Inne kolory życia - część XXV
27/28 września 2011, Dariusz Wiertło
Był święcie przekonany, że nie wyhamuje. Widział bardzo wyraźnie twarz chłopaka. Wyglądał na przerażonego. Dariusz Wiertło nie należał do osób, które w takich sytuacjach trzymają nerwy na wodzy. Okresowe badania psychologiczne przechodził bez zarzutu, jednak surowa teoria pośród czterech ścian placówki nijak się miała do rzeczywistości, ciemnej drogi przez wieś i gościa na środku jezdni. Dwie różne pary kaloszy, jak mawiała jego matka.
Szarpnął kierownicą. Auto odbiło na lewo, koła złapały pobocza, tył samochodu zaczął ześlizgiwać się do rowu. Wiertło dodał gazu. Znowu szarpnął kierownicą, tym razem w prawo. Benzynowy silnik 1.6 zarzęził nieprzyjemnie, obroty skoczyły jak tętno po podwójnym espresso. Będąc z powrotem na właściwej stronie szosy, mężczyzna zaczął gwałtownie hamować. Delikatnie wilgotna powierzchnia asfaltu dała o sobie znać. Auto wpadło w niekontrolowany poślizg i myśl o kraksie znowu ogarnęła umysł maszynisty. Jego żona smacznie spała w ich łóżku a on…
Renault stanęło w poprzek drogi kilkadziesiąt metrów od miejsca, gdzie wszystko się zaczęło. Dariusz Wiertło siedział jak wryty. Nadal nie był świadomy sytuacji, która zaszła przed chwilą. Jakimś cudem zdołał wyratować auto przed pocałunkiem z murowanym płotem czyjejś posesji. W domu, który na niej stał, od kilku sekund w dwóch oknach paliły się światła. Pisk opon obudził domowników. Wiertło otarł czoło i spojrzał w tylne lusterko. Teraz dopiero dotarło do niego, że uciekał w bok przed intruzem… człowiekiem!
Wyszedł z auta i zaczął biec w miejsce, gdzie widział chłopaka. Sprawdził rowy i pola za nimi. Wyglądał jak biegające bez matki wystraszone dziecko, które zgubiło rodzica na jakimś wiejskim festynie.
Po intruzie nie został żaden ślad. Szosa była czysta, ani kropli krwi, żadnego buta czy kawałka materiału z ubrania. Wiertło nikogo nie potrącił. I ta myśl dawała mu nadzieję. Sprawiła, że ciężar strachu zelżał, prawie odpuścił.
– Hej, co ty wyprawiasz, gnojku?! Popisujesz się w środku nocy?! Ludzie chcą spać!!
Wiertło odwrócił się i zobaczył krępego mężczyznę idącego w jego kierunku. Facet ubrany był w błękitną pidżamę. Narzucił nań jedynie cienką wiosenną kurtkę bez kaptura. Na bosych nogach miał puchate kapcie. W dłoni trzymał sporą latarkę.
– Ja… to było niespecjalnie. Ktoś wybiegł mi na drogę – zaczął tłumaczyć się Wiertło.
– O tej godzinie? Żarty sobie ze mnie stroisz? Dzwonię na policję!
Dariusz poczuł, jak krew odpływa z twarzy, policzki bledną, oddech przyspiesza.
– Proszę, naprawdę, wracałem z pracy – tłumaczył się maszynista.
Gospodarz wyjął komórkę i spojrzał na nieznajomego.
– Pan jest maszynistą? Kojarzę chyba – powiedział, choć jego ton nadal brzmiał złowrogo.
– Tak, tak, nazywam się Wiertło, Dariusz. Wracałem ze zmiany i…
– Chciałbym panu wierzyć, ale według mnie jest pan po prostu pijany i chce się wymigać od odpowiedzialności – stwierdził surowo gospodarz.
– Ależ nie! Mam alkomat w aucie. Proszę mnie sprawdzić.
– Skąd mam wiedzieć, że to prawda? A może chodzi panu o gaz pieprzowy, żeby mnie spryskać? Dostanę w ryj działkę, a pan zwieje. My nie potrzebujemy kłopotów.
Wiertło przełknął powoli ślinę. Czuł, że ręce zaczynają mu się trząść. Przecież nie zmyślił tej historii. Widział chłopaka, wlazł mu przed samochód, idiota. A potem co? Rozpłynął się? To jakiś absurd.
– Nikt nie chce problemów, ja ich nie szukam, a jestem zupełnie trzeźwy. Wracam z pracy. Wpadłem w poślizg, bo chciałem ominąć człowieka, który stał na szosie! Przysięgam, na Boga!
– Proszę zostawić Boga w spokoju – odezwał się trzeci, kobiecy głos z oddali.
Przy bramie wjazdowej na posesję pojawiła się wysoka brunetka. Miała ze sobą podręczną latarkę, w której słabym świetle wyglądała tajemniczo.
– Proszę…
– Grzesiek, pan chyba mówi prawdę – stwierdziła. – Może to jakiś pijaczek ze wsi. Sam wiesz…
– Nie wtrącaj się do tego – warknął gospodarz.
Wiertło czuł się jak na jakiejś absurdalnej rozprawie sądowej, gdzie ważą się jego losy.
– On był młody – powiedział.
– U nas wszyscy alkoholicy to stare dziadygi – odparła kobieta.
– Podejdź do mnie.
Wiertło zrobił zaskoczoną minę. Facet wskazywał na niego palcem.
– No podejdź i chuchnij. Albo dzwonię po gliny.
Maszynista posłusznie wykonał polecenie. Chuchnął mocno w twarz mężczyzny.
– Wygląda, że jesteś czysty. Ale ja jestem wyczulony na pijaków. Jeden taki chuj zabrał życie mojemu bratu, pięć lat temu.
– Ja… bardzo przepraszam za to wszystko.
– Nie wniesiemy żadnej skargi do PKP, żadnych donosów. Zapominamy o dzisiejszej nocy. Proszę odjechać, dobranoc – powiedziała kobieta i odeszła.
Dariusz Wiertło wrócił do auta. Odpalił silnik i odjechał w kierunku Morowa. Ręce nadal mu się trzęsły. Strach minął, ale nieprzyjemne uczucie zostało. Obraz twarzy chłopaka nadal tkwił w głowie, był wyraźny. Był tam, przerażony. Uciekł w pola, musiał szybko biec, adrenalina pchała jego ciało naprzód.
Kiedy zaparkował pod blokiem na parkingu i zgasił silnik, siedział w aucie jeszcze prawie kwadrans. Nerwy przegoniły senność i zmęczenie. Patrzył tępo na świat za przednią szybą, konkretnie to na ogrodzenie, za którym mieścił się plac manewrowy z czterema łukami dla tutejszych nauk jazdy. Pomarańczowa poświata ze starych, przekrzywionych lamp padała na maskę auta. Był już bezpieczny, najgorsze minęło. Powtarzał to w myślach wiele razy, zanim ostatecznie wszedł do klatki bloku. Na parterze standardowo cuchnęło moczem i alkoholem. Domofon szwankował, a miejscowe lumpy miały swoje sposoby na przedostanie się do środka.
Kiedy stanął przed drzwiami mieszkania, pierwszy raz, odkąd wyjechał z parkingu stacji, uśmiechnął się. A potem przeciągle ziewnął.
– To ten, na pewno! – powiedziała jeszcze raz kobieta.
Gospodarz nie wyglądał na przekonanego. Oboje zasiedli w dużej kuchni przy stole. Grzegorz swoim zwyczajem zapalił papierosa i zaczął gapić się przez okno.
– Jakiś lump. Pewnie mu w robocie nie idzie i pije na boku.
– Przecież powiedziałeś mu…
– Bo nic nie wyczułem, ale i tak mu nie ufam.
– Grzesiek, słuchaj, o niego właśnie chodzi Hance.
Mężczyzna spojrzał na żonę podejrzliwym wzrokiem. Najlepsze lata miała za sobą, ale nadal coś do niej czuł, mimo że tak jak teraz, zdecydowanie zbyt często bywała irytująca jak komary latem nad stawem.
– A to ona ci się z takich rzeczy zwierza?
– Wygadała się przez telefon. Była trochę wystraszona. Ona udaje taką kwokę nieustraszoną, ale tak naprawdę to się chyba boi.
– A jak ta sytuacja ma się do Hanki? Pewnie był trzeźwy, ale odkąd zginął Wiesiek, to wszędzie szukam zapachu wódy.
– Nie wiem sama, ale zadzwonię do niej rano. Niech wie.
Mężczyzna wypuścił z ust kłąb dymu i ciężko westchnął.
– Uważaj na nią, nie podoba mi się.
– A ja ci się podobam?
– Idź spać lepiej.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania