Między rytmem a ciszą - Ucieczka - Sophia (26)

Sophia

 

Słońce dopiero wschodziło, a powoli nagrzewające się powietrze zapowiadało przyjemny, ciepły dzień. Przez wąską szczelinę rolet wpadało gęste, snopowe światło, w którym wirowały drobiny kurzu.

Kiedy otworzyłam oczy, Tiago nie było na kanapie. Zamiast tego z dołu, z sali tanecznej, dobiegały przytłumione głosy i stłumiony bas. Dzisiejszy dzień już się zaczął.

Wstałam, czując lekkie zakwasy w łydkach, jako pamiątkę po wczorajszym maratonie tańca. Na drugim końcu mojej kanapy czekał już przygotowany zestaw: bluza z kapturem i dużą kieszenią i logiem szkoły z przodu, szerokie spodnie dresowe z grubym ściągaczem i para mocno sznurowanych, trampek. Obok leżała mała, gumowa frotka do włosów i butelka wody. Tego akurat nie kojarzyłam. Tiago musiał mi to przynieść, kiedy spałam.

W łazience przemyłam twarz chłodną wodą. Spojrzałam w lustro. Zniknęła z niego dziewczyna z Miami w eleganckich ubraniach. Miałam podkrążone oczy, ale wzrok był ostry, skupiony. Spięłam włosy w ścisły, niski koki, żeby żaden jasny kosmyk nie wymknął się spod materiału.

Nagle drzwi od mieszkania uchyliły się i do środka wszedł Tiago. W ręku trzymał dwie papierowe torby, z których pachniało świeżym pieczywem i mocną kawą. Miał na sobie ten sam dresowy zestaw, który czekał na mnie, a na głowę naciągniętą czarną czapkę z daszkiem. Styl tancerza. Styl kogoś, kto za kilka godzin wyjdzie na środek ulicy i przejmie na siebie całą uwagę tłumu.

Przejrzał mnie wzrokiem od stóp do głowy. Odstawił torbę i stając przodem do mnie, z wielkim uśmiechem zatańczył kilka ostatnich kroków układu. Od razu podchwyciłam pomysł i zatańczyłam razem z nim. Dopiero po ostatniej sekwencji, uświadomiłam sobie, że wcale nie skupiałam się na krokach. To po prostu samo ze mnie wypłynęło. I chyba właśnie o to chodziło. Uśmiechnęłam się od ucha do ucha.

Tiago podszedł bliżej i pstryknął mnie w nos.

– Oi, gringa. – Szczerzył się jak głupi, ale w jego spojrzeniu dostrzegłam dumę.

– Oi, Tiago. – Również dałam mu pstryczka w nos.

Usiadłam przy stole, a Tiago podał mi słodką bułkę z serem i kubek gęstej, gorącej kawy.

– Jedz – powiedział krótko. – Ty, energia.

– Sklep? Byłeś w sklepie?

– Não. Camila – wyjaśnił.

Jedliśmy w milczeniu. Ale tym razem to było skupienie dwóch osób przed starciem. Każdy łyk kawy, każdy kęs byłki traktowaliśmy jak ładowanie baterii przed maratonem. On analizował w pamięci kroki swojej ekipy, ja powtarzałam w głowie układ odległości: od środka placu, pięćdziesiąt metrów za jego plecami, szybki skręt w prawo w wąską uliczkę, auto Mateo zaparkowane za drugim budynkiem.

O dziesiątej w sali pojawili się wszyscy członkowie jego ekipy. Kilkanaście osób, ubranych w strój konkursowy, rozgrzewało się pod nami.

Sama też musiał się przebrać. Zniknęłam w sypialni. Na kanapie zostawiłam złożone w równą kostkę spodenki i koszulkę. Włożyłam dresowy zestaw, a chustkę zacisnęłam mocno w garści. Na razie nie była mi potrzebna. Gdy wyszłam z pokoju, byłam już sama. Zbiegłam po schodach. Ostrożnie zajrzałam na salę.

Tiago stał pośrodku pokoju. Rozdał wszystkim numerki startowe, czyli gęsto drukowane płachty materiału, które przypinało się agrafkami na plecy. Zauważył mnie i skinął ręką, żebym podeszła. Odwróciłam się. Sam przypiął mi numer „14” na tył bluzy.

– Piękna – powiedział Tiago, stając przede mną, kiedy reszta ekipy zbierała głośniki na klatce schodowej.

Zaległa ostatnia sekunda ciszy. Za oknami prażyło południowe słońce, a z oddali dobiegał już przytłumiony hałas z ulicy. Gdzieś w tle słyszałam muzykę z potężnego nagłośnienia, wiwaty tłumu i ryk syren.

Tiago ujął moją twarz w dłonie, patrząc mi prosto w oczy spod daszka swojej czapki. Jako jedyny miał czapkę, a ta dodawała mu pazura.

– Nie szukaj Mateo podczas tańca. Nie szukaj samochodu. Tylko moich pleców – powiedział powoli, twardym, tnącym powietrze tonem, jakby bardzo się starał nie pomylić wykutych w pamięci angielskich słów. – Kiedy muzyka się skończy, biegnij. Szybko. Mateo czeka.

– Wiem – szepnęłam, kładąc dłoń na jego przedramieniu.

Zostaliśmy sami, a to oznaczało, że najwyższa pora ruszać. Mój czas był policzony. Zbliżał się koniec. Pytanie tylko, czy to miał być koniec życia w Brazylii, czy życia samego w sobie. Tiago położył dłoń na moich lędźwiach, popychając lekko w stronę drzwi. To nasze ostatnie chwile. Nie mogłam… Nie chciałam…

Zatrzymałam się, łapiąc Tiago za rękę.

– Tiago… Ja… Obrigado, Tiago – powiedziałam przez zaciśnięte gardło, patrząc mu prosto w oczy. – Za wszystko.

Tiago pokręcił lekko głową, jakby nie chciał przyjmować podziękowań.

Przełknął ślinę, a jego spojrzenie na ułamek sekundy zjechało na moje drżące usta, by zaraz wrócić do moich oczu z siłą, która niemal odebrała mi oddech.

– Não... – szepnął. Głos mu się załamał.

Nie potrafił mi niczego więcej wytłumaczyć. Baza słów w jego głowie się skończyła, translator w telefonie był bezużyteczny, a czas bezlitośnie odliczał ostatnie sekundy. Zamiast szukać fraz w obcym języku, Tiago zrobił ten jeden krok, który kasował cały dystans.

Złapał moją twarz w obie dłonie. Jego palce wbiły się w materiał kaptura i miękko przesunęły na moje kości policzkowe. Był rozgrzany, pachniał kawą, cukrem i czystym strachem o to, co za chwilę ze mną będzie.

Przesunął czoło na moje czoło. Poczułam gwałtowny, rwący się oddech na swoich ustach.

– Nikt cię nie zauważy – szepnął łamanym angielskim, jakby recytował tłumaczenie z aplikacji. – Ukryję cię za cenę mojego życia.

A potem po prostu zatarł tę dzielącą nas granicę.

Pocałował mnie. Bez ostrożności, bez skrępowania, z nagłą, rozpaczliwą intensywnością kogoś, kto wie, że za chwilę oddaje część swojego świata na pożarcie. To nie był słodki, delikatny pocałunek. Był w nim cały ciężar ostatnich trzech dni, chłód paneli na piętrze, kurz w powietrzu, cichy bas dudniący pod podłogą, strach przed ludźmi na ulicy i ta powolna, cicha miłość, która wyrosła między nami z czystego przetrwania.

Jego usta były gorące, miękkie i zdeterminowane, przyciągał mnie do siebie tak mocno, jakby próbował wcisnąć mnie pod swoją skórę, ukryć przed całym São Paulo, przed samolotami do Miami, przed ludźmi, którzy chcieli mojej śmierci.

Oplotłam dłonie wokół jego szyi, zaciskając palce na grubej bawełnie jego bluzy, tak silnie, aż pobielały mi kostki. Wpiłam się w niego całym ciałem, odpychając od siebie myśli o jutrze, o scenie, o Mateo czekającym w aucie u wylotu uliczki. Jeśli miałam za chwilę stracić wszystko, chciałam pamiętać właśnie to: smak jego skóry, ciężar jego klatki piersiowej walącej o moje żebra i ten pierwotny, absolutny poziom bezpieczeństwa, jaki dawały mi jego ramiona.

Tiago wydał z siebie cichy, głęboki dźwięk, coś pomiędzy pęknięciem w piersi a przekleństwem. Przesunął dłoń z mojej twarzy na kark, ściągając mi kaptur i wgryzając się w ten pocałunek jeszcze głębiej, jakby chciał zatrzymać czas, jakby swoją siłą mógł sparaliżować cały świat na zewnątrz.

Kiedy w końcu powoli wycofał usta, nie wypuścił mnie z uścisku. Nasze oddechy mieszały się w gęstym obłoku. Miał przymknięte oczy, a jego rzęsy lekko drżały. Oparł nos o mój policzek, chwytając powietrze łapczywie, jak ktoś, kto właśnie wypłynął z głębin na powierzchnię.

– Sophia... Gringa… – mruknął w moją skórę. – Miłość... Não... minha vida53.

Nie puszczał mojej twarzy. Jego kciuk gładził mój policzek, ścierając łzę, o której nawet nie wiedziałam, że spłynęła.

Słyszałam, jak w korytarzu ktoś otworzył drzwi na ulicę. Do klatki schodowej wpadł jazgot głośników, warkot skuterów i stłumiony ryk tłumu. Świat po nas przyszedł.

Tiago otworzył oczy. Zniknęła z nich miękkość. Została tylko czysta, twarda jak stal determinacja. Wyciągnął mi z dłoni chustkę, zawiązał ją, zasłaniając moje usta i nos. Zarzucił kaptur, naciągając na twarz. Pociągnął mocno za sznurki, zasłaniając mokre od łez oczy i profil twarzy.

– Agora – szepnął, dając mi ostatni, krótki pocałunek w czoła przez materiał bluzy. – Teraz.

Przez ułamek sekundy zaciął usta, jakby chciał coś dodać, ale tylko mocno ucisnął moje ramiona, dając mi sygnał. Złapał mnie za rękę i ruszyliśmy w stronę drzwi. Wsunęłam dłoń w kieszeń spodni, idąc krok w krok za nim, wprost w pełne słońce São Paulo.

 

53 Minha vida (z portugalskiego) – Moje życie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania