Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Nigdy więcej - Rozdział 19 część 2

Przed budynkiem czekała już na mnie ekipa ratunkowa. Wydałem im dyspozycje i rozeszliśmy się do swoich statków. Plan zakładał, że wejdę sam, a oni mają czekać na mój sygnał. A dam im go, jak już będzie po wszystkim. Sam się wszystkim zajmę, a faceci w skórach będą żałować, że zadarli z MAO. Że porwali akurat moją partnerkę.

Komputer pokładowy otrzymał już współrzędne miejsca, w którym przetrzymywali F, więc nie tracąc czasu wystartowałem i ruszyłem w drogę. Nowy statek dawał radę i gdybym miał więcej czasu, to chętnie bym go porządnie przetestował, ale w tej sytuacji testowałem jedynie pracę silników na najwyższych obrotach. System nawigacji prowadził mnie bezbłędnie do miejsca docelowego. Została mi mniejsza połowa drogi do pokonania, ale już teraz włączyłem kamuflaż, żeby zniknąć z ich radarów. Nie wiedziałem, jak daleko od swojej bazy mieli je rozstawione, więc wolałem nie ryzykować. Chciałem tam wejść po cichu. Na tyle, na ile się dało oczywiście.

Im bliżej byłem, tym większy ucisk w żołądku czułem. W głowie ciągle pojawiały mi się obrazy, których nie chciałem widzieć. Starałem się nie myśleć, co mogli zrobić F do tego czasu. A przede wszystkim starałem się nie myśleć o tym, czy w ogóle jeszcze żyje. Bo żyła. Musiała. Po prostu musiała.

Miałem wrażenie, że podróż ciągła się w nieskończoność, ale w końcu dotarłem na miejsce. Wylądowałem delikatnie, żeby zrobić jak najmniej hałasu. Statek nie był widoczny, ale to nie znaczyło, że nie było go słychać. Zamontowałem tłumiki do pistoletów i wyszedłem na płytę parkingową wroga. Zauważyłem dwóch strażników, ale zanim zdążyli sięgnąć do swoich broni, leżeli już martwi. Ruszyłem w tamtą stronę prawie biegiem, bo ktoś mógł usłyszeć odgłos ciał padających na ziemię. Wszedłem ostrożnie do budynku, ale nikogo nie było na korytarzu. Przemknąłem przy ścianie do jego końca i trafiłem na faceta, który stał tyłem do mnie. Doskoczyłem do niego, zatkałem mu usta dłonią i strzeliłem w głowę. Złapałem jego ciało, po cichu położyłem na podłodze, a potem przedramieniem przetarłem twarz z krwi.

Ruszyłem dalej, a gdy trafiłem na kolejnego strażnika zrobiłem to samo, co z poprzednim. Zdejmowałem każdego, kto wszedł mi w drogę. Nieraz nie dało się tego zrobić nie robiąc hałasu. Jednak nie sprawiło mi to większych problemów. Jakiś czas później cały parter był usiany trupami, ale F nie znalazłem. Udałem się na piętro, które również zaścieliłem ciałami. Jednak tam też jej nie znalazłem.

Gdzie ona jest? Serce zaczęło mi się tłuc w piersi na myśl, że może jestem w złym miejscu. Że może zabiłem nie tych, co trzeba. Że byli niewinni. Nie, to niemożliwe. MAO nie popełniłoby takiego błędu. A jeśli ją przenieśli, kiedy tu leciałem? Żołądek zacisnął mi się w supeł. Zbiegłem po schodach na parter i zacząłem szukać zejścia pod ziemię. To było jedyne wytłumaczenie. Nie chciałem dopuścić do siebie myśli, że jej tu nie było.

Zaczynałem tracić nadzieję, gdy po raz trzeci obszedłem cały budynek. Wściekłość, która mnie napędzała powoli ustępowała miejsca rozpaczy. Nie, nie, nie! Nie, kurwa! Ona musi tu być. MUSI. Zacząłem po raz kolejny przeszukiwać parter, bo może coś przeoczyłem w pośpiechu. Nadal nic.

Zrezygnowany oparłem się plecami o ścianę i usłyszałem dziwny dźwięk. Odwróciłem się zaskoczony. Czyżby ta ściana tak naprawdę nie była ścianą? Przejechałem dłonią po gładkiej powierzchni, aż natrafiłem na wypustkę. Kiedy za nią chwyciłem, otworzył się panel, wyglądający jak czytnik linii papilarnych. Rozejrzałem się po korytarzu za strażnikiem, którego zabiłem najbliżej tego miejsca.

Przytargałem tu jego ciało, zdobiąc podłogę krwawym śladem, po czym przycisnąłem jego palec do czytnika. Dostęp wzbroniony. Spróbowałem kolejny. Dostęp wzbroniony. Przyciskałem każdy kolejny i za każdym razem to samo. Jak to, kurwa, dostęp wzbroniony? Przecież nie będę chodził i obcinał ludziom palców, a potem przyciskał po kolei do czytnika, aż któryś otworzy mi przejście. Walnąłem pięścią w ścianę i spojrzałem w bok. Leżało tam jeszcze jedno ciało. Pojawił się płomyk nadziei. Przytargałem więc kolejnego martwego strażnika i niemal wstrzymałem oddech, gdy przykładałem jego palec do panelu. Ściana pękła w połowie, po czym rozsunęła się na boki niczym przesuwne drzwi, ukazując zejście pod ziemię.

Natychmiast puściłem trupa i ruszyłem schodami w dół, trzymając broń w gotowości. Po drodze upewniłem się, że wymieniłem magazynki na pełne. Nagle usłyszałem głosy i zamarłem, przyciśnięty do zimnego betonu. Przede mną znajdowało się wejście do jakiegoś pomieszczenia.

– Szef chce to serum na już – powiedział jeden.

– Robię, co się da – odpowiedział drugi.

– Szef nie jest zadowolony. Za długo to trwa.

– Przecież mu, kurwa, nie wyczaruje!

– Przecież, kurwa, wiem! To przez tą szmatę. Poprzednie nie były takie waleczne.

– Bo ta jest jakaś nienormalna. Tamto serum było za słabe, skoro potrafiła schować skrzydła. Żeby tylko to było wystarczająco silne.

– Albo musimy być szybsi niż ona. Jeśli złapiemy skrzydła, to już ich nie schowa.

– Jak do tej pory, byliście wolniejsi.

– Widocznie nie straciła jeszcze wystarczająco krwi. Szef ją właśnie osłabia. A ty pospiesz się z tym serum.

Facet wyszedł na korytarz i zarobił kulkę w łeb. Osłabia ją? Ten wytatuowany łeb? W jaki, kurwa, sposób? Wściekłość doprowadzała moją krew do wrzenia, ale musiałem w miarę nad sobą panować, bo spieprzę całą akcję.

– Gregor?

Musiał usłyszeć jak ciało pada na ziemię. Stanąłem w drzwiach i strzeliłem zaskoczonemu facetowi między oczy, a potem rozwaliłem cały sprzęt potrzebny do przygotowania tego pieprzonego serum. Ruszyłem dalej pustym korytarzem, aż do samego końca i trafiłem na wzmocnione drzwi. Prowadziły one do pomieszczenia, przypominającego salę w szpitalu, z dwoma oknami wychodzącymi na korytarz. Szyby zajmowały pół ściany i na pewno były kuloodporne. Przemknąłem pochylony na drugą stronę, wyprostowałem się i ostrożnie zerknąłem do środka, by pozostać niezauważonym.

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to dwa stoły zastawione przeróżnymi narzędziami. Od śrubokrętów, przez noże, aż do ręcznych pił i siekier. Przynajmniej połowa z nich miała ślady krwi. Zrobiło mi się słabo, gdy przypomniałem sobie słowa jednego z wrogów. „Szef ją właśnie osłabia”. Gdy spojrzałem na prawo, serce mi stanęło. Dokładnie naprzeciwko stołów z narzędziami do tortur, przykuta do ściany metalowymi kajdanami, z pochyloną w dół głową wisiała F. Jej stopy ledwo dotykały podłogi, na której widniała kałuża krwi. Jej kombinezon rozcięty i poszarpany w wielu miejscach, odsłaniał nie tylko gołą skórę, ale też przeróżne rany. Właściwie to głównie krwawiące rany, bo nietkniętej skóry prawie nie było. Ale najgorsze było to, że F się nie ruszała.

Przed nią stał facet w skórzanej kurtce i irokezem na głowie. Ten sam, który ją porwał. Pieprzony wytatuowany łeb. Złapał ją nagle za gardło, zmuszając, by na niego spojrzała.

– Pokaż te jebane skrzydła, pierdolona dziwko! – Wrzasnął.

Słyszałem to bardzo dokładnie. W dodatku miałem wrażenie, że głos dochodził gdzieś z nad mojej głowy. Spojrzałem w górę i zobaczyłem niewielki głośnik. Serio? Skierowałem wzrok z powrotem do pomieszczenia, a moje serce zaczęło szybciej bić. F ruszyła ledwo zauważalnie głową.

– Pierdol się – wychrypiała, po czym splunęła mu w twarz krwią.

Puścił jej gardło, żeby wytrzeć swoją mordę, po czym zacisnął dłoń w pięść i przywalił jej. Głowa F aż odskoczyła do tyłu, a z jej nosa zaczęła lecieć świeża krew. Zaczęła się szarpać, próbując go dosięgnąć nogami, ale widać było, że nie miała na to wystarczająco siły.

– Przestań się rzucać, kurwo – warknął i wbił jej poszarpane ostrze w udo, ale żeby to zrobić musiał podejść blisko.

F wrzasnęła, spinając mięśnie i przywaliła mu głową w ten jego pieprzony ryj. Natychmiast odskoczył od niej, łapiąc się za nos. Na twarzy F pojawił się triumfalny uśmieszek.

– Pożałujesz tego – wysyczał, próbując zatamować krwawienie. – Gdzie ten pierdolony Gregor z tym jebanym serum?! – Zadarł się na swojego podwładnego. – Idź go szukaj, kurwa, a nie stój jak cipa!

Przerażony facet zaczął biec do wzmocnionych drzwi, a ja przygotowałem broń. Gdy tylko wyszedł, strzeliłem mu w głowę, stojąc tuż za nim. Szybko przetarłem twarz z krwi, ale drzwi zdążyły się już zamknąć. Kurwa. Z tej strony dało się je otworzyć tylko jakimś kodem oraz odciskiem palca. Spojrzałem na panel i miałem ochotę wrzeszczeć. Nie mogłem go przestrzelić, bo to był jeden z tych, który blokuje drzwi w takich przypadkach. Jeśli to zrobię, nigdy się tam nie dostanę bez ładunków wybuchowych. Już raz się o tym przekonałem.

Gorączkowo myślałem, co zrobić. Mogłem przewidzieć taki rozwój wydarzeń i się przygotować na to, że będę musiał mieć do czynienia z czymś takim. Gdybym tylko miał przy sobie to urządzenie do hakowania takich zamków. Zaraz… Przecież powinienem je mieć! K, ty debilu! Zacząłem szybko przeszukiwać kieszenie na pasku, aż w końcu trafiłem. Kompletnie zapomniałem, że od tamtej pechowej misji nosiłem je ze sobą. Podpiąłem urządzenie do panelu i teraz pozostało mi tylko czekać. Niestety jedyną wadą tego ustrojstwa był czas, który potrzebowało na wykonanie swojego zadania.

Ponownie zerknąłem do pomieszczenia przez szybę. Facet z irokezem stał przed F w bezpiecznej odległości, przyciskając sobie jakiś materiał do nosa.

– Radzę ci pokazać skrzydła po dobroci, bo jak dostanę serum do ręki, to zacznie się twoje piekło.

– A ja ci radzę zamknąć ten pierdolony ryj, bo jak się uwolnię, to będziesz błagał, żeby iść do piekła. A to serum to wsadź sobie w dupę. Wyrzygam je prosto na twoje buty.

– Tym razem nie będziesz musiała go łykać. Mamy inny sposób podania. Taka jesteś pewna, że się uwolnisz? Prędzej się wykrwawisz.

– Potrzebujesz mnie żywą.

Wytatuowany łeb roześmiał się, odrzucając nasiąknięty krwią materiał na podłogę.

– PREFERUJĘ. Gdy Bhalorianin umiera, wraca do swojej prawdziwej postaci, więc i tak dostanę to, czego chcę. – Wyszczerzył do niej zęby. – Ale uwielbiam słuchać waszych nieludzkich krzyków, kiedy odcinam wam skrzydła na żywca. Miód na moje uszy.

Gdyby twarz F nie była pokryta mieszanką zaschniętej i świeżej krwi, to na pewno byłaby teraz biała jak papier. Więc po to ją porwali? Żeby odciąć jej skrzydła? Ale po jaką cholerę? Spojrzałem na urządzenie. 45%. Co tak wolno?

– Ale ty chyba nie doczekasz, więc może posłucham sobie twoich krzyków już teraz – powiedział szef i podszedł do jednego ze stołów.

Oblał mnie zimny pot. Nie chciałem na to patrzeć. Nie mogłem na to patrzeć. Chciałem ją, kurwa, uratować, zanim jej cokolwiek zrobi. Zerknąłem na urządzenie. 63%. Kurwa. Kiedy ponownie spojrzałem do środka pomieszczenia, świr z irokezem właśnie podchodził do F z kastetem w dłoni. Przywalił jej prosto w brzuch, ale ona nawet nie pisnęła, tylko zgięła się w pół na tyle, na ile mogła.

– Krzycz – rozkazał.

Przywalił jej w twarz, ale F uparcie zaciskała szczękę.

– Krzycz, kurwa!

Zadał kolejny cios i kolejny, a ona chyba straciła przytomność, bo głowa bezwładnie zwisała jej w dół. Wytatuowany łeb się wkurzył i wyrzucił kastet na podłogę. Zauważył, że zostawił w udzie czarnowłosej to poszarpane ostrze, więc złapał jego rękojeść i szarpnął gwałtownie wyrywając go razem z kawałkami mięśni. F wrzasnęła, szarpiąc kajdanami, które obdarły jej nadgarstki do żywego mięsa. Dotknij ją, kurwa, jeszcze raz, to powieszę cię za jaja, popierdoleńcu! F zaczęła wierzgać drugą nogą, chcąc go kopnąć, ale złapał ją pod kolanem. 71%.

– Tak! Właśnie tak! – Wbił ostrze bardzo powoli w jej udo, a potem przekręcił.

Z gardła F już nie wydobywały się wrzaski człowieka, ale każdy jeden był jak igła, wbijająca się w moje serce. Nogi mi się trzęsły i zaczęły pode mną uginać, więc osunąłem się po ścianie na podłogę. 89%. Kurwa mać! Nie widziałem już, co jej robił, ale doskonale słyszałem. Bolało. Cholernie mocno. A ja nie mogłem zrobić kompletnie nic. Przyleciałem ją uratować, a siedziałem tu, próbując odgonić łzy pchające się do oczu, bo moim umysłem zawładnął strach. Bałem się, że F tego nie przeżyje. Że nie dostanę się do niej na czas. A nawet jeśli, to obrażenia będą zbyt poważne, by wytrzymała podróż do szpitala. 92%.

– Nie! Raito, uciekaj! – Usłyszałem zachrypnięty bardziej niż zwykle głos F.

Poderwałem się na nogi i spojrzałem przez szybę. Na środku pomieszczenia stał wielki czarno-srebrny wilk, przygotowując się do ataku. Czy to był jej strażnik? Nigdy żadnego nie widziałem. Nie miałem pojęcia jak wyglądają, ale wszystko na to wskazywało. A zwłaszcza reakcja F. Naprzeciwko niego stała banda sługusów świra z irokezem, którzy weszli do środka przez ukryte drzwi.

– Zajebać tego kundla! – Rozkazał wytatuowany łeb.

– Nie! Raito, uciekaj! Uciekaj, kurwa! – F szarpała się, próbując uwolnić ręce z metalowych kajdan.

– Patrz, bhaloriańska dziwko, bo to zaboli cię bardziej niż to, co dla ciebie przygotowałem – zaśmiał się psychol.

Wilk rzucił się na pierwszego z brzegu faceta w skórzanej kurtce i powalił go na ziemię, zaciskając potężne szczęki na jego gardle. Pozostali rzucili się na niego razem, ale on nagle rozpłynął się w powietrzu, by potem pojawić się za plecami kolejnego przeciwnika, a jego kły wbiły się w kark tego popaprańca. 94%. Wilk ponownie zniknął, zanim zdążyli go dotknąć i pojawił się w rogu pomieszczenia. Wypatrzył sobie ofiarę i zaczął biec w jej stronę, ale na drodze stanął mu jeden z oprychów. Zwinnie go wyminął, unikając ciosu, po czym rzucił się na tego upatrzonego, a ten padł na ziemię z rozharataną tętnicą szyjną.

Przeciwników ciągle przybywało. Strażnik zawarczał, cofając się do tyłu, nie spuszczając wzroku z psycholi przed sobą, ale zapomniał, że za plecami miał jeszcze kolesia, którego wyminął. Tamten rzucił się na niego, powalając go na podłogę. Wilk kłapał zębami tuż przy szyi gnoja, ale ten ciągle robił uniki. Nagle błysnęło ostrze noża i usłyszałem skowyt, a zaraz potem wrzask F. Raito zdołał się wyswobodzić, ale krwawił, więc długo nie pociągnie. 96%. Musiałem mu jakoś pomóc.

Sięgnąłem po broń i zacząłem strzelać w szybę. Wystrzelałem cały magazynek, a szyba, oprócz śladów po kulach, ani drgnęła. Kurwa! Przywaliłem w nią pięścią, ale prędzej połamałbym sobie palce niż ją rozwalił. Podszedłem do drugiego okna, by zobaczyć, co się działo w środku. Kilka kolejnych trupów z rozszarpanymi gardłami. Wilk ledwo stał na łapach, ale nie zamierzał się poddać. Rzucił się na tego, który zaatakował go nożem i zacisnął szczęki na jego szyi. Niestety facet zdążył wbić mu nóż głęboko w brzuch, po czym osunął się na ziemię. 97%.

Nagle między F a jej strażnikiem wytworzyła się błękitna, niesamowicie gruba nić. A przynajmniej wyglądało to jak nić. Czarnowłosa zaczęła się szarpać, rozpaczliwie próbując uwolnić i jednocześnie krzycząc jego imię. Wytatuowany łeb stał, obserwując całe przedstawienie i się śmiał. Niech ja go tylko dostanę w swoje ręce…

Jeden z jego sługusów kopnął wilka, a potem dołączyli do niego jego koledzy i po chwili rzucili się na niego z nożami. Wbijali i wyciągali ostrza z pierdolonymi uśmieszkami na twarzach, a błękitna nić stawała się cieńsza i cieńsza. Nie mogłem słuchać skomlenia strażnika. Nie mogłem patrzeć jak F szarpie się coraz bardziej, zadając sobie jeszcze więcej bólu. 98%.

– Zostawcie go – rozkazał wytatuowany łeb, a jego podwładni posłusznie odsunęli się od wilka.

Ten próbował wstać z kałuży krwi, ale był za słaby. Jego łeb uderzył o podłogę rozchlapując ciemnoczerwoną ciecz, a błękitna nić pękła.

– NIEEEEE! RAAAITOOO! RAITOOOOO!

Wrzask F był przepełniony takim bólem i taką rozpaczą, że czułem jak pęka mi serce. 99%. Szybciej, do kurwy nędzy! Świr z irokezem śmiał się, jakby oglądał najzabawniejszą komedię świata, a jego zbiry zebrały się wokół czarnowłosej, która darła się jak opętana. Szarpała kajdanami, chcąc je wyrwać ze ściany, pomagała sobie odpychając się nogami, ale robiła sobie tylko większą krzywdę. To chyba był czas na sygnał dla ekipy ratunkowej. 100%. W końcu! Drzwi się otworzyły, a ja wparowałem do środka i niemal w sekundzie zabiłem wszystkich oprócz szefa. Jemu wpakowałem kilka kulek w krocze, po czym odrzuciłem bronie, idąc w jego stronę, obserwując jak zwija się z bólu. Podniosłem po drodze kastet z podłogi.

Podszedłem do niego i podarowałem najlepszego prawego sierpowego w całym moim życiu, a on runął na ziemię. Usiadłem na nim, po czym wymierzałem cios za ciosem z dziką satysfakcją, dając upust swojej wściekłości. Nie przestawałem bić, dopóki z jego głowy nie zrobiła się krwawa miazga. Byłem jak w amoku. Ocknąłem się dopiero, gdy usłyszałem płacz F. Dysząc ciężko, oderwałem się od trupa, wyrzuciłem kastet i poszedłem ją uwolnić. Chciałem ją złapać, ale przeleciała mi przez ręce, lądując na podłodze.

– Raito – wychrypiała żałośnie i z trudem przeczołgała się do wilka. Objęła jego martwe ciało i przytuliła, niemal krztusząc się łzami. – Raito… N-nie… Rób… M-mi… Tego… N-nie… Nie zostawiaj… M-mnie… N-nie… Umieraj… Nie… Ty…

Serce mi pękało. Powoli podszedłem do niej i kucnąłem obok. Nie wiedziałem jak zareaguje na mój dotyk, więc się wstrzymałem, choć tak bardzo chciałem ją pocieszyć, tuląc w swoich ramionach. Nagle ciało wilka zaczęło się zmieniać w miliony światełek, niby świetlików. F zaczęła je tulić jeszcze bardziej, ale ono przestało być materialne. Światełka uniosły się do sufitu, po czym zniknęły. Czarnowłosa patrzyła na swoje zakrwawione dłonie, jakby nie docierało do niej, to co się stało.

– F… – zacząłem cicho, przysuwając się do niej.

Powoli podniosła głowę, by na mnie spojrzeć. Przeraziłem się tym, co zobaczyłem. W jej oczach była tylko rozpacz i ból. Nic poza tym. Ani odrobiny wściekłości. Ani odrobiny chęci zemsty. Ani odrobiny jej dawnego ognia. Złamali ją. Złamali moją F.

Objąłem ją i przytuliłem mocno, nie zważając na jej obrażenia. Już chyba bardziej jej boleć nie mogło. Łzy napłynęły mi do oczu, gdy zaniosła się szlochem. Nie wykonała żadnego ruchu, żeby mnie dotknąć. Oparła tylko głowę o moją klatę i płakała. Tak bardzo płakała i tak bardzo to do niej nie pasowało.

– Ciii… Jestem tu… – powiedziałem cicho, ale głos mi się łamał. – Jestem…

Gdybym tylko przyleciał wcześniej. Gdybym tylko znalazł ją wcześniej. Gdybym tylko wcześniej podłączył to pieprzone urządzenie… Miałem na rękach krew jej wilka…

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Ayano_Sora 3 tygodnie temu
    O nie, Raito! ;_:
    Rany, ale smutny rozdział. Kurde, długo zeszło K.... Biedna F. Ile musiała się nacierpieć, jeszcze straciła swojego wilczka ;_; O rany. Mocny rozdział. Dobrze,że K zrobił chociaż krwawą miazgę z łba tego gnoja... ale no życia Raito to już nie wróci. Dobrze, że F ma K i przy niej jest. Mam nadzieję, że po tym wszystkim zbliżą się do siebie jeszcze bardziej.
  • Paradise 3 tygodnie temu
    Pierwsza bomba w tej historii :( No wiesz, nadzieję możesz mieć :D Dzięki za odwiedziny! <3

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania