Między rytmem a ciszą - Ucieczka - Tiago (27)

Tiago

 

Gdy wypchnąłem ciężkie drzwi na zewnątrz, uderzyła w nas fala wilgotnego, południowego gorąca i ryk São Paulo. Ulica tętniła życiem, ale to nie był zwykły dzień. Na placu, kilkadziesiąt metrów od nas, dudnił bas, a tłum na ulicy gęstniał z każdą minutą. W chłodnym cieniu drzewa czekała już reszta mojej ekipy. Kilkanaście osób w luźnych dresach, chustkach i z wyćwiczonym, spiętym skupieniem na twarzach.

Sophia szła krok w krok za mną. Zaciągnięty głęboko kaptur rzucał cień na całą górną część jej twarzy, a za duża bluza całkowicie ukrywała jej drobną sylwetkę. Z zewnątrz wyglądała po prostu jak kolejna osoba z mojej szkoły tańca. Nikt nie miał prawa się domyślić. Nikt.

Gdy tylko wyszliśmy na chodnik, bez słowa wszedłem w swoją rolę.

Musi być dystans. Żadnych czułych spojrzeń, żadnego sprawdzania, czy idzie tuż obok, żadnego dotykania jej ramienia. Dla każdego obserwatora z zewnątrz miałem być pewnym siebie liderem ekipy z faweli, a ona jedynie mało znaczącym tłem z ostatniego rzędu.

– No to jesteśmy wszyscy! – rzuciłem głośno do całej grupy, wskazując głową kierunek placu. – Skupienie! Nie rozproszcie się w tłumie!

Lucas i Bruno, weszli miękko między mnie a Sophię, naturalnie odgradzając nas swoimi szerokimi plecami. Sophia zrozumiała układ bezbłędnie, zwolniła krok, wsunęła dłonie głęboko w kieszenie spodni i opuściła głowę, idealnie wtapiając się w środek naszej idącej grupy.

Przejście tych metrów na plac trwało wieczność. Mój wzrok przecinał tłum jak ostrze. Skanowałem każdy róg ulicy, każdy samochód z przyciemnianymi szybami, każdą grupę kolesi stojących pod markizami sklepów. Ludzie gangu tu byli. Wiedziałem o tym. Przeczesywali dzielnicę od trzech dni. Jeśli zauważą cokolwiek podejrzanego, jeden fałszywy gest, jedno zawahanie, oboje nie dożyjemy wieczoru.

Wyprostowałem się, czując wbijający mi się w lędźwie gnat pistoletu. Nie chciałem strzelać. Przysięgam, że nie miałem takiego zamiaru, ale jeśli coś poszłoby nie tak, jeśli coś groziłoby Sophii… Kto wie?

Dotarliśmy pod podwyższenie, gdzie zmontowano prowizoryczną scenę. Wokół panował dziki, wibrujący chaos. Inne ekipy rozgrzewały się w cieniu budynków: robili szybkie skoki, wymieniając głośne uwagi, gwiżdżąc i prowokując się wzrokiem. Powietrze pachniało spalinami, tanimi papierosami, spoconym materiałem dresów i ulicznym jedzeniem.

Stanęliśmy w wyznaczonym strefie dla uczestników, tuż obok barierek.

Nie odwróciłem się do niej. Ani razu. Trzymałem dłonie splecione na karku, udając, że rozciągam mięśnie i obserwuję grupę tańczącą właśnie na podeście. Ekipa z osiedla kilka przecznic dalej kręciła agresywny, szybki breakdance. Tłum wokół ryczał przy każdym mocnym uderzeniu basu.

Ściskało mi żołądek. Kątem oka, przez tłum ciał moich tancerzy, widziałem jej sylwetkę. Sophia stała oparta o metalową barierkę, dwa metry ode mnie, ze spuszczonym wzrokiem. Trzymała się prosto, ale widziałem, jak drobno drżą jej palce wciśnięte w rękawy.

Cały czas czułem smak jej słodkich, miękkich ust. Smakowała jak niebo, które za chwilę miało mi uciec sprzed nosa. Tak dobrze i tak niedostępnie. Jej ciało tak chętnie lgnęło do mojego. Sama oddała pocałunek z pełnym zaangażowaniem, jakby to miała być jej ostatni dobra chwila w życiu. Ból na myśl, że zaraz ją stracę bolał bardziej niż obite żebra.

Zacisnąłem zęby. Chciałem do niej podejść. Chciałem stanąć przed nią, zasłonić ją swoimi plecami i powiedzieć, że zostało tylko parę minut. Parę minut i będzie wolna. Nie będzie musiała się już bać. Jeszcze chwila, gringa.

Ale nie mogłem tego zrobić. Drań w czarnej koszulce i z tatuażem na szyi, jeden z ludzi gangu, stał ledwo dziesięć metrów od nas, oparty o słup oświetleniowy z papierosem w zębach i taksował wzrokiem tłum.

Przełknąłem ślinę i splunąłem na podłożony asfalt, grając wyluzowanego tancerza.

Głos komentatora buchnął w głośnikach, przerywając muzykę i wywołując falę krzyków:

– Następni: Szkoła tańca TiagoClub!

Mój czas się skończył, a mój układ zaczynał się teraz.

Krótko klasnąłem w dłonie, skupiając wzrok całej grupy na sobie.

– Na pozycje – rzuciłem twardym, tnącym tonem, nie patrząc w konkretnym kierunku. – Robimy swoje. Bez błędów.

Gdy ruszyłem w stronę schodków prowadzących na scenę, poczułem na plecach obecność całej mojej galery. A na samym końcu, cicha i nieuchwytna jak cień, szła Sophia.

Wskoczyliśmy na podest. Deski lekko uginały się pod naszymi stopami.

Wokół sceny kipiał ludzki ocean. Setki twarzy, podniesione telefony, uniesione w górę dłonie i falujący tłum, który ryczał w oczekiwaniu na uderzenie basu. Światło południowego słońca odbijało się od asfaltu, tworząc gorącą, duszną mgłę. Kątem oka dostrzegłem tego typa z tatuażem na szyi. Przepychał się powoli bliżej barierek, mrużąc oczy i skanując każdy nasz ruch.

Nie było miejsca na wahanie.

Podniosłem obie ręce wysoko do góry. To był sygnał.

Cała kilkunastoosobowa grupa natychmiast zamarła w wyuczonym szyku. Uśmiechy zniknęły z twarzy moich ludzi, zastąpione przez kamienne skupienie. Z przodu stałem ja, za mną utworzyła się zwarta, dresowa ściana. Zająłem przestrzeń tak, by swoimi szerokimi plecami zasłonić sam koniec formacji. Wiedziałem, że ona tam jest. Bose stopy zamieniła na trampki, jasne włosy schowała pod kapturem, ale czułem jej obecność tak wyraźnie, jakbym trzymał dłoń na moim sercu.

Początkowe uderzenie basu rozcięło powietrze jak gilotyna. Wszyscy ruszyliśmy jednocześnie. Pierwsza sekwencja: mocne, zwarte kroki w prawo. Moja ekipa rozłożyła ramiona, tnąc powietrze ostrymi, równoległymi liniami. Zrobiliśmy cztery agresywne kroki w przód, przejmując całą scenę. Tłum odpowiedział potężnym ryknięciem. Z góry wyglądaliśmy pewnie jak jedna, czarna, płynna konstrukcja.

Kątem oka i czystym instynktem kontrolowałem tył. Sophia robiła dokładnie to, co wyćwiczyliśmy. Zamiast naszych szerokich, tnących zamachów, jej ręce zginały się ciasno przy pasie. Zamiast dwóch metrów dynamicznego susa w bok, robiła mikro-krok o kilkanaście centymetrów. Płynęła w naszym cieniu. Dla kogoś z dole, z poziomu barierek, była po prostu zamazanym punktem na szarym końcu, gubiącym się w ustawieniu naszych ciał.

Muzyka przyśpieszyła, weszła w wolny, ale potężny, łamiący kości bit. Formacja płynnie rozwinęła się w szeroki romb. Zrobiłem dwa głębokie skoki w prawo, odsłaniając korytarz powietrza, ale Sophia idealnie wyczuła moment. Zapadła się nisko na nogach, przechodząc dokładnie za lewy bark Bruna. Żadnego spóźnienia. Żadnego nerwowego szarpnięcia. Ruch jak u zawodowca. Reagowała na rytm tak, jakby tańczyła z nami od lat.

Typ spod słupa przesunął się w lewo, próbując przyjrzeć się ostatniemu rzędowi. Poczułem, jak po plecach spływa mi zimny pot.

Nie dzisiaj, skurwysynu.

Wykonałem przesadzony, głęboki zamach ramionami, skupiając wzrok głośników i całego pierwszego rzędu widowni bezpośrednio na sobie. Zrobiłem szybki, widowiskowy zwrot na pięcie, a cała ekipa złożyła się za mną w ciasny okrąg. Zmniejszyliśmy dystans do zera. Wszyscy tancerze zbijali się w gęstą masę ciał, a Sophia wbiła się posłusznie w sam środek tego chaosu, wciskając plecy pod osłonę moich łopatek.

Czułem ciepło bijące od jej bluzy. Czułem jej przyspieszony, równy oddech na moich plecach.

Przeżyjesz, pomyślałem z wściekłą determinacją, wbijając buty w deski sceny.

Nadszedł czas na finał.

Ostatnie, potężne uderzenie basu zwiastowało koniec utworu. Rytm eksplodował po raz ostatni.

Cały nasz chaos w ułamku sekundy zbiegł się w jeden punkt na środku podestu. Zszedłem nisko na ugiętych nogach, wyrzucając ramiona w szeroki, geometryczny wachlarz, przejmując całe światło i całą uwagę widowni. Moja ekipa wylądowała wokół mnie, tworząc gęstą rzeźbę z rąk i nóg.

A na samym końcu, przy samym skraju sceny, tuż przy lewym zejściu, Sophia zapadła się do przysiadu. Głowę skłoniona nisko miedzy kolana, dłonie schowane pod materiałem bluzy. Numer „14” na plecach był czytelny dla sędziów, ale twarz całkowicie ukryta w ciemnym cieniu kaptura nie pozawalała na konkretną identyfikację.

Stała się najniższym, absolutnie niewidocznym punktem na finale.

Głośniki ucichły. Tłum eksplodował krzykami, brawami i gwizdami. To był nasz moment. A raczej, to był jej moment.

Moi tancerze padli na deski, udając wyczerpanie, głośno śmiejąc się, bijąc brawo i zbijając piątki, dokładnie tak, jak robili to zawsze po udanym pokazie. Zrobił się ogromny, kontrolowany bałagan. Tłum zaczął napierać na barierki, machać dłońmi w naszą stronę. Ludzie z gangu na sekundę stracili ostrość widzenia, przysłonięci przez wrzeszczących widzów.

Nie odwróciłem się. Leżąc na jednym łokciu na deskach, patrzyłem tylko przed siebie, w gęsty tłum. Ale kątem oka widziałem wszystko.

Sophia nie czekała, aż wstaniemy. Wykorzystała ten ułamek sekundy zamieszania, gdy uwaga wszystkich skupiona była na mnie i skaczących tancerzach. Płynnie, jak cień, zsunęła się z niskiego podestu w lewo, prosto w szczelinę między głośnikiem a barierkami.

Wypuściłem powietrze z płuc. Uciekła. Udawało się. A ja w tym ułamku sekundy zdałem sobie sprawę, że część mnie zniknęła razem z nią.

I wtedy całą kontrolę szlag trafił.

– Z drogi, skurwysyny! – zaryczał wściekły głos z boku.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania