Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Nigdy więcej - Epilog

Najgorszy dzień w moim życiu. Koszmar na jawie. Wiedziałam, że nie wyjdziemy z tego cało, jak tylko Diablo wyłonił się z tej dziwnej, czerwonej mgły. Wiedziałam, że wyczuje na mnie zapach K i rozpęta się piekło. A mój partner jak zwykle musiał być sobą i nie posłuchał, kiedy kazałam mu uciekać. Wiedziałam też, że mu odwali jak wtedy z Masonem, gdy tylko demon mnie dotknie, sprowadzając na siebie śmierć. Różnica była taka, że Masona byłam w stanie powstrzymać, a Diablo… Przy nim nie ufałam samej sobie. Przy nim nie mogłam się ruszyć. Byłam sparaliżowana ze strachu i bólu, który przechodząc od ugryzienia do serca, odbierał mi powietrze i władzę nad ciałem.

Przeżywałam katusze, patrząc jak Diablo robi z K worek treningowy, nie mogąc się ruszyć. Nie mogąc mu pomóc. Słyszałam jak pękały mu kości. Ten dźwięk wrył mi się w pamięć i będzie mnie nawiedzał jeszcze bardzo długo. Z każdym jękiem K, z każdym jego krzykiem i każdym chrupnięciem w jego ciele moje serce przeszywały ostrza, chcąc je rozerwać. To było o wiele gorsze niż to, co działo się ze mną przez Diablo. Ból sięgał do mojej duszy jakby chciał ją rozszarpać. W głowie usłyszałam głos Raito: „nie bolałoby cię tak, gdybyś go nie kochała”.

Nie wiedziałam, kiedy zaczęłam płakać, ale gdy zobaczyłam jak demon zaciska rękę na gardle K, coś we mnie pękło. Było mi już wszystko jedno, mógł ze mną zrobić, co tylko chciał, ale niech zostawi mojego faceta w spokoju. Mojego faceta. Pierwszy raz tak o nim pomyślałam. Nie, pierwszy raz przyznałam się przed samą sobą. Bogowie, kochałam go i jeśli nie byłam w stanie walczyć wręcz, to miałam zamiar błagać. W tamtym momencie zrobiłabym wszystko, żeby go ocalić. Wszystko.

Więc błagałam. Płakałam i błagałam, leżąc u stóp demona, ale zwracałam się do Diablo. Jeśli to, co mówił o nim Mason to prawda, to musiał mnie słyszeć. Błagałam go, żeby przejął kontrolę. Jeśli demon myślał, że tym głupim atakiem bólu, który mi zafundował coś zdziała, to się mylił.

Iskierka nadziei pojawiła się, gdy Diablo puścił K, ale znikła, gdy tylko jego ciało uderzyło o ziemię. Nie ruszał się. Nie oddychał. Mój świat się zawalił. Moje serce rozpadało się na kawałki. Ból, który szarpnął moją duszą nie mógł być nawet porównywalny z tym, który fundował mi Diablo i jego pieprzone ugryzienie. Nie mogłam go nawet porównać z bólem po stracie Raito. Rozpacz wzięła w posiadanie moje ciało i jedyne, co mogłam w tym momencie robić to wyć. Wyć, aż zedrę sobie gardło. Aż to wszystko okaże się tylko złym snem. Pierdolonym koszmarem.

I tak się stało. K zaczął oddychać, otworzył oczy i zalała mnie fala nieopisanej ulgi. Na jebaną chwilę. Potem wszystko działo się bardzo szybko, ale jednocześnie jak w zwolnionym tempie. Diablo podniósł K, zacisnął łapę w pięść i rozwalił mu szczękę, posyłając kilka metrów dalej. Jego ciało uderzyło o ziemię i turlało się po niej jak lalka, aż w końcu zniknęło za krawędzią klifu. Z mojego gardła wydobył się wrzask, chociaż nadal w pełni nie dotarło do mnie to, co właśnie się stało.

A potem nagle uderzyła mnie fala nienawiści, bólu i rozpaczy. Zanim Diablo zdążył zrobić choć krok w moją stronę, wpakowałam w niego cały magazynek pocisków, po czym rzuciłam się w kierunku przepaści, by ratować miłość mojego życia. Skoczyłam z klifu, składając skrzydła blisko ciała, żeby zmniejszyć opór powietrza. Nie pomyślałam nawet przez chwilę, że udało mi się odzyskać władzę nad ciałem. Musiałam dotrzeć do K. Nie mogłam pozwolić, by jego ciało roztrzaskało się o ziemię. Nie mogłam go stracić.

Pęd powietrza wysuszył moje łzy, mimo że ciągle pojawiały się na nowo. Im bliżej K byłam, tym więcej obrażeń widziałam. Żołądek miałam zaciśnięty w supeł, a w gardle taką gulę, że miałam problemy z połykaniem głupiej śliny. Gdy się z nim zrównałam, nie wiedziałam jak mam go chwycić. Nie chciałam pogorszyć jego stanu, nie chciałam, żeby go bardziej bolało. W końcu złapałam go pod pachami i rozłożyłam skrzydła, a on otworzył te niesamowite oczy i spojrzał na mnie. Myślałam, że był nieprzytomny. Widząc jego opuchniętą twarz, na wpółprzytomny wzrok, zaczęłam znowu płakać. To była moja wina. Machałam skrzydłami z całych sił, ale nadal spadaliśmy za szybko. Byłam za słaba. Nie odzyskałam jeszcze w pełni sił. Nie wróciłam do dawnej formy. Za słaba. Tak strasznie słaba. Za wcześnie wróciłam. To wszystko była moja wina.

Ziemia zbliżała się za szybko. Naszą jedyną szansą na przeżycie tego upadku, były drzewa. Ogromne z wielkimi gałęziami sięgającymi do samego podłoża. Spadaliśmy akurat idealnie w miejsce, gdzie wdzierały się wręcz w pustą przestrzeń, zagarniając ją dla siebie. Jedyne, co musiałam zrobić, to obrócić nas tak, by przyjąć na siebie uderzenie w pierwszą gałąź. K był już za bardzo poturbowany. Musiałam go osłonić i musiałam to zrobić w odpowiednim momencie, cały czas starając się wyhamować, jednocześnie monitorując wysokość. Jeszcze trochę. I kiedy w końcu nadeszła ta chwila, złożyłam skrzydła blisko ciała i obróciłam nas.

K jakby nagle oprzytomniał i zrozumiał, co chciałam zrobić. Spojrzał na mnie jakby ze złością i zaczął się ze mną szarpać. Próbował mnie od siebie odepchnąć. Próbował nas obrócić.

– K, co ty… – syknęłam, robiąc wszystko, by go nie puścić. – Przestań… Do cholery… Przestań!

Nie miałam czasu, żeby się z nim cackać. Objęłam go nogami w pasie, wiedząc, że spowoduje u niego falę bólu, ale drzewa były za blisko, żeby się z nim delikatnie obchodzić. Jęknął, ale przestał się rzucać. Przytuliłam go mocno do siebie i owinęłam nas skrzydłami w ostatniej chwili, bo dosłownie sekundę później uderzyłam plecami w pierwszą gałąź. Każda kolejna bolała coraz bardziej. Chyba coś chrupnęło mi w skrzydle. Nie zauważyłam, kiedy mój uścisk się rozluźnił, dopóki K nagle nie odepchnął mnie od siebie, wypychając poza linię drzew. Co on odpierdalał? Zanim się zorientowałam jak wysoko byłam, machnęłam kilka razy skrzydłami i walnęłam o ziemię. Zaparło mi dech, mroczki zatańczyły mi przed oczami i na chwilę zrobiło się ciemno.

Kiedy doszłam do siebie, podniosłam się z trudem na łokciu i rozejrzałam za K. Leżał na plecach kilka metrów dalej, pod drzewem. Jego klatka piersiowa ledwo unosiła się w górę i dół, ale oddychał. Skończony debil mógł się zabić.

– Kretyn! – wrzasnęłam wściekła.

Otworzył oczy, obracając głowę w moją stronę i chyba próbował się uśmiechnąć. Wyszedł mu grymas. Z rozwaloną i spuchniętą szczęką nie dał rady mówić. Wyciągnął powoli lewą rękę do mnie i już wstawałam, żeby do niego iść, kiedy on nagle spojrzał w górę, gdzieś za mnie. Miałam złe przeczucia, więc spojrzałam w tamto miejsce i na moment sparaliżował mnie strach. Piekło się jeszcze nie skończyło, ale tym razem nie pozwolę Diablo zbliżyć się do K. Sięgnęłam do buta po sztylet, zerwałam się na równe nogi i wzbiłam w powietrze. Wiedziałam, że coś było nie tak ze skrzydłami, że nie powinnam była latać. Jednak moje obrażenia nie miały najmniejszego znaczenia.

Byłam za słaba, nawet w swojej najlepszej formie, żeby walczyć wręcz z Diablo. Musiałam wymyślić inny sposób. Ściskając rękojeść sztyletu w dłoni, leciałam wprost na niego, a gdy był już w zasięgu ataku, zrobiłam unik, by znaleźć się nad nim i chciałam skoczyć mu na plecy, ale on szybko się obrócił. Odleciałam od niego na bezpieczną odległość i znów spróbowałam zaatakować, jednak on zrobił unik. Odlatywaliśmy od siebie, po czym atakowaliśmy, unikając ciosów i warcząc. Jak wtedy w jego domu, gdy pierwszy raz się z nim zmierzyłam w takiej formie.

W końcu udało mi się go zaskoczyć, byłam nad nim i to była moja szansa. Schowałam skrzydła i znalazłam się na jego plecach. Jedną ręką złapałam jego skrzydło, a drugą wbiłam ostrze w błonę, po czym przeciągnęłam nim wzdłuż tyle, ile zdołałam. Ryk demona na kilka chwil pozbawił mnie słuchu, ale musiałam zdążyć to samo z drugim skrzydłem, bo zaczął się rzucać i w każdej chwili mogłam stracić równowagę, którą próbowałam zachować ponownie rozkładając swoje skrzydła.

Już miałam wbić sztylet w błonę, gdy Diablo złapał mnie za ogon i szarpnął. Poczułam się jak na jebanej karuzeli. Myślałam, że pośle mnie w powietrze, ale on miał inne plany. Puścił ogon, ale szybko chwycił za nogę, po czym łapskiem złamał mi skrzydło, unieruchamiając przy okazji rękę. Sztylet wyślizgnął mi się z dłoni. Byłem teraz bezbronna. W dodatku spadaliśmy. Oboje mieliśmy tylko jedno sprawne skrzydło, w tym moje jednak tak nie do końca.

– Jesteś słaba – zawarczał demon. – Nie jesteś w stanie obronić siebie, a chcesz bronić to ludzkie ścierwo?

– Zabiję cię gołymi rękami, jeśli jeszcze raz go dotkniesz – warknęłam, a on się tylko zaśmiał. – A wiesz co zrobię, jeśli on nie przeżyje? Wypatroszę Keevę na twoich oczach.

Cienie w jego prawym oku zaczęły się cofać, odsłaniając białko, a krwista czerwień znikała pod atakiem srebra. Chyba nie do końca wierzyłam w to, co powiedziałam. Ale przypominając sobie ból, który rozrywał mnie od środka, gdy K przestał oddychać, nie mogłam przewidzieć własnego zachowania. Gdyby naprawdę umarł, straciłabym rozum. Zabiłabym Keevę, Diablo, a potem siebie.

– Nie zrobisz tego.

– Zrobię. Przysięgam, że to, kurwa, zrobię. Żebyś cierpiał tak samo jak ja.

– Nie zrobisz – wysyczał. – Jesteś za słaba. Nie dasz rady.

– To się naćpam. Przecież macie te swoje tabletki, które zażywacie przed bitwą. Nie będę miała już nic do stracenia.

– Nie, nie mogłabyś – powiedział już swoim normalnym głosem. – Nie Keevę…

– Zabij go, to się przekonasz.

Patrzył na mnie z niedowierzaniem. Jego prawe oko wróciło do normalności. Przejął kontrolę? Chciał coś powiedzieć, ale wtedy uderzyliśmy o ziemię. Ponownie zaparło mi dech w piersiach, zobaczyłam mroczki przed oczami, a potem ciemność.

Ocknęłam się z jękiem. Wszystko mnie bolało. Powoli podniosłam się do pozycji siedzącej. Musiałam stracić przytomność na dosłownie chwilę, bo Diablo też dopiero wstawał z ziemi. Spojrzał na mnie tymi dwukolorowymi oczami. W lewym, krwistoczerwonym oku z czarnym białkiem widziałam wściekłość, żądzę krwi i obrzydzenie. Za to w prawym, płynne srebro przepełnione było wyrzutami sumienia, żalem i… Strachem.

Nie byłem w stanie się ruszyć. Leżałem na plecach, z trudem oddychając i obserwowałem jak F walczy z tym mutantem w powietrzu. Cieszyłem się, że zaczęła walczyć, bo to znaczyło, że wracała do dawnej siebie. Wolałem ją taką. Wojowniczą, dumną, dogryzającą mi na każdym kroku. Nie chciałem już patrzeć w te przepełnione bólem i rozpaczą oczy. To do niej kompletnie nie pasowało.

Byli za wysoko, bym mógł dostrzec co konkretnie się tam dzieje, ale słyszałem odgłosy. Jakby walczyły ze sobą dwie dzikie bestie. Myślałem o tym, by powiadomić MAO. Były jednak dwa „ale”. Po pierwsze: nie byłem w stanie tego zrobić, bo tylko lewą rękę miałem w miarę sprawną. Reszta mojego ciała była tylko workiem z połamanymi kośćmi. Po drugie: co jeśli MAO wysłało nas tu specjalnie? Co jeśli próbowali nas zabić? Nie wiedziałem, czy mogliśmy jeszcze im ufać.

Nagle rozległ się ryk bestii, po czym F i generał zaczęli spadać. Nie rozumiałem dlaczego, dopóki nie zbliżyli się na tyle, bym mógł wyraźniej zobaczyć ich sylwetki. Skrzydło czarnowłosej zwisało pod dziwnym kątem, jakby było złamane. Za to błoniaste mutanta było przecięte niemalże wzdłuż. Brawo, F. Wiedziałem, że sobie poradzi. Problemem teraz jednak było to, że ani jedno, ani drugie nie miało jak się ratować przed zderzeniem z ziemią.

Nie widziałem jak to się stało, bo obraz zaczął mi się rozmazywać przed oczami. Czułem, że zaraz stracę przytomność, ale nie mogłem sobie na to pozwolić. Nie teraz, kiedy dwa niewyraźne kształty podniosły się do pozycji siedzącej. Był za blisko niej. Niemal automatycznie sięgnąłem po broń. Z trudem pozbyłem się magazynku z paraliżującymi pociskami i jakimś cudem wsadziłem ten z prawdziwymi. Zamrugałem kilka razy, modląc się, żeby wyostrzył mi się obraz. I na chwilę rzeczywiście się tak stało, ale oczywiście w momencie, którego nie miałem ochoty oglądać. Generał wbił kły w lewy bark F i wyszarpał kawał żywego mięsa z jej ciała. Jej wrzask przeszył moje serce jak ostrze. Krew… Tam było tyle krwi. Znowu miałem ochotę zwymiotować. Znowu pojawiły się mroczki przed oczami, ale wycelowałem i nacisnąłem spust. Zanim straciłem przytomność widziałem jak mutant osuwa się na ziemię.

Gdy się ocknąłem, jeden z żołnierzy kucał przy mnie i wstrzykiwał mi coś w rękę. Właśnie wykopałem sobie grób. Nawet jeśli przeżyję z tym obrażeniami, to król Bhalory, z którym i tak miałem na pieńku, rozszarpie mnie gołymi rękami za zabicie jego najlepszego generała.

Patrzyłam w szoku jak Diablo osuwa się na ziemię. Jak krew wydobywa się z rany wlotowej i spływa z boku jego głowy. Czekałam, aż wstanie. Aż się ruszy i rozpęta się piekło na nowo. Jednak nic takiego się nie stało. Nawet nie drgnął. Leżał nieruchomo jakby był martwy. Ale przecież to niemożliwe. Musiał być tylko nieprzytomny. To byłoby bez sensu, gdyby zwykła kula mogła go zabić.

Obok nas wylądowali żołnierze. W czterech próbowali go podnieść i z trudem im się to udało. Ile on musiał ważyć? Piąty kucnął przede mną i oglądał moją ranę, a właściwie dziurę w barku.

– MAO już leci – oznajmił rozpinając mi kombinezon, a ja nie zareagowałam. – Nie możemy teraz zabrać cię ze sobą. – Odsłonił bark i chyba starał się oczyścić ranę, jednak na darmo. – Przyleci ktoś po ciebie do MAO. Musisz mieć odbudowane tkanki, a oni tego nie zrobią. Przykleję ci tylko nasz plaster, żeby zatamować krwawienie i przyspieszyć proces leczenia. Pod żadnym pozorem go nie zrywaj.

Jak powiedział, tak zrobił. Opatrunek był ogromny. Czułam, że sięga aż za łopatki, a z przodu obejmował szyję, ramię, niemal całą lewą pierś i kończył się pod pachą. Jakim cudem pozwoliłam mu się dotknąć? To chyba szok spowodowany stanem Diablo. Musiałam się w końcu otrząsnąć. Przecież to K do niego strzelił. K!

Chciałam biec do niego, ale nie mogłam wstać. Wszystko mnie bolało. Próbowałam dostać się do niego na czworakach, ale prędzej zaryłabym zębami w ziemię niż pokonała choćby kawałek drogi. Jedną rękę miałam niesprawną przez złamane skrzydło, a drugą… W zasadzie też. Z powodu dziury w barku. Spróbowałam wstać, bo jakoś musiałam znaleźć się przy nim. Zebrałam się w sobie i na trzęsących się nogach, z wielkim trudem dotarłam do K. Padłam na kolana. Łzy napłynęły mi do oczu, kiedy omiotłam wzrokiem jego obrażenia. Nie chciałam nawet myśleć o tych wewnętrznych.

Spojrzałam w jego piękne jasnoniebieskie tęczówki z ciemną obwódką. Patrzył na mnie na wpółprzytomnym wzrokiem, z trudem nabierając powietrza w płuca. Pewnie nawet oddychanie go bolało.

– Tylko mi tu nie umieraj… Słyszysz? Nie zostawiaj mnie… – Głos mi się załamał, a łzy popłynęły po policzkach. – K, ja… Kocham cię…

 

***

No i koniec :(

Spodziewaliście się takiego zakończenia? Czujecie niedosyt?

Druga część jest już w trakcie tworzenia, ale nie wiem kiedy dokładnie się pojawi. Postaram się, żeby to się stało jak najszybciej :)

Prawdopodobnie nie będę jej tutaj już publikować, tylko na Wattpadzie. Znajdziecie mnie tam pod nickiem Ryunique :)

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Ayano_Sora rok temu
    Ojej, faktycznie, rozdział idealnie nadaje się na epilog.
    Dobrze, że wiadomo, że K i F przeżyją i będzie druga część xD Generalnie otwarte zakończenie budzi fantazję.
    Ale F mogłaby i tak wypatroszyć Keevę, tak dla sparingu. Nie obraziłabym się xD
    No wiadomka, świetnie opisałaś emocje F i super, że to K wziął go postrzelił. Świetnie to wyglądało. Tzn w mojej głowie. :3 Wgl K to taki bidulek był w tym epilogu, ledwo dychał :c I to wyznanie miłości na końcu, aww, no nareszcie! Jej, nie mogę się doczekać drugiej części. :3
  • Paradise rok temu
    <3 <3 <3
  • zombiak rok temu
    Paradise przez Ciebie założyłam konto na wattpadzie i przepadłam!! Mąż mnie zabije,bo po nocach czytam,żeby w ciągu dnia mieć czas dla dziecka i chodzę jak zombies 😂😂
  • Paradise rok temu
    Hahaha :D znam to, znam, tylko z wyjątkiem dziecka, bo na razie mąż świetnie sobie radzi w tej roli 😂😂

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania