Sklep rzeczy utraconych - rozdział 15c/c
Przy głównym stole księżniczka podniosła kielich. Rozmowy ucichły szybciej niż poprzednio.
— Jest jeszcze jedna rzecz — powiedziała.
Hessel gwałtownie odwrócił się do niej. Młody książę Vermaaru, siedzący po jej prawej stronie, uniósł głowę. Księżniczka odstawiła kielich.
— Przez ostatnie miesiące rada prowadziła rozmowy dotyczące małżeństwa między następcami Kadenu i Vermaaru.
Nikt się nie odezwał. Eveline zerknęła na Vaelena. On również słuchał księżniczki.
— Rozmowy te prowadzono w przekonaniu, że Kaden nie ma innego wyboru — ciągnęła. — Że ceną za bezpieczeństwo musi być zależność od Vermaaru.
Hessel poderwał się z miejsca.
— Wasza Wysokość...
Księżniczka uniosła dłoń.
— Proszę mi pozwolić skończyć.
Hessel zamilkł. Księżniczka zwróciła się do księcia Vermaaru.
— Wasza Wysokość nie ponosi odpowiedzialności za decyzje naszej rady ani za sytuację, w której znalazł się Kaden. Dlatego mówię to Waszej Wysokości tutaj i osobiście. Nie przyjmę propozycji małżeństwa.
Palce księżniczki zostały na nóżce kielicha.
— Nie zgodziłam się na ogłoszenie zaręczyn. Proszę wszystkich obecnych, żeby o tym pamiętali. Jestem gotowa rozmawiać o dostawach i wspólnej ochronie szlaków, z osobnym dowództwem po obu stronach granicy.
Zapadła cisza. Ktoś przy bocznym stole odstawił kielich zbyt głośno. Zaraz potem rozległy się pierwsze szepty.
— Wozy z zachodu jeszcze nie ruszyły — powiedział Hessel. Mówił na tyle głośno, że usłyszano go przy bocznych stołach. — Nikt nie zagwarantował nam ani jednego worka. Czym zastąpimy dostawy, jeśli Vermaar je wycofa?
— Nie mam jeszcze takiej gwarancji — odpowiedziała księżniczka. — Jutro rada zdecyduje o zabezpieczeniu zakupu. Jeśli kupcy odmówią, będziemy musieli ograniczyć racje. Wiem, o co proszę. Ale nie zgodziłam się zapłacić za dostawy przekazaniem naszych bram.
Jeden z członków delegacji Vermaaru gwałtownie odsunął krzesło. Przy podwyższeniu nikt nie poparł księżniczki. Dwaj radni, których Eveline widziała wcześniej w jej otoczeniu, patrzyli w stoły.
Książę przez kilka sekund siedział wyprostowany, wpatrzony w księżniczkę. Wreszcie wstał. Jeśli publiczne odrzucenie go dotknęło, nie dał tego po sobie poznać.
Księżniczka skłoniła lekko głowę.
— Przykro mi, że Wasza Wysokość dowiaduje się o tym w takich okolicznościach.
— Mnie również, Wasza Wysokość.
Książę położył serwetę obok talerza.
— Warunki pomocy ustalano razem z warunkami małżeństwa. Nie mam zgody na zawarcie innej umowy. Przekażę pani propozycję, ale niczego nie mogę obiecać.
— Sądzę, że dalsza obecność naszej delegacji przy tym stole nie przysłuży się nikomu — dodał książę.
Księżniczka zrobiła krok w jego stronę.
— Wasza Wysokość...
— Nie dzisiaj.
Powiedział to bez gniewu, lecz ton nie pozostawiał miejsca na dalszą rozmowę.
Członkowie delegacji Vermaaru zaczęli wstawać. Odkładali kielichy, odsuwali krzesła i zbierali się przy księciu. Hessel sprawiał wrażenie, jakby chciał zaprotestować, ale milczał.
Eveline poszukała Stratega.
Nadal stał między filarami. Nie podszedł do księcia ani nie próbował interweniować. Dopiero gdy książę ruszył ku wyjściu, Strateg opuścił swoje miejsce.
Przeszedł przez salę, nie poświęcając księżniczce ani jednego spojrzenia. Przy ich stole odwrócił głowę ku Vaelenowi.
Dłoń Vaelena znieruchomiała na krawędzi stołu.
Strateg ruszył za księciem.
Drzwi zamknęły się za delegacją Vermaaru.
Rozmowy powracały stopniowo. Najpierw odezwało się kilka osób przy dalszych stołach, potem gwar objął całą salę. Vaelen wciąż siedział nieruchomo, patrząc na drzwi.
— Co? — zapytała cicho Eveline.
Nie odpowiedział.
Ludzie Vermaaru opuścili salę. Lucien de Rhen został.
— Lordzie Arsel.
Lucien stał kilka kroków od ich stołu, z kielichem w dłoni. Uśmiechnął się uprzejmie do Vaelena, a potem zwrócił się do Eveline.
— Panno Vale.
Kilka osób siedzących najbliżej odwróciło głowy. Eveline poczuła, jak napinają jej się ramiona. Vaelen odsunął kielich.
— Lucien.
— Vaelen.
Nie powiedział „Arsel”. Rozmowy przy sąsiednich stołach ucichły. Hessel zainteresował się zamieszaniem, a księżniczka obserwowała ich z podwyższenia.
— Obawiam się, że trafiam na niezręczny moment — powiedział Lucien.
Nie wyglądał jednak na szczególnie zakłopotanego. Sięgnął pod kaftan i wyjął złożony dokument. Papier był gruby, a na dole widniała ciemna pieczęć. Eveline od razu ją rozpoznała.
Wydział Dochodzeń Miejskich.
— Wasza Wysokość — odezwał się Lucien, zwracając się ku podwyższeniu. — Słyszałem, że dziś rano rada wysłuchała lorda Arsela w sprawie Archen. Sądzę, że powinna wiedzieć, kogo właściwie wysłuchała.
Przy słowie „Archen” jego głos zmienił się ledwie zauważalnie. Eveline znała ten ton. Tak mówili klienci, którzy od lat szukali jednego przedmiotu i udawali, że wcale im na nim nie zależy.
Księżniczka pozostała na miejscu. Doorn podszedł do Luciena, odebrał dokument i zaniósł go na podwyższenie.
— Lord Arsel to w rzeczywistości lord Vaelen — powiedział Lucien. — Jego rzekoma siostra jest panną Eveline Vale.
Wśród gości rozległy się szepty. Księżniczka rozłożyła dokument i zaczęła czytać.
— Oboje zostali wezwani do złożenia zeznań w sprawie kradzieży dokumentu z mojego domu — mówił dalej Lucien. — Nie stawili się w urzędzie i opuścili miasto jeszcze tego samego dnia.
Eveline nie próbowała już zgadywać, kto przy sąsiednich stołach słyszy każde słowo. Zastanawiała się, ile Lucien zamierza powiedzieć.
— Kradzieży? — odezwał się Hessel.
— Fragmentu dawnego rejestru transportowego — odpowiedział Lucien. — Należał do mojego ojca.
Księżniczka podniosła wzrok znad dokumentu.
— Czy to prawda?
Vaelen zamierzał odpowiedzieć, ale Eveline go uprzedziła.
— Byłam w jego domu.
— To już ustaliliśmy — powiedział Lucien.
— Byłam również na piętrze.
Vaelen odwrócił się ku niej, lecz Eveline mówiła dalej:
— Skoro pan de Rhen zamierza opowiadać tę historię, powinien wspomnieć, że sam zaproponował mi, żebym tam poszła.
Lucien uniósł brwi.
— Źle się pani czuła.
— Tak pan powiedział.
— Nie powiedziałem pani, żeby wchodziła do mojej biblioteki.
— Nie. Ale bardzo szybko pan wiedział, czego w niej brakuje.
Hessel prychnął.
— Czyli panna Vale przyznaje, że tam była.
— Przyznaję, że nie zamierzam kłamać tylko dlatego, że pan de Rhen przyniósł papier z pieczęcią.
Lucien uśmiechnął się niemal niezauważalnie.
— Nadal brakuje tego fragmentu.
Vaelen oparł przedramię o stół.
— Lucienowi nie chodzi o kradzież — powiedział do księżniczki, po czym zwrócił się do de Rhena. — Gdyby chodziło ci o ten papier, przyszedłbyś po niego sam.
— Próbowałem załatwić to jak człowiek dobrze wychowany.
— Wysłałeś straż.
— Uprzejmość ma granice.
Księżniczka złożyła dokument.
— Dość.
Lucien zamilkł. Vaelen również nie kontynuował.
— Nie będziemy rozstrzygać tej sprawy podczas uczty. Wysłucham obu stron jutro.
Hessel wystąpił naprzód.
— Wasza Wysokość dopuściła do uczty ludzi, którzy ukryli przed radą swoją tożsamość.
— Wiem.
— Są podejrzani o kradzież.
— Słyszałam.
— I Wasza Wysokość zamierza po prostu pozwolić im...
— Lordzie Hessel.
Nie podniosła głosu, ale Hessel urwał.
— Lord Vaelen i panna Vale pozostaną w swoich komnatach do rana. Grijs dopilnuje, żeby stamtąd nie wychodzili.
— Pod strażą człowieka Waszej Wysokości — zauważył Hessel.
— Pod strażą mojego człowieka — odpowiedziała księżniczka.
Grijs odszedł od ściany i stanął kilka kroków za ich stołem.
Eveline nie wiedziała, czy właśnie ich obroniono, czy uwięziono.
Lucien nie odezwał się więcej. Uniósł kielich do ust, jakby osiągnął dokładnie tyle, ile zamierzał.
Goście wracali do rozmów, choć teraz mówili ciszej i nie kryli zainteresowania Eveline i Vaelenem.
Hessel pozostał przy głównym stole i milczał. Co jakiś czas odwracał się ku drzwiom, którymi wyszła delegacja Vermaaru.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania