Z rozmaitości czarownika Fabloka - Wielka draka Ustępowiaka

Był wczesny wieczór, kiedy okryty płóciennym płaszczem czarownik Fablok, osłaniając dłonią pomarszczoną twarz, znalazł się przed budynkiem lokalnej gospody „Świńskie Niebo”. W oknie na piętrze widać było dwie baraszkujące z impetem postaci, odgłosy donośnego jęczenia kurtyzany nie zagłuszał nawet rumor wieśniackiej zgrai sączącej mało wytrawne trunki przy barze.

Czarownik stanął w progu, ściągnął z głowy okrycie, odsłaniając siwą, bujną czuprynę, po czym rozejrzał się po gospodzie w poszukiwaniu miejsca, najlepiej w oddali, w kącie. Znalazł takowe bez trudu i od razu przysiadł tam w oczekiwaniu na obsługującą zgłodniałych potężną niewiastę. Miało to babsko łapę nie od parady, aż czarownik w myślach zastanawiał się, czy ma do czynienia z człowiekiem, kiedy do niego podeszła, aby wysłuchać zamówienia.

– No, żwawo, żwawo, ja tu mam tuzin hordy do obrządku – poganiała czarownika.

Fablok swoim zwyczajem nie śpieszył się. Lustrował kartę dań, na końcu wybrał jedynie kufel piwa i jeden szaszłyk na zagryzkę.

Nie długo nacieszył się czarownik samotnością przy stole. Ledwie zdążył z lubością napatrzeć się na wieśniackie porachunki podpitych konusów, a już widział przed sobą zapyziały ryjec jakiegoś tutejszego przydupasa. Usiadło to, mizerne, liche i niemrawe przy stoliku czarownika, jak gdyby nigdy nic.

– Witaj przybyszu z daleka – podjął wieśniak, zaskakująco poprawną dykcją.

– Nie zapraszałem cię do stołu, wieśniaku.

– Wiem, nikt mnie nie zaprasza, sam się wpraszam. Taki już jestem.

Czarownik spojrzał w stronę baru. Miał ochotę robić na łbie tego konusa kufel piwa, który zaraz dostanie.

– Pochodzić z rodziny kazirodczej?

– Ależ nie! Ale mam dla ciebie wiadomość, przybyszu.

– Mówże, a potem gnaj galopem ode mnie. Nie chcę cię więcej tu widzieć.

Wieśniak trochę się wystraszył. Ale kontynuował.

– W okolicy powstaje potężna wizytówka króla i Królestwa Północnego. Za bagnami. Będzie wielkie otwarcie, niebawem. Król wyprawia ucztę dla wszystkich, którzy się zjawią. Nie zabraknie jadła, piwa i jurnych dziewek. Jestem jednym z posłańców. Niosę dobrą nowinę.

Czarownik zbył wieśniaka gestem dłoni. Ten obruszył się, ale nie powiedział już ani słowa. Odszedł urażony, męczyć zad komu innemu.

– Król i jego wizytówki, psia ich mać – syknął Fablok, wciąż czekając na swoje zamówienie.

 

 

Podjadłszy nieco, czarownik jak to miał w zwyczaju zapłacił z góry za nocleg na jedną noc, aby z rana co świt jak zawsze ruszyć w dalszą drogę ku nieznanemu.

Na piętrze panował chwilowy spokój. Kilka nagich kurtyzan siedziało w pokoju socjalnym. Przez uchylone drzwi Fablok ile się dało, lustrował jędrne piersi dziewek, nasmarowane wonnymi olejami, które miały za zadanie ukryć smród niedomytych ciał. Jedna z pań zauważyła ten akt obserwacji i dała wyraz dezaprobaty ku takim praktykom.

– Ejże, siwy pryku! Pragniesz cyca, płaćże za cyca! – zagrzmiała, a reszta jej koleżanek po fachu wtórowała.

Czarownik zmieszał się na te słowa lekko.

– W takim razie zaprasza jedną z was, płacę podwójnie – powiedział, chcąc udobruchać gniewną kurtyzanę.

– Zmykaj, dziadku, na dzisiaj już pełen grafik. Ale żeby mi to ostatni raz było. Cyc kosztuje, jak wszystko.

Fablok zamknął się w pokoju na dwa spusty ze wstydu. Podszedł do okna i przez chwilę zaciągał się wieczornym powietrzem. Zmierzchało, więc sen przyszedł nader szybko.

 

 

Obudził go jakiś niezidentyfikowany harmider na zewnątrz. Przez uchylone okno słychać było wrzaski i dźwięki bójki. Noc powoli odchodziła w niepamięć, ale słońce nadal nie wychyliło się zza horyzontu. Czarownik zszedł na dół. W gospodzie panował półmrok. Ktoś siedział przymulony snem i trunkami przy stoliku. Życie toczyło się na zewnątrz.

Czarownik stanął w drzwiach gospody. Zobaczył tłum wieśniaków z transparentami, na których widniały hasła przeciwko królowi i Trasie Ustępowskiej.

Inni wieśniacy nacierali na grupę z transparentami i tak wywiązywały się kolejne bójki. Ktoś dostał w noc, ktoś stracił oko. Jedna wieśniaczka leżała półżywa na uboczu.

– Czego ta hołota durna oczekuje? – zapytał sam siebie Fablok, ale jednocześnie wypowiedział to pytanie dosyć głośno.

– Żeby król ocalił bagna. Połacie bagniste zostały osuszone i służą za przestrzeń dla nowego wielkiego dzieła Królestwa Północnego – zaczął trajkotać jakiś mieszczuch, kupiec, jak się zaraz potem przedstawił.

– Trasa Ustępowska? – zapytał czarownik.

– Zgadza się, panie. Wielkie dzieło, wielkiego króla. Trakt nowoczesny, szeroki, z wydzielonym miejscem dla powozów, konnicy i piechurów. Będzie prowadzić na kraniec  królestwa, a początek swój bierze przy Pałacu Ustępowskim.

Czarownik prychnął lekko.

– Co cię tak bawi, czarowniku? – Mieszczuch spochmurniał.

– Nazwa tegoż pałacu rzecz jasna. Durna jak nie wiem co.

– Czyżby? Nasz król to świetny zarządcza, mądry władca, dobry socjolog, ale ma swoje fanaberie. Uwielbia pewną zabawę. Specjalnie dla niej organizuje cotygodniowe spędy w Pałacu Ustępowskim.

Czarownik poczuł się zaciekawiony.

– Mówże dalej, mieszczuchu cherlawy.

– Wielu wieśniaków i biednych kupców musi wieczorem stawić się w pałacu. Wtedy król zaczyna zabawę. Chodzi pomiędzy podwładnymi, uderza, kopie, pluje, rozkazuje. A oni muszą mu zawsze ustąpić. Nic nie podlega dyskusji. Kara śmierci, a przed nią tortury niebotyczne dla tego kto się będzie stawiał.

– Myślałem, wręcz przekonany byłem, że nazwa pałacu odnosi się do umiejscowionego w nim kompleksu sraczy luksusowych.

Mieszczuch zaprzeczył z miejsca.

– Ależ skąd!

Tymczasem protestujący zaczęli zyskiwać przewagę. Grupa przeciwna słabła, kolejni wieśniacy wypadali z obiegu, mdleli, uciekali w popłochu. Czarownik zszedł z werandy i udał się na bok, w bezpieczne miejsce do obserwacji. Mógłby pewnie użyć jakiegoś zaklęcia ugodowego, albo chociaż przyzwać smoka dla postrachu. Ale nie chciał psuć sobie dobrego spektaklu. Obok leżała wciąż dogorywająca wieśniaczka. Kobieta spojrzała na czarownika mętnym, chorobliwym wzrokiem.

– Czego mnie lustrujesz, mierna istotko? – zapytał Fablok. – Czyżby szata ma nie była wystarczająco czysta?

Wieśniaczka chciała jeszcze coś rzecz, ale wtedy pętla śmierci zacisnęła się na gardle zbyt mocno. Ostatni oddech był chrapliwy, po nim ciało zastygło w martwocie wiecznej. Czarownik szturchnął trzewikiem w bok kobiety.

– Czas na mnie – rzekł i udał się okrężną drogą przez zarośla w dalszą wędrówkę.

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Bettina 3 tygodnie temu
    Powinienes dawac ten tekst jako wzorcowy dla pedagogów- jak nie rżnąć glupa
  • Bettina 3 tygodnie temu
    Grupa po prostu, ktorej nie cierpie , najbardziej ze wzgledu na pustke w lbach I opisywanie przypadkow osob , z ktorymi sie zetkneli bez pytania. Czy oni chcą?
  • Bettina 3 tygodnie temu
    Do tego psychologia Matoly.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania