Baśń o Dwóch Księżycach (10): 5. Siwy Wilk szczerzy kły cz. 1

5

 

SIWY WILK SZCZERZY KŁY

 

 Szary brzask dnia czerwieniał z wolna. Świeże, słabe jeszcze promienie wschodzącego słońca zaczęły padać na otulone płaszczem plecy Aény i na grzbiet Haara. Cień jego wilczej sylwetki wymalował się na zeschłych trawach stepu i towarzyszył im odtąd w biegu.

 

 Ponaglany naciskiem kolan Aény, Haar przyspieszył jeszcze i pędził dalej jak błyskawica przez połacie gnomich łąk. Gnomia dziewczyna wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Kaptur spadł jej z głowy, włosy zalśniły niczym złoto, a kryształki mrozu na zaróżowionych policzkach błysnęły jak lodowe gwiazdy.

 

 - Szybciej! Szybciej! - szeptała zapamiętale do włochatego ucha wilka.

 

 Wbiegli w końcu w olchowy zagajnik wśród skał, maleńkich, w porównaniu ze szczytami gór, niczym ziarnka piasku pod stopami wielkiego smoka. Haar zwolnił wówczas. Aéna zsiadła ze zwierzęcego grzbietu, ześlizgując się po srebrzystym futrze na oszronioną ziemię, wilk zaś pognał dalej, i jego sylwetka utonęła niebawem za ścianą białoszarych głazów, ginąc z oczu dziewczyny.

 

 Heél leżał na jednym z głazów, z rękami za głową, wplecionymi w gęstwinę ciemnorudych włosów. Dostrzegłszy go z daleka, Aéna przemknęła pomiędzy olchami i wspięła się po skałach. Bez słowa podeszła do skrzata, po czym wtuliła się w jego bok jak w ciepłe łoże z mchu.

 

 Nie otwierając szerzej przymrużonych oczu, Heél uśmiechnął się łagodnie.

 

 - Gdzie byłaś w nocy?

 

 - Haar zabrał mnie wreszcie do watahy - odparła Aéna, a jej szeroki, zwycięski uśmiech zatonął w fałdach opończy skrzaciego chłopaka. - Zaufał mi jak Vélhowi.

 

 Heél uniósł nieco jedną powiekę i przekręcił głowę w kierunku dziewczyny.

 

 - I pojechałaś sama, bez Vélha?

 

 - A co mi tam! - prychnęła Aéna, podnosząc się, by usiąść i móc zobaczyć twarz Heéla. - Niech ktoś spróbuje mnie tknąć! - Wyciągnęła sztylet i cięła wykrętasami powietrze jak jaskółka ósemki nad polaną, po czym zatrzymała ostrze tuż przy gardle skrzaciego chłopaka. - Tak go spiorę, że płakać będzie, że swój kieł na mnie wystawił!

 

 - Nie lubię jak tak robisz - powiedział Heél, kładąc znów głowę na rękach i przenosząc wzrok na bezchmurne, poranne niebo. - Z tego nie powinno się żartować, bawić się.

 

 - No tak, filozof Heél każdej byle trawki przecież żałuje - odparła na to. Jej uśmiech złagodniał jednak, i patrzyła przez chwilę zachłannie na różowawo bladą, piegowatą twarz Heéla niczym poszukiwacz skarbów na zdobyty klejnot.

 

 „Jak mogę kochać tak mocno kogoś tak różnego ode mnie?”, pomyślała. Tętno przyspieszyło w radosnym zdziwieniu, które ogarnęło ją znów niespodziewanie. „Skąd to bierze się we mnie?”

 

 Przybliżyła potem własną twarz, okrągłą jak księżyc w pełni, do jego i zaczęła całować po nosie, policzku.

 

 - Kocham - wymruczała, wtulając się w szyję skrzaciego chłopaka. Heél wyciągnął rękę spod głowy i zanurzył palce w jej włosach.

 

 - Księżycórki w nocy widziałem. W sukniach z odblasków Zamglonego Wędrowca - powiedział po chwili milczenia. Zaczął bawić się kosmykiem włosów Aény jak niesforną nitką wystającą ze szwu opończy, jego dotyk był jednak jakiś daleki, jakby nie z tego świata.

 

 Aéna natychmiast zerwała się, by usiąść.

 

 - Co? - zezłościła się.

 

 - Co ty? O widzenie w mojej głowie jesteś zazdrosna? - Heél roześmiał się bezgłośnie. - Aéno, Aéno!

 

 Gnomia dziewczyna chciała odpowiedzieć, lecz głos jej zagłuszyło niespodziewane wycie Haara dobiegające ze szczytów skał, jękliwe i srogie jak świst miecza tnący ranne powietrze.

 

 - Vélho. - Podniósłszy się, Heél spojrzał na Aénę i zmarszczył brwi. - Czego może chcieć tak nagle?

 

 - Licho go teraz przywiało! - fuknęła, niezadowolona z niedokończonej rozmowy.

 

 „Ale choć przez chwilę mu Księżycóry w głowie siedzieć nie będą.”

 

 - Chodźmy! - Heél ponaglił, kładąc dłoń na plecach dziewczyny i popychając ją lekko przed siebie. Aéna uspokoiła się zupełnie. Dotyk Heéla przejętego sprawami Sfory, w którego ciemnozielonych oczach płonęły żywo czarne ogniki, był o wiele trwalszy i prawdziwszy niż tego bajającego wzniośle o rzeczach dla niej niezrozumiałych.

 

 Czasem wydawało się Aénie, że było dwóch Heélów, innych zupełnie od siebie. Choć głupia była ta myśl, i dziwnie denerwująca.

 

 Wspinali się już, gdy wschodni wiatr przedarł się przez ciepłą wełnę kaptura i musnął policzki gnomiej dziewczyny swoimi lodowatymi palcami. Skrzywiła się lekko, jednak z dłońmi uczepionymi do skał nie miała jak sięgnąć do nakrycia głowy i otulić twarzy szczelniej. Zerknęła w górę, gdzie około jarda ponad nią Heél przebierał rękami i nogami jak pająk, wdrapując się coraz wyżej, ku szczytowi ostańca, na który wzywał ich Vélho. Aéna była sprytna i szybka, ale podczas wspinaczki nie nadążała za nim nigdy. Skąd taka zwinność brała się w tym uśpionym marzycielu z nosem w wierszach i mędrcach filozofach?

 

 Był jednak skrzatem, choć zapominała o tym niekiedy. Wspinaczka płynęła w jego krwi.

 

 Spuściła głowę zdecydowanym ruchem, niemal ocierając policzek o zaostrzoną wypukłość skały. „Byle w dół nie zacząć się gapić, pomyślała, przyspieszając własne ruchy.”

 

 Byli już blisko celu, kiedy skały zatrzęsły się niespodziewanie jak osiki. Jednak to nie zwykły wiatr powodował ich drżenie. Aéna odruchowo silniej jeszcze przylgnęła ciałem do skalnej płyty, a krew odpłynęła na chwilę z jej napiętych palców, gdy wbiły się w wapienne wypusty z całą mocą, niczym gwoździe.

 

 Powietrze zaszumiało, tłumiąc wołanie Heéla.

 

 - Trzymaj się! - Usłyszała z trudem.

 

 Cień padł na nich i na jasną szarość wapienia jakby w mgnieniu oka zapadła bezksiężycowa noc. Aéna oderwała wzrok od skały przed swoim nosem i ostrożnie zerknęła za siebie. Skrzydło wielkości dębu załopotało tuż obok niej, bordowoczerwone niczym zaschnięta krew.

 

 „Spadnę.” Tętno przyspieszyło, nie zamknęła jednak oczu. Niemal nie mrugając, wpatrywała się przez chwilę jak ogromna smocza bestia odlatuje pomiędzy górskie rozstępy, niosąc w pysku młode olchowe drzewo.

 

 Nigdy wcześniej takiej nie widziała.

 

 Zerknęła w górę na Heéla, którego sylwetka zastygła w bezruchu. Tylko jego płaszcz powiewiał jeszcze z lekka, wprawiany w ruch pozostałościami smoczego wichru.

 

 - Żyjesz? - zapytała, gdy wdrapała się do niego i przylgnęła do skały tuż obok. - Co to było za Licho?

 

 - Z rodu czarosmoków - skrzaci chłopak szepnął oczarowany, ze wzrokiem utkwionym w dal, tam, gdzie wśród gór zniknął smok. - „Ja, który smokami władać będę w imieniu Olchowej Pani.”

 

 Tkwili tak przez chwilę, aż Aéna straciła cierpliwość.

 

 - Rusz się! - fuknęła. - Gad może zaraz lecieć z powrotem. Może se gniazdo mości tymi olchami.

 

 Oderwawszy wzrok od Heéla, zaczęła wdrapywać się dalej po skalnej ścianie.

 

 Blisko szczytu skały pofałdowane były silniej, niemalże tworzyły ścieżki, i wspinaczka stawała się tu łatwiejsza. Teraz to Aéna prowadziła, zwolniła więc nieco, by poczekać na ociągającego się skrzata, zatopionego znów we własnych, dziwnych myślach. Jej wzrok, choć bez szczególnego zainteresowania, pomknął w górę ścieżki zagłębionej w różnokształtnych skalnych wypukłościach. Ostańce u podnóży gór zwano niekiedy Ognistą Bramą Gor Laran, nocami wśród tych fałd wapieni, mocą smoków zapalały się bowiem z niczego ogniska. Teraz jednak, świeżo po świcie, szkliły się jedynie kryształki lodu.

 

 Dopiero kiedy Heél znalazł się tuż za nią, gnomia dziewczyna weszła wyżej, docierając zaraz na szczyt, gdzie żył Vélho i gdzie głosem Haara wzywał na obrady swoją szajkę. Liche pędy olch, ni to krzewy, ni to niewielkie gąszcze splątanych gałęzi, rosły tu wśród srebrzących się od mrozu skał, a niesilny, lecz lodowaty wiatr targał nimi z lekka. Spomiędzy tych nagich olch, jak na spęd wilczej watahy, wynurzali się członkowie bandy. Było ich wszystkich ponad dwudziestu, lecz zmierzających na zebranie Aéna dopatrzyła się niecałej połowy. Cała reszta grasowała gdzieś samotnie lub w małych grupach, za daleko od ostańca, by przybyć na wezwanie, wyprawiona przez Vélha z przydzielonymi zadaniami.

 

 Dziewczyna przybliżyła się do pozostałych i jej wzrok zaczął przesuwać się z wolna po sylwetkach. Zatrzymał się nagle, gdy za rudą głową Osgoda dostrzegła ułamek twarzy, przystojnej jak u sylfiego księcia, a na niej oko szaroniebieskie niczym stal sztyletu, w której przegląda się niebo.

 

 „Sag!”, pomyślała ze zdziwieniem Aéna. Zerknęła za ramię na Heéla, który wymienił z nią spojrzenia, po czym, równie zaskoczony, zmarszczył brwi na widok Saga. „Zwiał więc z lochów Grod Gérlod! Zawsze potrafi się wycwanić...”

 

 Choć zżerała ją ciekawość, nie podeszła jednak do gnoma, i Heél nie zrobił tego także. Sag, drugi w Sforze po Vélhu i próżny w swojej nieskrywanej nikczemności, wciąż chował urazę i miał ich za bachory bez wartości dla szajki po tym jak lata temu, raz jeden zezłościli go nieposłuszeństwem. Aéna bała się go nieco i bez potrzeby w drogę mu wolała nie wchodzić. Mistrz Buk mógł tylko wiedzieć, co Sago był wciąż skłonny zrobić jej i Heélowi, gdyby nie Vélho.

 

 Przeniosła wzrok w lewo, na kobietę w długim, czarnym kaftanie, o włosach brudnozłotych niczym miedziany wąż, która uniosła właśnie rękę, by uciszyć zgromadzenie. Jara. Aéna niemal od zawsze podziwiała ją za to jak potrafiła być „nieżoną” dla Vélha, jak wszyscy mieli ją za żonę, a ona nie była nią naprawdę, zwłaszcza w oczach samego herszta.

 

 Ten ostatni siedział teraz nieruchomo na olchowym krzewie. Chuda gałąź opadała przed jego twarzą, przecinając ją na pół niczym piorun, między pociągłymi oczami o nieodgadnionym spojrzeniu. Niestary, lecz siwy cały, za wyjątkiem nielicznych pasm barwy szarozielonych pędów stepowej trawy, niemal we wszystkim przypominał Vélho Haara, który warował pod jego stopami, równie, co on sztywny w posturze. Mówili nie raz, że Vélho i Haar to jedno, że myśli sobie przekazywać potrafią i nawet zmieniać się w siebie nawzajem. Czasem Aéna nie bardzo w to wierzyła, czasem zaś zdawało jej się, że to rzeczywiście prawda, choć nigdy na własne oczy zamiany tej nie widziała.

 

 Gdy na gest Jary rozmowy ucichły, Vélho bezszelestnie zeskoczył z gałęzi i stanął obok nóg Haara, by zacząć zebranie. Jego bladoszara twarz, jak zazwyczaj, nie wyrażała prawie niczego, mimo to Aéna zdołała jednak dopatrzyć się na niej jakiegoś niecodziennego zadowolenia.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania