Poprzednie częściInne kolory życia - część I

Inne kolory życia - część XXVI

23 września, 2011, Felicjan Czerwiński, Szyja i Dekiel

Kiedy wracał do klasy, naszła go jedna, dziwna z punktu widzenia sytuacji, w jakiej się znajdował, myśl. Czy ktoś w przeciągu ostatnich miesięcy, a może lat, zwrócił się do niego pełnym imieniem? Felicjan, długie i niezbyt na czasie. Nie zastanawiał się nigdy szczególnie czy lubi to imię. Ot, po prostu je miał, dostał na chrzcie. Prowodyrem przeforsowania akurat tego był ojciec. Jego wuj miał na imię Felicjan, był zasłużonym żołnierzem AK. Staruszek ubóstwiał tę postać, na każdej rodzinnej imprezie temat wuja Felka wracał jak bumerang. Przypieczętowaniem szacunku do niego było nadanie takiego samego imienia synowi. I tak też Edward Czerwiński uczynił. Wbrew protestom matki i sporej części familii z dalszych stron. Bogumiła optowała za Pawłem lub Karolem.

– Dzięki temu pamięć o wujku nigdy nie zgaśnie. Przynajmniej póki będziesz o to dbał. Może namówisz swego syna, aby dał twemu wnukowi takie imię – powiedział któregoś razu ojciec, nieco podchmielony.

W szkole był Felkiem albo Czerwińskim. Nauczyciele mieli stary zwyczaj używania samych nazwisk, szczególnie chłopców. Wuefiści to inna para kaloszy, wyższy poziom. Profesor Dziubal nadawał od nazwisk każdemu uczniowi przezwisko. Skubany pamiętał je przez cały okres nauki. Szły plotki, że miał specjalny notes, prowadzony odkąd zaczął uczyć w ogólniaku. Podobno zapisał z dwa tysiące stron.

Felek był Czerepem, jakimś cudem było to jedno z mniej kontrowersyjnych przezwisk. Dziubal miał już sprawy z rodzicami o obrazę ich dzieci, ale zawsze spadał na cztery łapy, bo znał się na rzeczy i dobrze szkolił chłopców na zawody w lekkiej atletyce.

Zatrzymał się na holu. Po lewej miał ciąg ławek stojących pod rzędem przestronnych, dobrze doświetlających wnętrze okien. Zasada była taka, że nie warto siadać na parapety. Były to płyty z lastryko, a okna nie należały do szczelnych. Chłód potrafił nieźle przetrzepać korzonki. Felek pamiętał, że w gimnazjum było podobnie. Widać większość szkół publicznych cierpi na podobne mankamenty, jakby remontowały i budowały je te same ekipy.

Kiedy wszedł do klasy, nauczycielka obrzuciła go gniewnym spojrzeniem.

– Szanowny Felicjan Czerwiński raczył wrócić – powiedziała z odrazą.

Felek uśmiechnął się pod nosem. A jednak, pomyślał.

Damian wyglądał na zdziwionego.

– Co ty tam robiłeś? Wyglądasz na zbyt zadowolonego.

– Srałem.

– Nie zgrywaj się. Jędza już zrobiła o tobie wykład. Odmieniła twoje nazwisko przez wszystkie przypadki.

– Pierdole ją i jej wykłady.

Damian wybałuszył oczy jeszcze mocniej. Nie powiedział już nic i do końca lekcji siedzieli obaj cicho.

Na przerwie Felek gdzieś zniknął. Damian stał niedaleko klasy, oparty o ścianę pomalowaną do połowy farbą olejną koloru taniego turkusu. Nawet nie zauważył kiedy ten baran się rozpłynął w powietrzu. Kolejne godziny mijały i było coraz bliżej do oczywistego finału. Znali się z Felkiem od małolata. Dorastali razem, czasami sprzeczali się i rozchodzili w znajomości na kilka miechów. Ale nie dłużej. Teraz Damian czuł, że powinien odejść. Zostawić to, nie mieszać się. Ta myśl go przerażała. Byli przyjaciółmi, a on miał wątpliwości. Czuł wściekłość. Wystarczyłby mocniejszy bodziec, aby rzucił się na Felka i rozkwasił mu nos. Należałoby mu się. Lepsza przyszłość. Starcze pierdolenie. Pochodzili z zadupia i nikt nic na to nie poradzi. Damian liczył, że zda znośnie maturę i dostanie się na jakieś studia. A potem posada biurowa w korpo albo fotel urzędasa w jakimś powiatowym mieście. Liczył się z przeprowadzką, tak czy siak. Rodzice nie byli krezusami, ale mieli już plan. Jakoś się ułoży, powtarzali. Tymczasem Felek postanowił utrzeć nosa losu i wybrać drogę na skróty. Szybki pieniądz, szybka kariera, a potem spokój do końca życia.

Dzwonek na lekcję rozbrzmiał w całym ogólniaku. Felek zjawił się chwilę potem. Wyszedł zza winkla korytarza. Wyglądał na opanowanego, kontrolującego sytuację. Spojrzał na Damiana i uśmiechnął się lekko.

– Chodź – powiedział. Jego głos brzmiał jak nigdy przez ostatnie dni… normalnie.

Szyja i Dekiel przemierzali ulice Morowa, paląc ruskie pety i śmiejąc się rubasznie. Radio grało na cały regulator. Kiedy samochód przejeżdżał obok grupy ludzi, wzrok wszystkich kierował się ze złością w stronę czarnego sedana. Starsi klęli pod nosami.

– Psiarnie wezwą – zaśmiał się Szyja.

– Nie kracz, nie kracz. Chuj wie, co tym staruchom do łbów dojdzie.

– Długo jeszcze będziemy się kręcić po mieście?

Dekiel spojrzał na zegarek. Potrzebował chwili, aby upewnić się co do położenia wskazówek.

– Noo… jeszcze.

– A konkretniej?

– Co konkretniej? Nie da się.

Szyja westchnął ciężko.

– Godzina, dwie?

– Koło dwóch.

Skręcili w boczną uliczkę prowadzącą na nieczynny plac zaplecza PKS Morowo, który od lat stał pusty i zarastał krzakami. Brama była w połowie otwarta. W oddali widać było dwa budynki pomazane graffiti. Stara baza odbioru. Psiarskie spaliły ją trzy lata temu. Od tamtej pory nikt nie ryzykował.

– Idziemy? – zapytał Dekiel.

– Nie, lepiej nie kręcić się po placu. Pewnie jest monitoring.

– Nogi mi w dupę włażą.

– Mi też. Majster siuda nami jak jakimś drugorzędnym zapleczem. Pierdolone niańki z nas zrobił.

– Spoko, mamy ugadane przecież, że gówniarz zjebie sprawę.

Szyja spojrzał w tylne lusterko.

– To był radiowóz? – zapytał.

Dekiel spojrzał na niego zdziwiony.

– Co ty, psy?

– Nie wiem, może. Kręcą się i pilnują swego.

– Nie wiem jak ty, ale ja wolę, żeby mi jednak te giry w dupę wlazły.

Szyja nie mógł nie przyznać mniej rozgarniętemu koledze racji.

Odpalił auto i powoli wycofał. Pojechali w stronę ogólniaka. Niedaleko znajdował się spory park, wzdłuż którego ciągnął się bezpłatny parking. Zaparkował sedana.

– Dzwoń do niego. Niech wychodzi wcześniej. Powiedz, że info od Majstra.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania