W milczeniu wpatrywałam się w drzwi, Królewna Śnieżka? Zwariował? Po południu był dla mnie wredny i chamski, a teraz...

 

Przeciągając się natrafiłam na coś ręką, raptownie otworzyłam oczy, Edmund przyglądał mi się z czułością i gładził mnie po włosach.

- Ładnie wyglądasz, kiedy śpisz - powiedział swoim aksamitnym głosem.

- Wierzę ci na słowo - uśmiechnęłam się, czym zasłużyłam sobie na pocałunek.

Chwilę później chłopak zasypywał pocałunkami moje czoło, nos, usta, brodę, później powtórzył cały rytuał tylko w odwrotnej kolejności.

- Za co to? - otworzyłam jedno oko.

- Za to, że jesteś.

 

- Musimy się rozdzielić - wuj stał przy ogromnym oknie- Wojciech myśli, że tego nie zrobimy, dlatego musimy go zaskoczyć - podszedł do cioci. - Uważa, że nie odważymy się wrócić do domu, dlatego musimy to zrobić, musimy zniszczyć naszyjnik, razem nam się uda.

Wszyscy w pokoju słuchali w napięciu tego co ma się wydarzyć.

- Musimy się przegrupować - zarządził wujek - Edmund powinien jechać z Marią, a Gerard, który zgodził się nam pomóc Annę.

Przyłożyłam palec do ust ukochanego, który chciał wyrazić swój przeciw, nie czas było teraz roztrząsać co się komu podoba, a co nie.

- Komu w drogę temu w czas - podsumował Olek.

Edmund miał mnie nieść, dosłownie, biegł ze mną przez las, Wojciech chciał się na mnie zemścić, dlatego miał ruszyć naszym śladem. W domu mieliśmy się zamienić, ja miałam jechać z Gerardem, a Maria z Edmundem.

Choć wuj twierdził, że w domu zastaniemy bałagan, nie spodziewałam się aż takiego widoku. Meble były po przewracane, okna powybijane, drzwi zostały wyłamane z zawiasów, na podłodze było pełno szkła. Każdy krzątała się po domu realizując swoje zadanie, zaprowadziłam dziewczynę do swojego pokoju i tam zamieniłyśmy się ubraniami. Wyglądałyśmy komicznie, jej ubrania były na mnie za małe, a moje na nią za duże. Starałam się nie patrzeć na bałagan w moim pokoju i nie myśleć o tym, że Wojciech dotykał moich rzeczy. Jak najszybciej zbiegłam do salonu, w którym byli już tylko Edmund i Gerard. Podeszłam do ukochanego i przytuliłam go mocno, jednak on miał inne plany, ujął mnie pod brodę i pocałował, był to długi, przepełniony uczuciem dotyk, ze smutkiem odsunęliśmy się od siebie i poszliśmy do garażu. Wsiadłam do terenówki Gerarda i obserwowałam jak Edmund pomaga wsiąść Marii, obejmował ją w pasie, poczułam zazdrość, miałam ochotę wysiąść i wepchnąć dziewczynę do środka, nie dość, że to wszystko jej wina, to jeszcze łasiła się do mojego chłopaka. Jednak nie ruszając się obserwowałam jak zapiął jej pasy i obszedł samochód i zajął miejsce kierowcy, po chwili już ich nie było.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania