Pokaż listęUkryj listę

Z rozmaitości Czarownika Farloka: Kto ma na pieńku z Najwyższym Taboretem cz.2

Sen miał czarownik Farlok co najmniej niespokojny. Bynajmniej nie z powodu spętania liną konopną nasączoną odpowiednią klątwą. To było coś zgoła innego, uczucie, jakie nigdy jeszcze teoretykowi wiedzy magicznej nie towarzyszyło. Ni to strach, ni niepokój chorobliwy, ani tym bardziej dyskomfort z powodu zalegającej w przewodach płucnych flegmy. Widział we śnie czarną plamę i ze zgrozą w pewnym momencie uświadomił sobie, iż tym bezkresem mroku był sam on – czarownik Farlok we własnej osobie. Czemu? Tego wytłumaczyć za cholerę najczystszą nie potrafił. Po prostu to czuł. W trzewiach, w umyśle, w stawach kolanowych. Nicość. A gdzie w tym wszystkim pannice jurne, zdatne do chędożenia? Gdzież denary dobrej próby i hulanki nimi opłacone? Och, biednyś, magu, pomyślał w duchu, a potem głos zadziorny, nieprzyjemny wyrwał Farloka z bebechów snu.

– Na sto smętnych ponuraków, niech cię diabli! Nawet we śnie mnie prowokujesz!

Papa Zgred siedział naprzeciwko maga, ocierając zaspane ślepia. Wciąż trwała noc, a w oddali słychać było pojękiwania zwierzyny.

– Czym ci zawiniłem?

– Ozorem niewyparzonym! Farmazony klepiesz we śnie, obrzydliwe fantazje! – Porywacz podrapał się nerwowo po brodzie, jakby chciał w ten sposób uspokoić chuć gniewu drzemiącą w jego prawej dłoni, zdolną do bolesnego i krwawego rozprawienia się z twarzą Farloka.

– Skorom ci takim balastem przeokrutnym, uwolnij zawczasu. Wszelkie niedostatki pójdą ze mną precz.

Na te słowa Papa Zgred wybuchnął gromkim śmiechem.

– Masz ty tupet, magu! Jak wy wszystkie kanalie! Niejeden już z mej ręki słowika w gatkach stracił!

Teoretyk wiedzy magicznej powściągnął zamiary kontry słownej, choć stłamsić się do defensywy totalnej nie zamierzał.

– Łowczy zwykle nie działa z przypadku, czyż bzdurnie plotę?

– Owszem. Da się z tego wyżyć, jeśli masz pewną rękę i renomę. A za Farloka, zabijakę z przypadku i niecnotę na uchodźstwie dadzą mi godną sumę.

Znowuż gdzieś w ciemni leśnej, osnutej mrowiem niepokojów zawył zwierz padlinożerny.

– Czują trupa, magu – szepnął Papa Zgred, nachylając się bez krępacji ku Farlokowi. – Kłap jęzorem dalej, a do brzasku się z nim pożegnasz.

W tejże chwili w umyśle teoretyka wiedzy magicznej nastąpiło olśnienie. Nie było ono duże. Zwiastowało ledwie jedno wspomnienie, jakie z wnętrza pamięci wybyło na powierzchnię, przedzierając się wąskimi przesmykami niezdarności i bałamuctwa.

– Miałem sen – rzekł Farlok tonem głosu jakby wyjętym wprost z gawęd obwoźnych ancymonów. – Jeśli mnie pamięć nie myli, a było to multum lat wstecz, nie ty jeden masz chrapkę na me życie.

Papa Zgred przez moment trwał w bezruchu, w pozie ni to leżącej, ni siedzącej. Twarz umykała od światła nocnej gwiazdy w czerń zadaszenia chałupy.

– Zwodzisz mnie gierkami, magu, jakbym robił w tym handlu od ledwie jednej pełni.

– Wierz, w co chcesz. Mam jednak podstawy sądzić, iż domysły już snujesz, co to oznacza. Ta czerń i pustka…

– Dosyć! – krzyknął porywacz, a potem na moment odwrócił głowę, by nadmiar flegmy zebranej w gardle uwolnić od bytności w nim.

Teoretyk wiedzy magicznej pierwszy raz od dawna uśmiechnął się do siebie. Był co prawda nadal spętany i guzik mógł w tej sytuacji zrobić. Jednakże czuł oprócz smrodu własnego potu i nieświeżej szaty, że los w kolejnym rozdaniu rzuci mu lepsze karty.

– Ruszamy o brzasku. I jeśli ci jęzor miły, Farloku, ululaj go grzecznie do snu.

****

Główny klucznik Jeremiasz siedział na swym stołku leciwym, niewygodnym i chwiejnym, czekając w znużeniu wręcz przybierającym oznaki odpływów sennych, aż obrady Spółdzielni Magii Samopomoc Czarodziejska dobiegną niechybnego wszak końca. Słyszał zza ciężkich, okutych wrót jak magowie przekrzykują się, grzmiąc słowem nierzadko wulgarnym, często kapryśnym, a z rzadka nieprzystającym ich randze. W końcu owe wrota otwarły się. Z komnaty wybył pierwszy Ankietus. Wyglądał na przybitego i niezadowolonego. Reszta gildii nadal przebywała na swych miejscach, tocząc rozmówki niezwiązane z tematem obrad, śmiejąc się do siebie. Zapewne, umyślił w swej niezbyt elokwentnej łepetynie klucznik, przytaczali magowie lubieżne dykteryjki o chędogich kurtyzanach dobrego sortu, jakimi to zwykle raczyli się po każdym ze zgromadzeń tego typu. Ojciec Jeremiasza, czcigodny, zasłużony, lecz ostatecznie przez parszywą skłonność do trunku pokonany, opowiadał swemu synowi, gdy ten był jeszcze ledwie wyrosłym przylepą historie o bankietach pełnych jęków i umizgów. Zaczynały się jak każda popijawa karczemna, a kończyły wynoszeniem przez klucznika i straż wieżową trupów kurtyzan.

Ankietus podszedł do okna wychodzącego na zachód i w stanie melancholii klinicznej począł obserwować świat za cienką szybą stworzoną ręką szklarza z miejscowego zakładu współpracującego z gildią od pięciu pokoleń.

– Odkąd tu przebywasz kluczniku, ile razy otwierałeś te wrota? – zapytał zupełnie nagle, bez zapowiedzi.

Jeremiasz na te słowa przełknął nerwowo ślinę i z trudem zapanował nad zwieraczem. Żaden bowiem dotąd mag słowa ku niemu nie zwrócił.

– Panie, to mój trzeci raz – odparł z trwogą i wpadającą w drgawki lewą nogą.

– Ostatni?

– Któż może to wiedzieć?

– Zapewne mógłbym wedrzeć się do twego umysłu i z rozmysłem oszacować żywotność nici życia.

Ankietus spojrzał na Jeremiasza bezemocjonalnym wzrokiem. Widząc jednak, iż nieborak w stan podwyższonej trwogi wpada, aż mu uszy bledną i nos sinieje, powściągnął naleciałości jakie wyniósł z lat przebywania w towarzystwie Najwyższego Taboretu.

– Wybacz, kluczniku. Z najzwyklejszej rutyny słownej począłem cię obnażać, boś wszak jako ten robal do zgniecenia przeznaczony przy każdym z nas, w owej gildii zasiadających.

Ankietus na powrót skierował wzrok na przestrzeń za oknem. Wyglądał na pełnego wątpliwości.

– Gildia, panie, nigdy nie ma chwil zawahania się. Zawsze podejmuje rozsądne i dobre decyzje. Tak uczył mnie mój ojciec, jak i jego uczył.

– Proste frazesy w twym umyśle, Jeremiaszu, dwunasty z rodu kluczników, każą ci w to wierzyć. Ale tam, za tymi ciężkimi wrotami nic nie przychodzi w słowie prostym. Nic.

– Nie mnie to oceniać. Ja tylko jestem powiernikiem kluczy.

Ankietus westchnął przeciągle.

– Jako robaki pełzające, przeznaczone do zdeptania – rzekł ponurym tonem, po czym odszedł w zamyśleniu.

***

Brzaskiem bezchmurnym Papa Zgred zdzielił pewnym ciosem płaskim lico magowe. Teoretyk wiedzy magicznej, Farlok zerwał się ze snu tym razem nieco spokojniejszego.

– Pobudka, cielesny areszcie wszelkiej plugawości i głupstw niestworzonych! – warknął porywacz.

Wybyli z resztek chałupy na zarośnięty trakt i nim podążali kolejną część poranka. Dotarłszy do rozdroża łowca najemny wylukał w zaroślach naprzeciwko pomiędzy dwiema wąskimi dróżkami znak z drewna sklecony, o podstawie przegniłej i części informacyjnej zmurszałej. Zdołał coś odczytać, nie dając satysfakcji z dowiedzenia się co takiego magowi.

– Na lewo – oznajmił.

– Czyżby? Prawy trakt wydaje się odpowiedniejszy – zaprotestował Farlok.

Papa Zgred silnie zirytowany taką postawą wyjął z pochwy klingę dobrze naostrzoną z rękojeścią grawerowaną i w krwi ofiar moczoną. Zbliżył ostrze ku szyi teoretyka, radując się przy tym i chichocząc.

– Nadal cherlawy i słynący z odwagi – rzekł. – Uwierz, magu, że lewy trakt jest przez nas pożądany.

Teoretyk Farlok skinął lekko głową na znak poddaństwa, co skutkowało rychłym oddaleniem zimnej klingi od szyi maga. Ruszyli więc traktem wybranym przez łowcę najemnego, brodząc w gąszczu niekiedy wysokim do pasa. Trafili do kolejnej opuszczonej w tych stronach wiochy. Podobne walące się chałupy i ledwie zauważalne zarysy placu głównego, na którego środku stały resztki przegniłe szubienicy.

– Rynda-bynda, Farlok niedługo zadynda – podśpiewywał Papa Zgred, kiedy przechodzili obok resztek narzędzia katowskiego. – Już widzę tę ciężką sakwę denaru dobrej próby. Choć sam z dziwoty wyjść nie umiem, iż takie tałatajstwo niestworzone może być tyleż warte.

Mag puścił z trudem mimo uszu uwagi porywacza, choć w części potylicznej formował się już plan, by dziabnąć zębem przedramię oprawcy.

Średnia ocena: 3.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • droga_we_mgle 2 miesiące temu
    Być może Farlok słyszał kiedyś, by nie antagonizować osoby już agresywnej. Słyszał i zapomniał.

    Ale jakim prawem go oceniam? To on uszedł już z dziesiątek takich opresji, a nie ja ¯⁠⁠_⁠(⁠ツ⁠)⁠_⁠/⁠¯
  • Aleks99 2 miesiące temu
    Ma tego farta, że mam jeszcze trochę pomysłów na jakieś opowiadania, crossovery i nieoczywiste wersje typu magister inżynier. Pożyje Farlok, może nie w przesadnym dostatku, ale przynajmniej z wszystkimi kończynami na miejscu :)
  • TseCylia 2 miesiące temu
    Podziwiam poczucie humoru i pomysłowość. Umiesz rozbawić:) Super!
  • Aleks99 2 miesiące temu
    Dzięki wielkie:))

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania