Baśń spod Dwóch Księżyców (2): 1. Złotnik z Nan Farlasu

1

 

ZŁOTNIK Z NAN FARLASU

 

ROK 2558

 

Niewiele światła docierało do podziemi Nan Farlasu. Wyspę kryły w mroku nadjeziorne opary, a ruiny wieży gęsta kępa olch. To, co pod wieżą zaś, lochy i bezkresne smocze labirynty, skrywały kamienne mury i gliniasta gleba, uklepana gnomimi rękami.

 

Była jednak szczelina w murze, przez którą nocami wpadał do podziemi cienki promień księżycowego blasku. Habel znalazł ją lata temu i zwykł patrzeć przez nią czasami na wieczorne niebo, zwłaszcza wtedy, gdy ociągał się przed opuszczeniem ukochanej ciemności i stawieniem na wezwanie Czarnoksiężnika.

 

Tego wieczoru niebo lśniło żywo ciemnym błękitem i nawet Pochmurny Mędrzec otulony był cały szafirową poświatą jak odświętnym druidzkim płaszczem ze zwiewnego jedwabiu. Habel podszedł do muru i niemal wetknął swój zadarty nos pomiędzy wąską szparę szczeliny. Światło nocy odbiło się w jego sylfich oczach, i stały się na chwilę bardziej jeszcze granatowymi niż były zazwyczaj.

 

Opuścił brodę i przeniósł wzrok niżej, ku chmarze nietoperzy, która wirowała dziko w powietrzu, na zmianę wlatując i wylatując z ruin wieży jak w jakimś neurotycznym tańcu.

 

„Czarni, ślepi głupcy”, pomyślał ze znużeniem i opatulił się szczelniej swoim własnym skrzydłem, nie wiedząc właściwie, czy myśl ta była o nietoperzach, czy może o nim samym. Nie zdążył jednak zastanowić się nad tym, usłyszał bowiem wołanie, kolejne i trochę już zniecierpliwione, które stłumione dotarło do niego z góry, po czym rozniosło się dalej wśród pogrążonych w ciszy korytarzy labiryntu: „Habel!”.

 

Sylf skrzywił się. Nienawidził w Czarnoksiężniku wszystkiego oprócz jego głosu. Tego nie potrafił znienawidzić nigdy - ciemnego, magicznego głosu, który roznosił się po Ostatniej Smoczej Wyspie niczym kojąca pieśń kniei nad leśnym moczarem. Głos ten, znienacka i brutalnie, rozbudzał zakopane głęboko w mrocznej, obojętnej duszy Habla ciepło dnia. Ciepło to rozgrzewało go na krótką chwilę, i wówczas w sercu Wiecznego Dziecka Nocy pojawiało się nawet coś na kształt radości.

 

Czarnoksiężnik wiedział jednak dobrze, co robi, radosne wspomnienia były bowiem dla Habla największą katorgą, paliły jak smoczy ogień tamtego nieszczęsnego dnia, i natychmiastowa chęć ucieczki przed nimi przybliżała go do mroku Czarnoksiężnika bardziej niż cokolwiek innego. Także teraz dreszcz przeszedł sylfa, tak, jakby ciało jego chciało strzepnąć z siebie każdy, najmniejszy nawet skrawek tych wspomnień. Przetarł zewnętrzną stroną błoniastych dłoni swoje podkrążone oczy, chwycił ze ściany pochodnię i powlókł się w górę wąskich, kamiennych schodów.

 

Habel służył Czarnoksiężnikowi od kilku dziesiątek lat, nie pamiętał jednak czasów, gdy jego pan odbudowywał Nan Farlas z pierwszych, pradawnych zgliszczy i tworzył tu swoją siedzibę. Nie wiedział też, co sprawiło, że miejsce to na powrót stało się ruiną, tą, którą wciąż było. Nawet Hercho nie znał chyba prawdy o tym, co się wtedy wydarzyło, choć opowiadał niekiedy o potężnej, omszałej wieży ogniowej wśród olszowych konarów, wrastających przez okna do jej środka, i o tajemniczej i pięknej niczym księżycowa noc Pani Olch, która przędła nici lżejsze, bielsze i bardziej świetliste niż pajęcze. Jedną z niewielu rzeczy, których Habel nie nauczył się traktować z obojętnością były takie właśnie opowieści. Od momentu więc, kiedy, na początku swej służby u Czarnoksiężnika, nauczył się wilczej mowy Hercha, słuchał go z dziecięcym wręcz entuzjazmem, nawet jeśli nigdy nie dawał tego po sobie poznać, a przed samym sobą niechętnie się do tego przyznawał.

 

Gdy dotarł z podziemi na powierzchnię, porywisty wiatr znad jeziora, wdzierający się z głuchym świstem do środka przez okna wieży, przeszył go na wylot. Habel jednak nie dbał o to wcale i nie wzdrygnąwszy się nawet, zaczął tylko wchodzić wyżej po wielkich stopniach kolejnych schodów, stworzonych rękami drzew, zbyt dużych więc na malutkie sylfie stopy. Niektóre stopnie ułożono z kamieni, gdzieniegdzie obrośniętych teraz mchem, pomiędzy którymi wyrastały źdźbła trawy. Inne zaś były po prostu konarami sąsiadujących z wieżą olch - tych Habel nie znosił szczególnie. Kiedy wspinał się na nie, stopy jego, nieprzystosowane do chodzenia po gałęziach tak dobrze jak stopy skrzatów, ślizgały się po zawilgotniałej korze jak po tafli lodu.

 

„Latanie to jednak dobrodziejstwo”, pomyślał, krzywiąc usta w półuśmiechu. Bezwiednie pomasował dłonią swoje nadłamane skrzydło.

 

Pokonał wreszcie ostatni stopień i znalazł się w miejscu, które od upadku wieży było jej najwyższym krytym piętrem. Odetchnął głęboko i wzrok jego przeniósł się znów przez okno na niebo, a potem przez wąski prześwit pomiędzy olszowymi gałęziami na Kasztanowy Most, łączący Nan Farlas z podnóżem srebrzących się jak ostrza mieczy Gór Księżycowych. Rozległe korzenie drzewnego mostu znad brzegu jeziora przechodziły bezpośrednio na dziedziniec ukrytej wśród górskich skał twierdzy, równie olbrzymiej co wieża na wyspie, połyskującej niebieskawo w blasku Zamglonego Wędrowca.

 

- Habel! - Rozległo się trzecie wołanie, jeszcze bardziej zniecierpliwione.

 

Ktoś nieznający dobrze Czarnoksiężnika z Nan Farlasu, mógłby tego zniecierpliwienia wcale nie dostrzec, cokolwiek czuł, Czarnoksiężnik był bowiem zawsze taki sam, powściągliwy i dystyngowany. Habel jednak nauczył się rozpoznawać subtelności w głosie swego pana z precyzją hafciarza wyszywającego ozdobne wzory, pełne kolorów i przeplatających się nici. Wiedział dobrze, że złość pana gorsza była niż smocze kły, nawet jeśli wpadał w nią z uprzejmym uśmiechem na ustach.

 

Pracownia tonęła w półmroku i głuchej ciszy, gdy Habel wszedł do jej wnętrza. Nie dostrzegł Czarnoksiężnika od razu. Dopiero konkretne, szorstkie „Jesteś”, jakie usłyszał, spowodowało, że wzrok jego powędrował w górę niewysokich, drewnianych schodów, które łączyły się z olszowym konarem, prowadzącym do nieodległej dziupli w drzewie - zaplecza pracowni.

 

Czarnoksiężnik na moment przystanął w bezruchu na konarze, potem zaś zaczął schodzić powoli na dół. Habel przyglądał się beznamiętnie jak jego wysoka sylwetka wyłaniała się stopniowo z ciemności jak z czarnej mgły, a blade światło kaganka padało coraz wyżej na fałdy szmaragdowego, jedwabnego płaszcza.

 

Nie zwracając zupełnie uwagi na Habla, tak, jakby wcale go tam nie było, Czarnoksiężnik podszedł do tygla zawieszonego nad paleniskiem w obszernym, glinianym piecu i zajął się swoją pracą. Sylf splótł więc dłonie za plecami i zastygł w miejscu niczym figura z kamienia, wyczekując, co się wydarzy.

 

- Materia - rzekł po dłuższej chwili Czarnoksiężnik, nie zerknąwszy nawet na swojego sylfiego sługę, wciąż mieszając coś prętem w tyglu z niebywałym skupieniem. Tę niepozorną czynność złotniczą, którą wcześniej powtarzał przecież setki razy, wykonywał niemal z namaszczeniem. - Cóż za fascynująca rzecz - materia. Mimo wszystko zawsze bardzo ją ceniłem.

 

- Nie dla materii przesiadujesz tu nocami, mistrzu czarnoksiężniku - powiedział Habel, gdy przybliżył się do pieca i zdołał zobaczyć na twarzy swego pana cień subtelnego uśmiechu. Jego własny cichy głos zadudnił w głowie niewspółmiernie głośno i przez chwilę sylf myślał, jak nierozsądnie wypowiedział te słowa i że zaraz kara spotka go za nie.

 

Zanim jednak Czarnoksiężnik się odezwał, ciecz w tyglu zawrzała nieoczekiwanie i wyrzuciła z siebie pomarańczowawą parę, która gęstniała prędko z każdą cząstką chwili, tak, że w okamgnieniu powstała z niej jakby zwiewna chmurka unosząca się nad kotłem.

 

Jaskrawe, wyłupiaste oczy Habla na moment rozszerzyły się jeszcze bardziej w nagłym przestrachu. Z niewiadomej przyczyny przyszło mu do głowy, że obłok ten zamieni się zaraz w ogniste płomienie. Szybko jednak sylf uspokoił się, karcąc w duchu własną głupotę.

 

Nawet w pracowni Czarnoksiężnika para nie stawała się ot tak ogniem, chyba, że siłą iluzji.

 

- Nie - odparł wówczas Czarnoksiężnik i zaśmiał się drwiąco, a Habel nie był pewny, czy śmieje się ze swoich własnych słów, czy z jego strachliwej reakcji. - Nie dla materii.

 

Para opadła i na powrót połączyła się z cieczą, równie szybko i samoistnie jak się z niej wydobyła. Habel uśmiechnął się krzywo do wnętrza tygla, unosząc lekko jeden kącik zaciśniętych warg.

 

„Przeklęty kolor”, pomyślał.

 

Ciecz w kotle zawrzała znów groźnie, tym razem przypominając chyba warzącemu ją panu pracowni, że zwolnił ruchy pręta, a nie powinien. Trzymająca pręt ręka Czarnoksiężnika przyspieszyła więc, a jego jasna, piękna twarz spoważniała na powrót i skamieniała na chwilę w milczącym zamyśleniu.

 

- Dobrym jesteś złodziejem, Habel? - zapytał w końcu cicho, a głos jego tym razem lodowaty był i przeszywający jak echo z głębi studni.

 

Habel wiedział, że nie było to pytanie, na które Czarnoksiężnik oczekiwałby odpowiedzi, sylf przestąpił więc tylko z nogi na nogi i dalej czekał w bezruchu na swoje zadanie.

 

- Ukradniesz coś dla mnie - rzekł Czarnoksiężnik. - Jednego skrzaciego chłopca.

 

***

 

:)

Mam mocno dorywczą motywację do wrzucania gdzieś moich tekstów, ale założyłam, że będę dodawać fragment „Baśni” co tydzień. Może mnie to zmobilizuje do poprawiania i porządkowania tego, co mam napisane. Ale zobaczymy jak będzie... :)

 

Jeśli zdarzy się ktoś, kto przeczyta to jasne, że będzie mi b. miło :)

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Jared miesiąc temu
    Było tu dość Gandalfio, a końcówka wygląda jak typowo baśniowy „numer z kotłem" i wiedźmą :P Zainteresowała mnie w Twojej poprzedniej wypowiedzi ta polemika z „Silmarillionem" - czy będzie chodziło o pewne uszlachetnienie Melkora - tudzież Lucyfera - i zrobienie go bardziej w stylu Johna Miltona - jako romantycznego buntownika a nie jako antropomorficzną figurę zła? :P Pytam z ciekawości
  • Zaczarowanyswierszcz miesiąc temu
    Polemika nie tylko taka i nie tylko z tym, tak myślę, ale tak, nie zdradzając za dużo, z pewnością będzie pewne przesunięcie w postaci Melkora, jeśli taka postać rzeczywiście się tu pojawi (lub: kto właściwie tu nim będzie?) :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania