Poprzednie części:  Cuiavia

Cuiavia. 0037. Zręb

— Nowa robota czeka! — Cień Roberta przeciął światło wpadające przez wrota.

Cieśle podnieśli głowy znad dłut i ośników.

— Wytoczycie sześć kół z głębokimi rowkami, żeby lina nie wyskakiwała przy ciągnięciu.

Kreślił patykiem na klepisku.

— Dwie klatki, trzy koła w każdej. Oś przez środek kół, między kołami przegrody.

Radomir zmrużył oczy.

— Ciężar pójdzie na to?

— Pójdzie. — Skinął głową. — Każde łączenie musi trzymać. Inaczej wszystko runie. Czas stawiać chatę.

Stanimir i syn porozumieli się wzrokiem.

— Zrobimy.

— Potrzebuję też belek na zręb. Pomożesz? Podwaliny chcę opalić i osmołować.

Stanimir prychnął.

— Po co roboty sobie dodawać?

— Patrzcie. — Zaczął nowy rysunek. — Podwaliny pójdą na klepisko. Po opaleniu i osmołowaniu drewno powinno dłużej wytrzymać.

— Kto tak robi? — dziwił się Stanimir.

— Na nich ustawimy słupy. Cztery w narożach, dwa pośrodku ścian. Ponad ziemię wyjdą na pół chłopa.

— Ty o chacie czy chlewie prawisz? — spytał Radomir.

— W wysokiej ścianie zrobimy otwory, żeby światło wpadało do środka…

— Wpadnie… razem z kują — parsknął Stanimir.

— Cha, cha… — rzucił sucho. — Pośrodku przeciwległych ścian staną sochy. Na nich położymy ślemię. Na tym oprzemy strzechę.

— Twoja chata, ziąb twój będzie… żebyś ino zimą tych dziur nie zalepiał… pomnisz moje słowa.

— Wszystko omówiliśmy z Agnieszką. Będzie dobrze, zobaczycie…

— Ano obaczym. — Wyprostował plecy. — Świeże chcesz opalić? Potrzymaj takie nad żarem, to ci popęka.

— Nie mam czasu na suszenie… Masz rozwiązanie?

— Dam swoje. Suche. Twarde. Coś znajdę. Oddasz świeże.

— Ratujesz mi robotę. Dziękuję. — Skinął. — A co z resztą?

— Wyciosamy ze świeżego. Lżej pójdzie.

— Byleś równo ciął — rzucił Radomir.

— Ty to wytniesz. Zobaczymy, czegoś się nauczył. — Roześmiał się krótko. — Ja będę toczył koła.

* * *

Sosny strzelały w niebo prostymi pniami. Stanimir prowadził. Przystanął, uderzył w korę obuchem.

— Ta na oczepy. Tamta na ślemię. — Wskazał dwa dalsze pnie. — Z tych wyjdą słupy.

Radomir przystanął przy pniu rozwidlonym ponad ich głowami.

— Na sochę?

Stanimir obszedł drzewo.

— Zostaw oba ramiona. I szukaj drugiego takiego.

Huk toporów płoszył ptaki, niosąc się echem między drzewami. Żywica mieszała się z potem, wiążąc na skórze pył i brud. Z rozkołysanych gałęzi igliwie sypało się na karki.

Sosna stęknęła, zadrżała ostatni raz i z hukiem rąbnęła o poszycie. Ziemia podbiła stopy. W nozdrza uderzył gęsty, słodki zapach świeżego soku.

Stanimir i Mściwój oddali siekiery. Zmiennicy dopadli pni.

Robert uniósł topór, celując w nasadę konara. Ostrze ześlizgnęło się po sęku. Żelazo odbiło i zatoczyło łuk tuż przed Radomirem. Chłopak odskoczył, potknął się i zaklął.

Stanimir doskoczył do nich. Zmierzył wzrokiem drżące dłonie Roberta.

— Kto cię uczył trzymać topór? Łokciem w nosie chcesz dłubać? Patrz.

Wziął narzędzie, odchylił się i uderzył. Konar odpadł od pnia, obnażając jasną ranę w drewnie.

Robert przejął topór. Zacisnął palce na trzonku, naśladując chwyt cieśli. Radomir cofnął się o dwa kroki i nie spuszczał oczu z ostrza. Robert ugiął kolana, nabrał tchu i rąbnął w konar. Tym razem żelazo weszło głęboko, wyrzucając jasne drzazgi. Radomir odsapnął.

Kolejne ciosy trafiały pewniej. Odcięte konary padały na igliwie.

Stanimir powstrzymał Mściwoja.

— Tych nie skracaj. — Wskazał dwa długie konary. — Na kluczyny się zdadzą.

Odmierzali długość sznurem. Miejsca podziału znaczyli nacięciami.

— Osiem belek po trzy sążnie. Cztery na oczepy, cztery oddasz mi za suche podwaliny. — Stanimir trącał obuchem odłożone belki.

Osobno odkładali sześć słupów i dwie sochy. Ślemię miało wystawać po kroku poza każdą z nich.

Robert wyprostował plecy. Odgarnął z czoła posklejane włosy. Brud, igliwie i liście oblepiły mu skórę grubą skorupą.

Radomir parsknął, aż kropelki prysnęły mu z nosa.

— No, ojcze… — wycharczał. — Teraz już wiem, czemu tak lekko poszło.

Stanimir uniósł brew, ocierając topór skrawkiem lnu.

— Lekko? Ledwie dychasz, synu.

Radomir wskazał palcem Roberta. — Sam Pan Lasu ciosał te belki. Spójrz na niego. Przybij mu rogi do czerepu, a rodzone dzieci Leszego uznają go za ojca.

* * *

Na rozlewiskach blask ciął taflę, oślepiał. Agnieszka i Dobra ostrożnie stawiały stopy w grząskiej darni. Między kępami wierzb wypatrywały długich, prostych witek. Szukały twardego gruntu, korzeni, czegokolwiek. Próżno. Co kilka kroków noga grzęzła w mazi. Z poruszonego mułu szły zgniłe wyziewy.

Noże błyskały. Cięcie u nasady, szarpnięcie, witka na stos. I od nowa.

Agnieszka zacisnęła dłoń na gałęzi. Ostrze śmignęło. Syknęła. Na kciuku otworzyła się cienka ranka. Kropla uderzyła w mętną toń i rozeszła się czerwoną smużką.

— Uważaj. Krew budzi utopce. Poczują życie i wciągną pod korzenie.

Pędy wyślizgiwały się z dłoni. Bagno mlaskało, więziło stopy. Pot zalewał im oczy. Brud oblepił ubrania. Rzucały wiązki na suchy cypel. Stos witek rósł.

Dobra usiadła na kępie turzycy. Zachłysnęła się powietrzem.

Agnieszka osunęła się obok, brudnymi dłońmi przetarła policzki.

Dobra przyjrzała się jej. Ramiona zadrżały od tłumionego śmiechu.

— Wiesz co, Dziewanno? — wychrypiała. — Bezpiecznie przy tobie na bagnach.

— Dlaczego? — Wyciągnęła pajęczynę z włosów.

— Wyglądasz tak strasznie, że wszystkie utopce uciekły! Myślą, że wyciągniesz je z dna prosto na słońce! — Wskazała umazaną twarz przyjaciółki.

* * *

Powalone pnie zmiażdżyły krzewy, wyrwały puszczy nową, kaleką polanę. Świeżo ociosane belki bielały ostro wśród stosów wiórów i odciętych konarów.

Przyprowadzili krasulę w chomącie. Nad środek belki przetoczyli oś z szerokimi kołami. Drągami unieśli belkę i podwiązali pod osią. Zawisła nad ziemią.

Mściwój splunął. Stanimir i Radomir zastygli.

Krowa opuściła łeb i naparła na uprząż. Chomąto oparło się na barkach. Nie uciskało gardła. Za nią, tuż nad igliwiem, płynęła belka.

— Patrzajcie… — mruknął Mściwój i usunął się z drogi. — Daje radę! Ciągnie!

— Gdzie tam ciągnie! — fuknął Stanimir. — Przecież niesie.

— Jak niesie, skoro grzbiet pusty… — szepnął Radomir.

— Wół padłby pod takim klocem. — Mściwój klepnął belkę.

Krowa szła miarowo do chaty, nie okazując zmęczenia.

Taczkami zwieźli wiklinę.

* * *

Pot, żywica, sok i pył spoiły się w pancerz. Zmęczenie odbierało dech.

— Czego piach nie zatrze, odejdzie za miesiąc ze skórą — zaśmiał się Mściwój.

Agnieszka przyniosła dwie gliniane miseczki z szarawą pastą. Zanurzyła w jednej palce. Roztarła maź na dłoni.

— Dojrzało.

Rozdzielili się. Kobiety zniknęły za gęstą ścianą tataraku, gdzie nurt zwalniał. Zrzuciły z siebie ubrania.

— Nie zamierzam zdzierać skóry piachem. I bez tego piecze — mruknęła Dobra. Zanurzyła się po ramiona. Próbowała zmyć lepki brud. Nie ustępował pod palcami.

Agnieszka nabrała mydła z miseczki. Pocierała dłonie, aż między palcami wykwitła piana.

Spokojnymi, kolistymi ruchami masowała ramiona, piersi, brzuch, uda. Zamknęła oczy. Wtarła pianę we włosy.

Dobra przestała się myć. Patrzyła, jak z przyjaciółki spływają smugi brudu.

— Teraz ty. — Agnieszka podała jej miseczkę. — Tylko uważaj na oczy. Szczypie.

Dobra niepewnie zagarnęła palcami porcję pasty i roztarła ją w dłoniach. Powtórzyła ruchy.

Śmiały się, chlapały, namydlały nawzajem. Zmywały z siebie brud całego dnia. Agnieszka odchyliła głowę i wypłukała włosy. Palce zatrzymały się w splątanym paśmie. Rozdzieliła je ostrożnie.

Wyżymały przeprane ubrania, aż z płótna przestała ciec woda.

Robert nabrał mydła z drugiej miseczki i namydlił ramiona. Patrzyli, jak schodzi z niego brud.

Piaskiem z dna szorował dłonie. Jeszcze raz użył mydła. Podał miseczkę Radomirowi.

Chłopak zagarnął trochę pasty i roztarł ją na przedramieniu.

— Co za czary? — Potarł skórę jeszcze raz. — Pieni się wściekle, a czyści bez bólu.

Spłukali z siebie resztki mydła i wyszli na brzeg. Wciągnęli ubrania na mokrą skórę.

Dobiegł ich śmiech.

Kobiety wyszły zza tataraku. Mokre ubrania przylgnęły do ramion i ud. Dobra odrzuciła włosy na plecy. Z końców posypały się krople.

Stanimir i Robert znieruchomieli.

— Brzeginie… — szepnął Stanimir.

— Rusały wyszły na żer — powiedział Robert.

Ruszyli ku nim.

— Patrz, Dziewanno. — Dobra trąciła ją łokciem. — Już się latawce schodzą.

Robert odgarnął mokre pasmo z policzka Agnieszki. Ujęła go za kark i przyciągnęła do siebie. Kiedy ją pocałował, z włosów spłynęła mu za kołnierz zimna kropla.

Dobra uniosła brwi i spojrzała na Stanimira. Podszedł i objął ją w pasie. Oparła dłoń na jego ramieniu.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania